Georges Seurat: "Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte"

olej na płótnie / 1884-86 / Art Institute of Chicago

Opowieść tego płótna to dla mnie opowieść dwóch paradoksów, które wzajemnie przenikają przynależne im dziedziny. Jednym jest paradoks formy, a dokładnie stopnia nowoczesności formalnego dzieła, drugim zaś paradoks treści, a dokładnie wyrazu jego wewnętrznej rzeczywistości.

Seurat zastosował tu zupełnie nowatorską technikę, wypracowaną w oparciu o badania naukowe, jaką szybko nazwano pointylizmem, polegającą na kładzeniu tysięcy maksymalnie drobnych plamek czystych barw jedna przy drugiej. Nie wnikając w szczegóły techniczne, które mnie zresztą za bardzo nie obchodzą, dało to efekt niebywałej świetlistości i drżenia obiektów, wręcz sprawiło, że wydają się same z siebie emanować energię (warto nie zapomnieć o namalowanej czerwono-niebieskiej ramie, którą niektóre reprodukcje ucinają - zupełnie arbitralnej). W tym poszedł o krok dalej niż impresjoniści, zradykalizował ich poszukiwania świetlne. Jednocześnie jednak harmonijna i zgeometryzowana kompozycja z precyzyjną i przejrzystą perspektywą, wystudiowane pozy postaci, klasyczne proporcje i elementy tradycyjnego podejścia do światłocienia są potężnym i celowym krokiem w tył, aż do renesansu. Tutaj pojawia się z kolei paradoks w paradoksie, bo obraz jest geometryczny do przesady, może nawet mniej nachalnie niż wiele dzieł starych mistrzów, ale jeszcze gęściej - obsesyjnie, matematycznie. Rządzą nim dziesiątki, a może setki ostentacyjnych linii, również wprowadzonych tu na kanwie badań naukowych nad psychologią: horyzontalnych i wertykalnych, dostarczających stabilizacji, spokoju i pewności, a także diagonalnych, prawie zawsze wzrastających z lewej do prawej, co ewokować ma radość, pogodność i ożywienie. Są wszędobylskie i zakamuflowane w najdrobniejszych szczegółach.


Wymknął się więc impresjonistom podwójnie, w obie strony, pod względem szeroko pojętej formy. Wymknął się też bardzo podobnie, jeśli chodzi o szeroko pojętą treść, to znaczy wydźwięk. Impresjoniści, generalizując, marzyli o oddaniu ulotności chwili, ich najlepsze obrazy są oniryczne, rozmyte, jakby miały zniknąć i przekształcić się w coś zupełnie innego, gdy odwrócimy wzrok. Seurat, radykalizując ich technikę, osiągnął efekt niemal odwrotny: jego obraz jest wybitnie statyczny, sztywny, stabilny i w dużej mierze przyziemny. Poszczególne obiekty dzięki pointylizmowi skrzą się i wibrują, ale cała scena jest niemal kompletnie nieruchoma i ma się poczucie, że będzie tak tkwiła w zawieszeniu w nieskończoność. Ma na to wpływ nie tylko fakt, że taka technika paradoksalnie doprowadziła do silnie zaznaczonych konturów w większości obiektów, ale też hieroglificzne, sztywne i nienaturalne pozy postaci i takie same zresztą formy obiektów oraz wspomniana geometryzacja. I tu docieram do paradoksu: świat wykreowany przez Seurata jest wprost, jest dosłowny, przyziemny, ale jednocześnie jest bardzo sztuczny, niemożliwy, z innej rzeczywistości. Impresjoniści opowiadali o świecie realnym przez spojrzenie nadrealne, Seurat opowiada o świecie nierealnym poprzez spojrzenie dosłowne. Tak jakby, w pewnym sensie, nie do końca.

Absolutnie fascynujące jak na dzieło, którego twórca nie klasyfikował go jako sztukę, a naukę (inna sprawa, czy nie było to trochę figurą retoryczną, ale nawet jeśli, to przecież niebezpodstawną) i które faktycznie moim zdaniem jest emocjonalnie bardzo, bardzo suche. Nie może mi przejść przez palce "chłodne", bo jest jednak pogodne i radosne, i to bardzo umiejętnie: dzięki wspomnianemu układowi linii horyzontalnych, wertykalnych i diagonalnych świat przedstawiony jest jednocześnie spokojny i pełen ożywienia, czyli taki jak niedzielne popołudnie na świeżym powietrzu przy dobrej pogodzie. Nie przepadam w sumie za jego paletą, temat mnie nie pociąga. A jednak świetnie się na to patrzy i o tym myśli.


8.5/10

Komentarze