Marszowice. Perełki wśród bezkresu niczego

Marszowice, część osiedla samorządowego Leśnica położona na północ od właściwej Leśnicy, na południe od Pracz Odrzańskich, na wschód od Mokrej, a na zachodzie oddzielona od Stabłowic nurtem Bystrzycy, to po spojrzeniu na mapę jedno z najmniej obiecujących osiedli Wrocławia. Można powiedzieć od razu bez ogródek, że nie jest to wrażenie mylne - Marszowice dają z grubsza tyle, co obiecuje mapa, choć co innego niż obiecuje mapa.

Rzut z satelity pozwala podzielić Marszowice na cztery części - jedną jest dawna wieś o tej nazwie, o której pierwsze wzmianki pochodzą z 1336 roku. Druga to pola, łąki i kępki drzew, które zajmują zdecydowaną większość powierzchni osiedla. Trzecią jest świeże, zamknięte (przynajmniej w teorii) dla mieszkańców osiedle dość wypasionych domków jednorodzinnych na południu. Czwarta to część Lasu Stabłowickiego położona na zachód od Bystrzycy.


Na mapie zaznaczone są tylko dwa obiekty, które można by nazwać interesującymi. Okazuje się jednak, że jeśli warto przyjechać do Marszowic, to nie dla nich.

Pierwszym jest kościół Najświętszej Marii Panny Pocieszenia z przyległym dość sporym cmentarzem, usytuowany dość egzotycznie, bo pośrodku kompletnego niczego, w szczerym polu. Na ten moment nie przypominam sobie jakiegokolwiek kościoła we Wrocławiu, który byłby mniej atrakcyjny turystycznie i w ogóle w każdym innym sensie. Zbudowany kilka lat temu, do dziś nieotynkowany poza dość banalną fasadą, co tworzy nieprzyjemny kontrast i bije w oczy niedokończeniem, o kanciastej bryle, dodatkowo oblepiony jeszcze krzykliwą reklamą kwiatów i zniczy - jest raczej brzydki niż ładny. Do wnętrza nie zajrzałem, bo odbywa się tu tylko jedna msza w tygodniu, ale nie wierzę, że znalazłbym tam coś ciekawego, jeśli środków nie starczyło nawet na tynk.



Drugi to budynek elektrowni wodnej widoczny najlepiej z Mostu Marszowickiego, budynek ponad stuletni, stojący na miejscu dawnego młyna. To już akurat zadbany, estetyczny obiekt z wyróżniającą się na tle okolicy wieżyczką z dzwonkowym hełmem, który byłby może i jakąś sensowną atrakcją, gdyby dało się do niego zbliżyć bez wkraczania na czyjąś własność prywatność.


Marszowice rehabilitują się natomiast trzema obiektami, które trzeba sobie odkryć samemu, bez wskazówek na mapie. Najbardziej bezpośrednio atrakcyjnym jest przepiękna, odrestaurowana przez prywatnego właściciela willa z przełomu XIX i XX wieku, znajdująca się pod adresem Marszowicka 15. Wysoka wieża z imponującym hełmem, szachulec i białe płaskorzeźby na elewacji robią spore wrażenie. To własność prywatna i można tylko zobaczyć fasadę przez bramę, ale nawet tyle warto.



Niedaleko przy tej samej ulicy odnajdziemy zabytek z tych samych czasów, jednak tym razem w zaawansowanej ruinie. To pozostałości po byłym folwarku dworskim, na które pewnie nie zwróciłbym nawet uwagi, traktując jako kolejny element pozostałości po nieciekawych wiejskich zabudowaniach, gdyby nie charakterystyczna brama wjazdowa z wyrzeźbionym u góry rokiem 1903. Mimo że okna są zabite cegłami, dach się zapada, a brama wygląda na ledwo stojącą, to podwórze spełnia nawet dzisiaj swoją pierwotną funkcję - spotkamy tam kilka koni.


Jeśli chodzi o dorobek kultury, to tutaj Marszowice już się kończą. Miłośnicy natury znajdą natomiast jeszcze widoki na Bystrzycę i zachodni brzeg Lasu Stabłowickiego. Ładnie robi się jeszcze przy ulicy Marszowickiej, gdzie rozciąga się widok na Jaz Marszowice. Zaraz za nim warto idąc na południe skręcić wraz z Bystrzycą w lewo i przejść wzdłuż niej przynajmniej kawałek. Wytrwali mogą nie poprzestawać na kawałku, nie zrazić się końcem jasno wytyczonej ścieżki i podążać za rzeką dalej na południe, przemierzając Las Stabłowicki i dochodząc do Parku Leśnickiego. Poza mnóstwem standardowego ptactwa można tu spotkać duże ptaki drapieżne, a nawet bobry, choć ja natknąłem się tylko na ślady ich działalności. To wyprawa dla niemających nic przeciwko przeciskaniu się przez gęstwinę i trochę też dla nieświadomych tego, że po drugiej stronie rzeki, już na Stabłowicach, las jest trochę ładniejszy i wyposażony w wygodne ścieżki.




Nie ma się co oszukiwać - nawet po wyłuskaniu niszowych atrakcji Marszowice to typowe osiedle dla koneserów, praktycznie pozbawione twardych konkretów do zobaczenia. Nie ma tu też czego zjeść ani nawet gdzie wypić kawy. Nawet ja jako koneser raczej tu nie wrócę, chyba że przejazdem.

Komentarze