William John Leech: "Klasztorny ogród"

olej na płótnie / ok. 1913 / National Gallery of Ireland, Dublin

O Williamie Leechu prawdopodobnie nie usłyszałbym nigdy w życiu, gdyby nie wizyta w najważniejszej irlandzkiej galerii sztuki. Choć z całych zbiorów standardowo największe wrażenie zrobił na mnie Rembrandt, a z Irlandczyków Yeats, to zapisałem sobie jeszcze trzy inne irlandzkie nazwiska i jednym z nich był Leech. Właśnie dzięki temu obrazowi. Choć po researchu w Internecie odkryłem, że artysta ma na koncie jeszcze parę godnych uwagi prac, to ta pozostaje moim zdaniem jego najlepszą. Nie jest to dzieło geniuszu, ale jest dużo lepsze niż obrazy niejednego malarza, o którym pisze każda historia sztuki, a tymczasem Leech pozostaje całkowicie lokalny.

Podoba mi się tu właściwie wszystko. Niezła jest sama kompozycja, jednocześnie spontaniczna i wyrafinowana. Większość obrazu stanowi w gruncie rzeczy rama tudzież kurtyna z gęstej roślinności, a z grubsza jedynie prawa górna ćwiartka jest sceną. Główna postać jest blisko brzegu płótna i w dodatku odwrócona twarzą do tego brzegu. Jest to wszystko w pewien manierystyczny, wysmakowany sposób nienaturalne i nadaje dziełu nieco łagodnej podniosłości.

Bardziej jeszcze niż kompozycja podoba mi się kolorystyka i technika malarska, odmiana impresjonizmu, w jakiej Leech odmalował większość płótna, czyli roślinność. Spontanicznymi ruchami pędzla, ale z ogromnym wyczuciem stopniowania i kontrastowania chromów, stworzył migotliwy, świetlisty, zbity gąszcz, substancjalny nie jako po prostu roślinność, lecz jako gęste, acz niejednorodne tworzywo, które zdaje się budulcem rzeczywistości. Flora niemal zastępuje tu powietrze. Odchodząc od samej techniki, finalna kolorystyka jest piękną, świetlistą eksplozją bieli i zieleni, niezmąconych niemal niczym innym, a mimo to obraz wcale nie sprawia wrażenia monochromatycznego z racji wielości odcieni tych kolorów. Wyniesienie zieleni na piedestał czyni swoją drogą to płótno esencjonalnie irlandzkim (choć warto pamiętać, że Leech malował je już po swojej drugiej przeprowadzce do Francji

Wyrafinowana kompozycja, pogodna kolorystyka i opisana technika pędzla sprawiają, że obraz ma jednoznacznie pogodną i tajemniczą jednocześnie atmosferę (nie jest to zbyt częste połączenie), a rozgrywająca się scena sprawia wrażenie nie tyle przechadzki panny młodej w dniu zaślubin po przyklasztornym ogrodzie, lecz misterium kultu czystości i niewinności. Jeśli trafia to do mnie, osoby, która na ogół z ogromnym trudem trawi estetykę i tematykę ślubną, to chyba artysta odniósł sukces.



8.0/10

Komentarze