Zachodniopomorskie. Wojna i spokój w Polsce epizodycznej

Spośród wszystkich regionów Polski najbardziej "niepolskim" w powszechnej świadomości jest bez większych wątpliwości Górny Śląsk, rozdzielony obecnie na województwa opolskie i śląskie. I to właściwie prawda, patrząc na to, że tylko tam pojawiają się, choć bardzo nieśmiałe, ruchy separatystyczne, że to tam znajduje się zagłębie największej w kraju mniejszości narodowej i że jest ono na tyle znaczące, że niektóre miejscowości mają tam tabliczki z nazwą po polsku i niemiecku jednocześnie. Jest jednak jeszcze inny punkt widzenia niż ten klasyczny. Dostarczyła mi go podróż po znajdującej się w granicach Polski części Pomorza Zachodniego, czyli w uproszczeniu po województwie zachodniopomorskim. I punkt ten okazał się dla mnie przeważający, przez co to właśnie to województwo w całym kraju już pewnie na zawsze zostanie dla mnie najsłabiej względem tego kraju integralne.

Ten punkt widzenia jest osadzony nie na obecnych mieszkańcach danego regionu, lecz na jego historii, odczuwalnej przez zabytki i treści, jakie one przekazują, oraz dodatkowo na tak prozaicznej kwestii jak częstotliwość słyszalności obcego języka. Cóż bowiem z tego, że na Zachodnim Pomorzu bardzo mało kto utożsamia się z innymi nacjami niż polska (bo większość jego ludności to powojenni przesiedleńcy z kresów i ich potomkowie), skoro najważniejsze zabytki są przesiąknięte duchem niemieckojęzycznego kręgu kulturowego, najświeższa i najczęściej doświadczana historia tutejszych miast jest historią drugiej wojny światowej z niemieckiej perspektywy, a w dodatku jest prawie niemożliwością przeżyć dzień bez usłyszenia języka niemieckiego.

Obszar dzisiejszego województwa zachodniopomorskiego, odkąd został jako tako ucywilizowany,  przez większość czasu był albo mniej lub bardziej niezależny - "pomorski" - albo tak lub inaczej niemiecki (brandenburski, pruski). Polski nie był prawie wcale - a w tych nielicznych momentach, kiedy był, to nigdy na całego - i dopiero w 1945 roku zaczął budować swoją polską tożsamość, po prawie pół tysiąca lat od ostatniej na to okazji. Nie jestem historykiem, ale po krótkim rozpoznaniu wydaje mi się, że żadne inne ziemie obecnej Rzeczpospolitej nie mają w swoich dziejach równie niewiele "polskich lat". W dodatku region wolno rozwijał się po wojnie przez przeświadczenie, że wkrótce stanie się na powrót niemiecki, przez co relatywnie słabo zdążył obrosnąć nową polskością. A oprócz przeszłości jest i teraźniejszość: choć Pomorze Zachodnie przestało być domem dla Niemców, wysiedlonych stąd po wojnie, to wtórnie stało się ich rezydencją urlopową, do której zjeżdżają istnymi hordami w poszukiwaniu niedrogich i niedalekich wczasów, zwłaszcza na wybrzeżu.

Jeśli aż tak bardzo rozpisuję się o kwestiach historyczno-etnograficznych, to można podejrzewać, że region średnio się broni jako miejsce do zwiedzenia. To dość słuszne podejrzenie, bo choć zachodniopomorskie jest zbyt rozległym obszarem, by nie znaleźć na nim paru świetnych punktów, to sądzę, że tylko województwo lubuskie i ewentualnie opolskie są mniej must-see województwami z całej Polski. Byłoby jeszcze inaczej, gdyby to tylko tu Polska miała dostęp do morza: jeśli jednak ma go również województwo pomorskie i jest to dostęp bardziej atrakcyjny, to w regionie omawianym ciężko jest znaleźć cokolwiek, co byłoby faktycznie punktem obowiązkowym na liście człowieka, który chce zobaczyć polski "top".

Paradoksalnie zachodniopomorskie to jedno z głównych zapleczy turystycznych w kraju, równające się w tej kategorii jedynie z sąsiednim pomorskim i z wyposażonymi w najsłynniejsze polskie miasta małopolskim i mazowieckim, całą resztę stawki zostawiające daleko w tyle. Przyciąga zastępy odwiedzających, z tym że mowa już nawet nie o turystach (o podróżnikach nie wspominając), lecz o wczasowiczach, ludziach szukających wypoczynku na nadbałtyckiej plaży i z grubsza niczego więcej.

Z jednej strony - w warunkach normalnych, to znaczy poza sezonem - jest w zachodniopomorskim bardzo spokojnie, jak mało gdzie w Polsce, jednak z drugiej unosi się nad nim nieco posępna powojenna atmosfera. Dla osób wrażliwych na takie niewidzialne sprawy rodzi to pewien dysonans. O wojnie przypominają zarówno rzeczy - forty, bunkry, zdjęcia zniszczonych zabytków przed rekonstrukcją, muzea - jak i braki rzeczy: podejrzanie niewielka liczba budowli starych i często kompletne osamotnienie w przestrzeni tych, które się jakoś uchowały. W hedonistycznym letnim sezonie ten dysonans z powodzeniem też może zresztą zachodzić, tylko już nie na osi spokój-niepokój, a radość-smutek.

Zanim wyjdę na kogoś, kto na siłę stara się zdeprecjonować atrakcyjność tego skądinąd bardzo przyjemnego regionu, przechodzę do jednoznacznych pozytywów. Po pierwsze wybrzeże to wybrzeże i choć jego najgłośniejsze krajobrazowe hity rozbrzmiewają moim zdaniem w tym drugim nadmorskim województwie, to i tu znajdzie się ich sporo. Po drugie nie będzie się tu nudzić, przynajmniej przez parę dni, osobnik mojego pokroju, mogąc w przerwach od piękna przyrody zaliczać raz za razem kolejne ceglane budowle (od majestatycznych do uroczych) i zgłębiać historię Pomorza/Księstwa Pomorskiego jako krainy, frakcji, wspólnoty czy też państwa, które przez ponad połowę ubiegłego tysiąclecia było w stanie utrzymywać znaczącą niezależność od zabiegających o jej terytorium silniejszych stronnictw: Polski, krajów niemieckich i skandynawskich. W końcu po trzecie, jeśli ktoś poszukuje jednocześnie walorów nadbałtyckich, względnego spokoju, względnie dobrej pogody i cywilizacji, to łatwiej znajdzie to połączenie chyba tu, w kurortach mocniej nastawionych na starszego i cichszego wczasowicza, niż na wschodnim Pomorzu, gdzie w ciepłe miesiące jest przeciętnie bardziej dziecięco/młodzieżowo i imprezowo.

_______________________________________

Nie zacząłem jednak podróży od wybrzeża, lecz od miasta, które leży na wybrzeżu tylko w głowach ogromnej liczby Polaków, a które w rzeczywistości dzieli od Bałtyku co najmniej godzina jazdy autem. Szczecin, stolica województwa, z ponad czterystoma tysiącami mieszkańców to siódme najludniejsze miasto w kraju i trzecie najrozleglejsze. Mieszka tu więc niemal co czwarty mieszkaniec województwa: całe zachodniopomorskie liczy sobie 1,7 mln mieszkańców (11. najludniejsze w kraju, przy czym 5. najrozleglejsze i o trzecim najwyższym stopniu urbanizacji na poziomie 68,5%).

Szczecin ma bogatą i wielonarodowościową historię, podobnie jak większość regionu mało polską. Jako pogański gród został zajęty przez Mieszka I, by jednak szybko odciąć się od państwa polskiego i powrócić do pogańskiej niezależności, a w międzyczasie stać się stolicą Księstwa Pomorskiego. Drugi i ostatni przed XX wiekiem polski epizod miał  tu miejsce w latach 1121-1138 za sprawą Bolesława Krzywoustego, który zdołał schrystianizować mieszkańców. Po jego śmierci Szczecin był głównie w ten czy inny sposób niemiecki, z przerwami na kilkudziesięcioletnie epizody duńskie i szwedzkie, ten ostatni zakończony w 1720 roku. Po kolejnych 225 latach w granicach Królestwa Prus i jego wiadomych kontynuacji miasto, a raczej kupa gruzu po wizycie armii czerwonej, rozpoczęło swój najdłuższy polski kawałek historii.

Dzisiejszy Szczecin sprawia wrażenie nieco dysonansowe i tym samym adekwatne do województwa, któremu jest stolicą. Są tutaj miejsca, które świadczą o niegdysiejszym ogromnym znaczeniu miasta i jego bogactwie; są obiekty, które mówią o jego długiej historii. Są one jednak najczęściej osamotnione, jakby ewidentnie wyjęte z kontekstu, czasem wpisane w kontekst nowy i do nich niepasujący - spuściznę PRLu. Oczywiście taki schemat zachodzi mniej lub bardziej we wszystkich dużych polskich miastach, ale w Szczecinie bardziej niż mniej. Mimo to jest zdecydowanie miejscem przyjemnym, godzącym momenty monumentalne z kameralnymi, a żywotność z luzem i brakiem tłoku.

Zwiedzanie Szczecina rozpocząłem od miejsca, które ostatecznie uważam chyba za najbardziej reprezentatywne nie tylko dla tego miasta, ale i dla całego województwa. Wały Chrobrego, półkilometrowy taras-deptak widokowy nad brzegiem Odry, mówią o Szczecinie potężnym, ważnym i bogatym. Wznosi się tu zespół monumentalnych budowli, szczególnie potężnych, gdy patrzy się na nie z dołu, znad rzeki - zaś już z góry, z tarasu, rozciąga się widok na Odrę na tle rozległej szczecińskiej stoczni, dający wrażenie dużego znaczenia gospodarczego miasta. Centralną budowlą jest symetryczny gmach Muzeum Narodowego o kremowej, piaskowcowej elewacji, będący bezprecedensową, mocno zbrutalizowaną mieszanką klasycyzmu i secesji. To na wprost niego rozciąga się właściwy, półokrągły, panoramiczny taras, otoczony symetrycznie przez masywne, kolumnadowe pawilony. Patrząc od rzeki, po prawej znajduje się budynek Urzędu Wojewódzkiego, jeszcze bardziej monumentalny dzięki wysokiej wieży z barokowym hełmem, reprezentant niemieckiego neorenesansu, bogato ornamentowany i prowadzący wciągającą grę optyczną cegły i kamienia. Trzecim budynkiem, już zdecydowanie mniej olbrzymim i prostszym, jest przysłonięty drzewami i bluszczem ceglany gmach Akademii Morskiej. Odgrywa pomniejszą rolę w sylwetce tego założenia architektonicznego, które liczy sobie już około stu lat. Jeśli w całym województwie coś zobaczyć trzeba, to jest to właśnie to miejsce.









Skręcając w ulicę za Akademią, szybko dochodzi się do kolejnego, choć nie tak intensywnego popisu architektury na i wokół Placu Solidarności. Jego najgłośniejszym przebojem jest Filharmonia imienia Mieczysława Karłowicza, której oryginalny budynek, ukończony w 2014 roku, otrzymał prestiżową nagrodę Miesa van der Rohe, przyznawaną przez UE za najlepszą realizację współczesnej architektury w przeciągu dwóch lat. Eteryczny i ascetyczny projekt, nawiązujący do typowych dla Pomorza kamienic, a jednocześnie mający przypominać krę lodową, jest niezły i faktycznie oryginalny, aczkolwiek dużo lepiej prezentuje się na zdjęciach niż w rzeczywistości (również na moich mimo braku obróbki). Na żywo użyty materiał powoduje, że efekt niebezpiecznie zbliża się do wyglądu hali zaplecza hipermarketu. Mocno ratuje sytuację zmrok, kiedy podświetlona filharmonia jawi się jako enklawa duchowości na tle ciemności i prezentuje już naprawdę świetnie, choć jak na rzekomo najlepszy budynek Europy zrealizowany na przestrzeni dwóch lat (o ile tak należy interpretować nagrodę) chyba ciągle nie satysfakcjonująco. Ascetyczna biel filharmonii została śmiało, ale i celnie sparowana ze zdobnym, barwnym, neogotyckim gmachem komendy wojewódzkiej.





Plac Solidarności jest w gruncie rzeczy dachem kolejnego atrakcyjnego ucieleśnienia współczesnej architektury - wynurzającego się z ziemi, chyba nawet bardziej oryginalnego niż filharmonia budynku oddziału Muzeum Narodowego - tzw. Centrum Dialogu Przełomy. A stąd coraz bliżej do kolejnego historycznego kontrapunktu, kameralnego gotyckiego kościoła św. Piotra i Pawła. Ciekawa mieszanka.





W centrum Szczecina wszędzie blisko, więc i stąd blisko do prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnego budynku w całym mieście - Zamku Książąt Pomorskich, budowli okazałej i ważnej historycznie, jako że Szczecin był stolicą Księstwa Pomorskiego. Powstał w połowie XIV wieku, a dziś, po odbudowie, ma formę, jaką uzyskał w 1577 roku. To renesansowa budowla skąpana w eleganckim białym tynku, w której główną rolę odgrywają dziedzińce, łatwo mogące skojarzyć się z Wawelem (mimo sporych różnic). To bardzo przyjemne przestrzenie, na których można podziwiać ładne zdobienia architektoniczne: szczególnie mniejszy z dziedzińców, zwężający się i tym samym bardziej intrygujący. Wnętrza były niestety (czy tam, patrząc dalekowzrocznie, na szczęście) w remoncie, więc mogłem zwiedzić jedynie część podziemi, w których wystawiono prace lokalnego artysty - nie na tyle dobrego, bym zapamiętał jego nazwisko.







Szczeciński rynek niezbyt przystaje do rozmiaru miasta, ale ostatecznie zapamiętałem go bardzo miło. To właściwie inna kategoria przestrzeni miejskiej niż rynki we Wrocławiu albo Krakowie, a nawet w Sandomierzu czy Pszczynie: bardziej placyk niż rynek, "niedomknięty", tym niemniej sympatyczny i dość przytulny dzięki swojej kameralności, i urokliwy dzięki pochyłości. Adekwatnie kameralny do powierzchni placu jest gotycki (w większości) ratusz z XV wieku - kompaktowy, ale śliczny i klimatyczny budynek, z którego zapamiętuje się szczególnie fasady: tę gotycką, wystającą z bryły wzwyż ażurową konstrukcją, i barokową, odcinającą się od ceglanej większości.






W ratuszu znajduje się Muzeum Historii Szczecina - przyzwoite, choć słabsze niż niejedno miejskie muzeum, jakie odwiedzałem, godniejsze uwagi nawet ze względu na wnętrza niż na eksponaty. Znów - ciut ubogie jak na tak duże miasto.






Spacer kontynuowałem do najważniejszej świątyni Szczecina - Bazyliki Archikatedralnej św. Jakuba. Ten masywny, ceglany kościół z historią sięgającą XII wieku, jest zgodnie z wikipedią 27. najwyższym budynkiem w całej Polsce, przy czym drugim najwyższym zabytkiem jedynie po Pałacu Kultury i Nauki. Innymi słowy, nie ma w całym kraju starszego budynku, który byłby wyższy - przynajmniej jeśli zapomnimy, że częściowo był odbudowany po wojnie. Nie do końca jest to odczuwalne, jako że wysokość bazylice zapewnia wieża, zwężająca się ku górze, aczkolwiek, jak już się pod kościół podejdzie, trochę odczuwalne jest. Robi wrażenie bardziej swoją wielkością, masywnością, gigantycznymi oknami niż jakimś szczególnym wysmakowaniem form, ale te pierwsze są na tyle intensywne, że szkoda ją przegapić. Wnętrzu wyrządzono niemałą krzywdę, zaburzając harmonię ceglanych kolumn i kilka ostatnich pokrywając łososiowym tynkiem. Mimo potęgi przestrzenności wydaje się odrobinę sztuczne. Za to wieża kościelna jest prawdopodobnie najlepszym miejscem, by uchwycić szczecińską panoramę.










Miałem okazję odwiedzić dwa z aż pięciu browarów, jakie operują w Szczecinie. Nowy Browar Szczecin funkcjonuje od 2014 roku. Dysponuje niezbyt dużą warzelnią, za to sporą powierzchnią restauracyjną, na którą składa się kilka przestronnych sal. Oba piwa, jakie próbowałem - pils i ciemny lager - były satysfakcjonujące i bardzo pijalne. Zaskoczyła zwłaszcza nie karmelowa, muląca i przesłodzona wersja ciemnego lagera, lecz właściwie dość wytrawna, a jednocześnie niepozbawiająca się walorów ciemnolagerowych aromatów. Bez uniesień, bez zawodu.



Browar Wyszak, rok młodszy, zlokalizowany jest w podziemiach ratusza, dzięki czemu jego wnętrza są jednymi z najlepszych browarnianych wnętrz w całym kraju. Piwa - witbier, pils, festbier i APA - były dobre bez wyjątku, ale i bez wyjątku nic ponadto, a w dodatku zachowawcze (same w sobie i jako zestaw). Najlepiej udał się chyba wyrazisty, rześki, świeży wit. Browar Wyszak nie do końca satysfakcjonującą przygodę piwną (piwa nie gorsze, a raczej lepsze niż w Nowym Browarze, ale ma się tu większe oczekiwania, patrząc na miejsce i ceny) nadrabia znakomitymi doznaniami kulinarnymi.





W niedzielny wieczór Szczecin właściwie zamarł. Zrobił się jednak ładniejszy niż za dnia.










Rankiem ruszyłem na północ, by przez most koło miasta Wolin dostać się na wyspę o tej samej nazwie - jedyną w pełni polską wyspę z dostępem do morza. Na niej interesował mnie Woliński Park Narodowy, jeden ze starszych i większych w Polsce. Jego największe atrakcje są nad morzem, ale park sięga trochę w głąb lądu i jako pierwsze zobaczyłem położone w środku lasu Jezioro Czajcze. Tworzy kształt podkowy, a na definiującym ten kształt małym półwyspie znajduje się niejako serce miejsca, tzw. wydrzy głaz, istotnie spory polodowcowy kamień. Samo jezioro jest urokliwe, choć jak na mój gust może nieco zanadto zarośnięte; niewiele tu za to dzięki temu odwiedzających.






Morze Bałtyckie przywitałem w miejscu, w którym prezentuje się ono spektakularnie jak mało kiedy z polskiej linii brzegowej. Wzgórze Gosań wznosi się na prawie 100 metrów wysokości i jest najwyżej położonym nad polskim morzem punktem, w który można się dostać. Zazwyczaj na Bałtyk można w Polsce patrzeć na płasko lub prawie na płasko, więc Gosań to miejsce niemal bezcenne. Morze to, mi przynajmniej kojarzące się jako dość posępne, zimne i pełne glonów, w takiej perspektywie w słoneczny dzień wygląda na spokojne, pogodne, ciepłe, płytkie i czyste. Widoki sięgają daleko - poza bezkresem błękitu podziwiać można zawijającą na północ polsko-niemiecką linię brzegową. Z tą sielanką kontrastują powojenne zabudowania na wzgórzu, co jest zjawiskiem esencjonalnym dla regionu.



Tzw. Kawcza Góra (tzw., bo bardziej z niej pagórek niż góra) jest o 1/3 niższa, ale dużo popularniejsza, a to przez bliskość graniczących z parkiem narodowym Międzyzdrojów (których nie zwiedzałem, ale przez które przejeżdżałem i przejazd ten potwierdził stereotyp tego miasta jako wzorca skomercjalizowanego, bezdusznego, głośnego kurortu nad polskim morzem). Widoki z niej są mocno ograniczone przez drzewa - dużo lepsze są już na schodach, które pomagają się dostać z plaży na wzniesienie. Gosań jednak bezsprzecznie wygrywa.






Z parku bardzo blisko już do Świnoujścia - miasta położonego na dwóch nadmorskich wyspach (i 42 innych), Wolin i Uznam (to druga i już ostatnia z polskich nadmorskich wysp, tym razem współdzielona z Niemcami, na których terytorium znajduje się znaczna jej większość). Jeśli coś mi nie umyka, to ten północno-zachodni narożnik kraju jest jedynym w tym kraju miejscem, gdzie nie można  od strony polskiej dostać się lądem, lecz trzeba użyć co najmniej promu, co też zrobiłem.

W Świnoujściu poza plażą właściwie nic nie ma - nic na tyle istotnego, żebym to zwiedzał - ale jest miejscem na swój sposób fascynującym: potencjalnie najmniej polskim miastem w Polsce. Nawet w październiku ściągają tu rzesze niemieckich wczasowiczów, których wydaje się być na ulicach i w knajpach kilka razy więcej niż Polaków, a na domiar tego nawet polscy sprzedawcy często mówią tu po niemiecku - przynajmniej na początku, kiedy zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa zakładają, że klient jest Niemcem. Nie przeszkadza mi to specjalnie, ale jest ciut surrealistyczne.



Świnoujście jest też wyjątkowe pod innymi względami. To generalnie już całkiem niemałe miasto (ok. 40 tysięcy samych mieszkańców) i teren nadmorski ma zaplecze w postaci sporych i dość brzydkich blokowisk, szczęśliwie oddzielonych od reprezentatywnej części długim i grubym pasem zieleni, w skład którego wchodzi potężny park zdrojowy. Jest tu też (w tej nadmorskiej części) nieco bardziej z klasą niż na ogół nad Bałtykiem - zadbane wille, sensowne restauracje, a zamiast koślawego bloko-apartamentowca również szpecący krajobraz, ale jednak sam w sobie ładniejszy Radisson Blu. Wiąże się to z ostatnim wyróżnieniem - Świnoujście uchodzi powszechnie i chyba zgodnie z prawdą za enklawę wczasowiczów starszych, spokojniejszych i bardziej wygodnych.

Największym atutem tego miasta jest jego plaża, jedna z najlepszych nad Bałtykiem - szeroka, czysta, spokojna. W połączeniu ze świadomością punktu na mapie rodzi się tu też dość krańcowo-światowe wrażenie.



Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie położony na uboczu Browar Miedziowy 44, założony w 2017 roku (nieco kuriozalna nazwa ma swoje źródło we właścicielu, którym jest KGHM, i w 44 wyspach Świnoujścia). Wnętrze, z jednej strony przyjemne, bo przestronne i łatwo pozwalające znaleźć ustronne miejsce, sprawia wrażenie browaru o imprezowym przeznaczeniu, w którym piwo nie jest na pierwszym planie. A jednak wszystkie bez wyjątku piwa były od dobrych (festbier, weizen) przez bardzo dobre (pils, niskoalkoholowe porzeczkowe, stout z dodatkami) aż po świetny milk stout, zrobiony tak jak trzeba - mocno mleczny, mocno palony, aksamitny, pijalny i pełen smaku zarazem. Dużo mniej imponowało jedzenie, ale przynajmniej było bardzo tanie jak na browary restauracyjne, a mimo wszystko ok.









Być może, że w środku sezonu Świnoujście jest najsensowniejszym nadbałtyckim kurortem ze wszystkich - wyobrażam sobie, że można tu wtedy złapać idealną pogodę, relatywnie mało obciążając się tłumem, hałasem i zbrodniami na estetyce (a w dodatku dostać pyszne piwo i to warzone na miejscu). Ciężko powiedzieć. Na pewno jednak poza sezonem są miejsca dużo sensowniejsze i posiadające znacznie więcej duszy, zwłaszcza że paradoksalnie w październiku nigdzie nad morzem nie spotkałem więcej turystów niż tu. Ostatecznie mógłbym postawić spore pieniądze, że nigdy już tu nie wrócę.

Nazajutrz czekała mnie podróż do Kołobrzegu. To miasto z prawie 50 tysiącami mieszkańców jest największym na polskim wybrzeżu ze wszystkich poza Gdańskiem i Gdynią, a co więcej na zjeździe gnieźnieńskim Bolesław Chrobry ustanowił tu biskupstwo razem z biskupstwami we Wrocławiu, Krakowie i Gnieźnie. Było to więc jedno z najważniejszych miast wczesnej Polski (choć bardzo krótko - biskupstwo przetrwało jedynie kilka lat przed pogańskim kontratakiem), ale dla mnie istotniejsze jest inne wyróżnienie. Kołobrzeg jest najukochańszym miastem mojego dzieciństwa, niegdysiejszym epicentrum wakacyjnej ekstazy, Arkadią, na którą za młodu wymieniłbym bez mrugnięcia okiem całą zagranicę i wszystkie skarby świata. Jeździłem tu z najbliższą rodziną, a czasem i z nieco dalszą, chyba co najmniej raz w roku przez lat kilkanaście i za każdym razem było to przeżycie piękne - może poza ostatnim razem, kiedy jako zaawansowany nastolatek zacząłem już się tu nieco nudzić. Ostatnio przed opisywaną tu podróżą pojawiłem się w Kołobrzegu aż jedenaście lat wcześniej i ciekaw byłem tej konfrontacji.




Mimo że niewiele się tu zmieniło i że mam dobrą pamięć, to wybuch sentymentu nie nastąpił, najwyżej parę ukłuć - okazało się chyba, że zbyt dużo dzieli mnie-dorosłego ode mnie-dziecka, co napełniło mnie w sumie pewnym smutkiem, niepokojem i niebezpiecznie intensywnym poczuciem vanitas (choć może byłoby inaczej, gdybym dzielił ten powrót z osobami, z którymi mam tam wspólne wspomnienia, no i gdyby było lato). W dodatku musiałem dokonać bolesnego rozrachunku i jasno stwierdzić: Kołobrzeg nie jest już moim wymarzonym miejscem nad Bałtykiem, a nawet jest od niego bardzo daleko. Jest znacznie za duży i zbyt cywilizowany. Ale ma swoje zalety, które można zsumować w jedną: naprawdę jest tu co zobaczyć poza wybrzeżem.

Przede wszystkim Kołobrzeg ma starówkę, na której można miło spędzić czas, kiedy przeje się plaża i cała jej otoczka. Co prawda jej "kamienice", w praktyce bloki, to rekonstrukcja po wojennych zniszczeniach (mówi się, że Kolberg uległ zagładzie w 95%), która nie stara się przeszłości wiernie odtwarzać, a najwyżej trochę niezgrabnie ją przypominać, ale jest tam po prostu miło. No i są tu dwa już całkowicie, szczerze i bez większej dyskusji naprawdę estetyczne budynki (również zrekonstruowane), a ponadto bardzo sensowne muzea.



Najlepszym z kilku muzeów Kołobrzegu jest Muzeum Oręża Polskiego, zresztą prawdopodobnie najlepsze, najbogatsze polskie muzeum tego typu poza Warszawą (o ile i z Warszawą nie konkuruje). Nie jestem miłośnikiem militariów, ale zbiory są po prostu imponujące, a dawna broń i mundury często po prostu bardzo estetyczne. Te można wszak oglądać w niejednym muzeum - tutaj zaś głównym przebojem jest wystawa wozów bojowych, wyrzutni rakiet, czołgów i myśliwców. Dla Kołobrzegu, którego oblężenie było podobno wyjątkowo zacięte, jest to coś esencjonalnego w równym stopniu co piaszczyste plaże.




















Kołobrzeg ma też chyba najbardziej okazały ratusz w całym województwie, zaprojektowany w pierwszej połowie XIX wieku przez Karla Friedricha Schinkla w typowym dla tego słynnego architekta stylu miękkiego, lekkiego, wręcz kobiecego i słodkiego neogotyku, pełnym umiłowania do cegły, symetrii, koniczynowych maswerków i krenelażu. Nie jest to moja ulubiona stylistyka, ale tutaj doczekała się pięknej realizacji. Od nieco nadmiernej symetrii odwraca uwagę wklęsły front ratusza.






Spod urzędu miasta widać tył drugiego zabytku, również z gotyckiej rodziny - XIV-wieczną katedrę. Gotyk to jednak skrajnie inny - ciężki, niezgrabny, przysadzisty, prymitywistyczny wręcz i romansujący jeszcze z romanizmem, anty-neo. To wszystko przede wszystkim z zewnątrz, a zwieńczeniem tego jest tu brutalna, prostokątna, uboga w okna fasada. W środku to już bardziej standardowa gotycka przestrzeń, choć ciągle jak na gotyk jest dość przysadziście. Gęstość i grubość kolumn przynosi niezłe efekty świetlne, a głównymi atrakcjami katedry jest tych kolumn znaczna pochyłość i potężna zabytkowa menora. Drugi najładniejszy kościół w regionie.















Przed powrotem nad morze zobaczyłem jeszcze Muzeum Miasta Kołobrzeg w zabytkowym różowym pałacu. Nie jest wybitnym, ale całkiem dobrym miejskim muzeum jak na miasto nie za duże i mocno zniszczone. Jego cechą wyróżniającą jest spory zbiór zabytkowych wag i odważników.










Będąc nad wybrzeżem, warto wejść na ponadprzeciętnie długie molo i złapać ładne widoki na niekończący się wschód i kończący latarnią morską zachód.




Od mola do latarni biegnie deptak, po którym przeszedłem niemożliwą do zliczenia liczbę razy. Mniej więcej w jego połowie stoi Pomnik Zaślubin Polski z Morzem, który jest nieprzesadnie estetyczny, ale ląduje na blogu ku pamięci z przyczyn sentymentalnych.


Kołobrzeg być może nie budzi już we mnie takich emocji jak kiedyś, ale wciąż jestem przynajmniej skłonny bronić jego latarni jako najładniejszej w Polsce. Rotundową ceglaną wieżę z tarasem widokowym poprzedza swoista esplanada, również na planie koła i również ceglana. Jest w tej budowli coś niezwykle klimatycznego. Latarnia w takiej postaci, jaką widać dzisiaj, zbudowana została już po wojnie i pełno w jej otoczeniu wojennych aluzji i historii.





Swą podróż po województwie zakończyłem w Darłowie, kilkunastotysięcznym mieście, które jest mniej znane od swojej części zwanej Darłówkiem, będącej jego portem. To prawdopodobnie najmniej kojarzone ze wszystkich miejsc, w jakich byłem na Zachodnim Pomorzu, a możliwe, że to tu wróciłbym najchętniej. Znajduje się tu niewielka, ale wreszcie w pełni autentyczna, szczera starówka z rynkiem z prawdziwego zdarzenia i bardzo ładnymi zabytkami.




Sylwetka jednego z nich wznosi się tuż za ratuszem - to Kościół Mariacki z 1320 roku, kawał masywnego, starego, ceglanego i - uwaga - niezniszczonego przez wojnę gotyku. Z zewnątrz, podobnie jak kołobrzeska katedra, jest to budowla ciężka, jak na gotyk przysadzista, z fasadą już niemal całkowicie milczącą vulgo bezokienną, ale ma więcej zgrabności i czuć, jak autentyczne i stare są jej ceglane mury. W środku łączy gotycką strzelistość/wzniosłość z małomiejską intymnością i kameralnością: jest wysoko, ale wąsko. Zachwycają sklepienia, zabytkowe polichromie, wyrzeźbiona w drewnie ambona i barokowe organy. W kościele znajduje się sarkofag Eryka Pomorskiego, bezsprzecznie najsławniejszego darłowianina w dziejach.















Jego postać mocniej jest związana z Zamkiem Książąt Pomorskich, stojącym w niewielkim oddaleniu od rynku. Wzniesiono go w połowie XIV wieku. To właśnie tu Eryk spędził ostatnie 10 lat życia, po tym jak po kilkudziesięciu latach królowania nad Szwecją, Norwegią i Danią został pokonany i wygnany przez przeciwników. W klimatycznym, pałacowym zamku, w którym surowy ceglany gotyk przeplata się z eleganckimi renesansowymi formami, znajduje się muzeum traktujące trochę o wszystkim i o niczym. Atrakcją większą od eksponatów, choć i wśród nich są bardzo godne uwagi, są wspaniałe zabytkowe wnętrza, zwłaszcza ciasne i ciemne ceglane korytarze i klatki schodowe. Perełka.





















Zachodniopomorskie pożegnało mnie darłowskim kościołem św. Gertrudy, który jest dawną kaplicą cmentarną i raczej jak kaplica niż jak pełnoprawny kościół wygląda. To enigmatyczny kawałek średniowiecznej architektury, z nieznaną datą powstania (nie jest młodsza niż XV wiek) i przedziwnym kształtem: na planie dwunastokąta foremnego i z baśniowo strzelistym dachem. Ekscentryczna powłoka skrywa piękne gwiaździste sklepienie, barwne polichromie i śliczne, niewielkie organy.





Były kościół ewangelicki, po którym ciągle widać protestanckie podejście do organizacji świątyń, był dobrą kropką na końcu Zachodniego Pomorza: Polski, która tak naprawdę dopiero zaczyna być Polską, póki co będąc niedoprecyzowaną ziemią po przejściach. Ziemią, której niefortunne położenie wiele wydarło i zagroziło zniweczeniem jej tożsamości. Ziemią, która obroniła tej tożsamości niemało, a z najnowszej historii uczyniła swą część: gdzie wojenne echa wiążą się z morzem średniowiecznej cegły i ponadczasowym spokojem nadbałtyckich plaż.

Komentarze

  1. Przyjemnie się czyta taki opis wycieczki. Duża dawka informacji. Zgodzę się również z tym, że trzy najbardziej "niepolskie" województwa to śląsko-opolskie, lubuskie i zachodniopomorskie. W Zielonej Górze, zwanej "małym Wrocławiem - (moim zdaniem tylko w odniesieniu do rynku)", można znaleźć na ścianach budynków napisy niemieckie. W ogóle ściana zachodnia (na zachód od Legnicy), to wciąż poszukująca swojej tożsamości cześć Polski. Z takimi miastami jak: Żagań, Zgorzelec, Szprotawa (skąd startowały pierwsze samoloty bombardujące Westerplatte w 1939), Bolesławiec, Gubin/Guben, czy Zielona Góra, to lubuskie nawet w swej "niepolskości" wyprzedza zachodniopomrskie i śląskie. Lubuskie gęste Bory Dolnośląskie powodują, że województwo jest kameralne nieco zpaomniane przez resztę kraju. W każdym razie w tych czasach dla wielu lubuskie i zachodniopomorskie to bardziej landy niż województwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Interesujące uwagi. Być może więc wyprawa do lubuskiego (którego praktycznie w ogóle nie znam) będzie bardziej ekscytująca niż się można spodziewać. I być może jeszcze się okaże, że pośpieszyłem się z przyznaniem Pomorzu Zachodniemu palmy pierwszeństwa w temacie niepolskości. Chociaż myślę, że jednak nie: myślę że lubuskie przegra o tych niemieckich turystów, których na pewno aż tak wielu tam nie ma, bo chyba żadnych nie ma tam za wielu :)

      Usuń
  2. Pod względem ilości turystów, lubuskie przegrywa ze wszystkimi. No może poza Parkiem Mużakowskim (wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO), który naprawdę warto odwiedzić. Piękne miejsce. W każdym razie zachęcam i polecam :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz