Sidney Lumet: "Dwunastu gniewnych ludzi"

1957

Jest coś pięknego w fakcie, że być może najbardziej efektowny, spektakularny film w dziejach kina rozgrywa się prawie w całości w jednym ciasnym pomieszczeniu i polega na rozmowie dwunastu mężczyzn na jeden ciasny temat. Efekciarski - odrobinę też, ale zadziwiająco nieznacznie, praktycznie do wybaczenia.

Przy świetnej robocie, jaką wykonał reżyser, trzeba jednak zacząć od scenarzysty. Sztuka Reginalda Rose'a jest nie tyle wyśmienita, co wyśmienicie skrojona pod ekranizację. Trzon fabuły - znakomity; konstrukcja sprawy kryminalnej - znakomita; rys psychologiczny każdego z dwunastu bohaterów - bardzo mocny, wyrazisty i życiowy, a kilku najważniejszych - znakomity; przesłanie wymierzone przeciwko krzykaczom, ignorantom i paru innym - pyszne; obraz tego, jak ciężko przez uprzedzenia zmienić zdanie - pyszny; w końcu dialogi i wyczucie momentów krytycznych w rozmowach - godne podziwu.

Jeśli chodzi o to, co do tego filmu wnoszą filmowcy, najbardziej narzucają się oczywiście dwie rzeczy - po pierwsze dobór aktorów do ról, a po drugie gra aktorów. Top.

Powstaje tylko pytanie, jak wiele ten film by stracił, gdyby nie był filmem, a sztuką teatralną (... którą pierwotnie był). Prawdą jest, że dużo mniej niż większość wybitnych filmów. A jednak, choć może się wydawać że prawie nic, to wciąż niemało. Walory czysto kinematograficzne nie są tu ogromne, ale są godne uwagi. Montaż sprawnie podąża za akcją i ją wspiera, a kadrowanie daje nawet coś więcej niż tylko wsparcie, jest wartością samą w sobie (przykład - jedna z burzliwych wymian zdań, na ekranie również wymiana twarzy, kadr za kadr - każdy kolejny odrobinę ciaśniejszy, z większym zbliżeniem niż poprzedni; poza tym parę ładnych użyć zwielokrotnionych planów, co pozwala obserwować reakcję mimiczną osoby poza główną dyskusją). Zgrabne są dwa bardzo długie miękkie cięcia - jedno wprowadzające, drugie wyprowadzające widza z sali obrad. Jest coś jeszcze i może to najważniejsza sprawa - nieskończona skokowa wędrówka kamery po różnych punktach pokoju sprawia, że widz coraz mocniej przesiąka jego atmosferą, zaczyna czuć się jego częścią (a atmosfera ta po wprowadzeniu dźwięku ulewy robi się skądinąd wcale smaczna). W teatrze coś takiego byłoby raczej niemożliwe do osiągnięcia.


8.5/10

Komentarze

  1. Wybitność tego filmu jest rzeczą oczywistą (tak oczywistą, że nie chce mi się nawet rozpisywać o jego rozlicznych zaletach, zresztą sam już to świetnie opisałeś w recenzji), ale nie ukrywam, że nieco irytuje mnie to, jak jego scenariusz jest "pisany pod tezę" (no i mocno przewidywalny, chociaż wiem też, że to nie o plot twisty w takich filmach chodzi). Nie ukrywajmy, w co najmniej 90% takich przypadków (no, tak na logikę) podejrzany okazałby się mordercą (a nawet tu, kiedy "dowody" zostały tak dobrane, żeby dało się je obalić, to wcale nie ma pewności, że podejrzany był niewinny, no bo jeśli nie on, to kto? Dobry film w tym temacie: https://youtu.be/lq1xiM8m4SM). Z ręką na sercu mogę przysiąc, że jestem przeciwny karze śmierci, jednak nic też nie poradzę na to, że w filmach odbieram zwykle jej krytykę jako ckliwą (może nie akurat w tym przypadku, ale w takiej “Zielonej mili” lub “Krótkim filmie o zabijaniu” już tak). Jeśli jak rozumiem w tym przypadku przysięgli mieli do wyboru tylko decyzję "winny" albo "niewinny", to sam od początku byłbym za winą (najbliżej było mi chyba do postawy przysięgłego nr 4, który w największym stopniu potrafił zachować trzeźwe, merytoryczne podejście i bronił swojego zdania, ale nie miał też problemu, żeby dać się przekonać do jego zmiany).

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz