Ornette Coleman: "Free Jazz"

1961

To przełomowe nagranie za niespełna miesiąc będzie istniało już sześćdziesiąt lat. Ja słucham go co jakiś czas od ponad siedmiu i za każdym razem jestem pod wielkim wrażeniem, ale dopiero teraz, po dłuższej przerwie, po raz pierwszy zauważyłem, jak mocny związek ideowy ma ten album z korzeniami jazzu, mimo że uważany jest za wzorowy przykład albumu awangardowego, wyznaczającego nowe trendy, zmieniającego oblicze muzyki, łamiącego zastane normy i schematy.

Oczywiście uważany zupełnie słusznie. To pierwsza w historii muzyka, która przybrała formę pełnego free jazzu - do tej pory pojawiały się w niektórych nagraniach, na przykład Lenniego Tristano, Mingusa czy Cecila Taylora, free-jazzowe fragmenty, momenty, zrywki koncepcji, ale nigdy wcześniej nikt nie zdobył się na tak wielką śmiałość, by nagrać cały album w stuprocentowej, bezdyskusyjnej koncepcji free. Mało który gatunek czy podgatunek muzyczny w ogóle rodził się tak punktowo, w mało którym można tak jednoznacznie album-kamień węgielny. Colemanowi na tyle nawet wystarczyło śmiałości, by od razu - poza wprowadzeniem ogromnej swobody samej w sobie - użyć do tego jednego z najbardziej ekscentrycznych i potencjalnie kakofonicznych składów instrumentalnych w historii jazzu: podwójnego kwartetu dwóch instrumentów dętych, basu i perkusji, rozłożonych na dwa kanały dźwięku. Wydanie tego albumu istotnie zadecydowało o biegu historii muzyki.

Jednocześnie jednak mamy tu do czynienia z pewnym przewrotnym atawizmem. Free jazz często wyobraża się jako antytezę wczesnego, rozrywkowego jazzu i co do zasady jest to słuszne wyobrażenie, ale akurat Free Jazz Colemana ma sporą więź z jazzem nowoorleańskim, może nawet nie tak bardzo tym z nagraniami Louisa Armstronga, co z tym jeszcze wcześniejszym, mniej nastawionym na solówki, a bardziej na kolektywną improwizację, o którym można dziś raczej przeczytać niż go posłuchać z braku nagrań. Przede wszystkim dzieło Colemana ma silny pierwiastek rozrywkowy, chociaż jest to rozrywka odbita w co najmniej kilku krzywych zwierciadłach i pełna abstrakcji. Ale znacznie różni się ta muzyka od free-jazzowych modlitw Coltrane'a, żarliwych spirytualnych tripów Aylera, intelektualnej celowości Taylora czy brutalnych horrrorów Brötzmanna. Jej treść jest mniej pretensjonalna: jest nią po prostu zabawa, czysty popis kreatywności, gdzie w dodatku ważniejsza od indywidualnej ekspresji jest ekspresja grupy (choć oczywiście sposób, w jaki muzycy, zwłaszcza Coleman i Dolphy, dekonstruują i rekonstruują schematy melodyczne i rytmiczne, ma bardzo intelektualną podbudowę). Przy całej swej atonalności, kakofoniczności, a dla znacznej większości ludzi kompletnej nieprzystępności - ten album jest wciąż niewyobrażalnie playful i easy-going

Free Jazz nie jest hołdem dla nowoorleańczyków takim jak często hołd ten składał Albert Ayler; myślę, że Coleman niewiele miał na uwadze historii, gdy rodził się w jego głowie ten album, ale ma z nimi wspólny mianownik i to wcale nie marginalny. Z pewnego punktu widzenia to jest pierwotny jazz, tylko obdarty z takich zbędnych "bzdur", jak harmonia, rytmiczna konsekwencja, chwytliwość, kompozycja. Sama esencja: swoboda ekspresji, kolektywność, rozsadzająca energia, niekrępowana kreatywność, szalona zabawa. A że pierwotny jazz tak radykalnie zredukowany jest już muzyką dającą skrajnie odmienny efekt i w gruncie rzeczy nową, to osobna sprawa.

I chyba połączenie tej daleko posuniętej awangardy, nowoczesności, abstrakcyjności z ciągle żywym jazzowym idiomem zabawy, jazgotliwości i umiłowaniem melodii jest clou tego albumu i przyczyną, dla której pozostaje nie tylko jednym z najważniejszych, ale i najlepszych w historii. W czterech "solówkach" muzyków grających na instrumentach dętych osiągana jest niesamowita intensywność, dzikość, figlarna i świadoma kakofonia. Solówki są świetne same w sobie (może poza tą Freddiego Hubbarda, wyrwanego ze świata hard bopu, który ewidentnie nie czuje się tu do końca na swoim miejscu), ale dodatkowo obrastane i wzbogacane przez podłączających się kolegów i kładzione na kreatywnym, abstrakcyjnym tle sekcji rytmicznej. Wtedy stają się fragmentami muzyki nie z tego świata, obfitymi w ekscytujące dialogi instrumentów.

Z wielkich albumów jazzowych ten jest jednym z najmniej dopracowanych i kunsztownych. To logiczna konsekwencja szczątkowej kompozycji, kolektywizacji materiału i zatrudnienia tak dużego składu do grania muzyki, której nikt wcześniej nie grał, więc nie było w tej konwencji doświadczonych wykonawców. Ale bez tego pierwiastka anarchii Free Jazz nie byłby właściwie tym, czym jest.


9.0/10

Komentarze