Vijay Iyer & Wadada Leo Smith: "A Cosmic Rhythm With Each Stroke"

2016

Jedna z najciekawszych jazzowych prób dekady, a właściwie chyba i całego dotychczasowego XXI wieku. Ascetyczna koncepcja duetu trąbki i fortepianu (czasem rozszerzana o instrumenty elektroniczne, ale wciąż kontrolowane przez jednego muzyka i zachowujące się zawsze ascetycznie), grających oszczędne, tajemnicze, niedopowiedziane, klimatyczne frazy (trąbka) i motywy (fortepian) o ambicjach transcendentnych i kosmologicznych. Jakkolwiek nie zawsze się te ambicje udaje zrealizować, właściwie przeważnie trochę brakuje, to podejście jest bardzo godne pochwały, a efekt bywa piękny, choć całościowo nie składa się na album, który należałoby zaliczyć do najlepszych jazzowych albumów wszech czasów. Osadzony jednak w ubogich i wtórnych dla jazzu latach zyskuje na wartości. Jest to wręcz zalążek nowej, prawdziwie oryginalnej, świeżej odmiany jazzu - z której raczej nic się nie wykluje, ale dobre i to.

Duet nie jest równy. Moim zdecydowanym faworytem jest tu Wadada Leo Smith z fascynującą techniką gry na trąbce: wydmuchujący doniosłe, przeszywające i ascetyczne jednocześnie frazy, często zawieszone na długo na jednym tonie, często poucinane i odosobnione od siebie, ustawiane w mocnej niezależności od harmonicznych, rytmicznych i melodycznych konwencji, z ekstremalnymi mikroeksperymentami na barwie dźwięku, "kosmologiczne", zdające się przemierzać całą kulę ziemską. Vijay Iyer wzbudza już we mnie mieszane uczucia: to bardzo intelektualny pianista, miewa pomysły znakomite i potrafi stworzyć zarówno idealne tło, jak i kontrapunkt dla partnera, kładzie niekiedy podkład wręcz Messiaenowski, ale nieraz brakuje mi w jego grze potrzebnego temu albumowi metafizycznego ukierunkowania i kreatywności, a i czasem wkradają się miałkie echa jazzu w typie ECM.

Dla mnie, bardzo subiektywnie, te nagrania są spóźnioną o wiele lat kontynuacją "noir-jazzu" Milesa Davisa z typu soundtracku do Windy na szafot, mocno strawestowaną, rozwiniętą o wpływy spirytualne, jakie się w jazzie w międzyczasie pojawiły. Generalnie to inna muzyka w bardzo wielu aspektach, ale w swoim efekcie podobna: skrajnie klimatyczna, wieczorna albo i wprost mroczna, tajemnicza i ascetyczna, enigmatyczna, ale wciąż jazzowa. Nie mam pełnej satysfakcji, ale nawet bez niej to jest silny kandydat na mój ulubiony jazzowy album dekady.



7.5/10

Komentarze