Herman Melville: "Moby Dick"

1851

Legendarny Moby Dick to jedno z największych literackich oszustw w dziejach. Jestem przekonany, że większość osób wyobraża sobie tę powieść jako typowego reprezentanta literatury przygodowej, może nawet jako przeznaczoną bardziej dla dzieci niż dorosłych. Mało tego; nawet po dowiedzeniu się już czegoś o tym dziele w trakcie wertowania historii literatury ja sam nastawiony byłem na powieść przygodową: z ambicją literacką, drugim dnem, głębokim znaczeniem, ale ciągle jednocześnie powieść przygodową - tak nieadekwatna do rzeczywistości była uproszczona wersja wydarzeń ludzi profesjonalnie zajmujących się literaturą. I tego też mało, bo moje nastawienie nie zmieniło się po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów, kiedy akcja jest wartka, narracja bywa infantylna, a autor lubi zaskakiwać czytelnika niezwykłymi faktami o świecie - cechy typowe dla starych książek przygodowych. Szybko jednak wszystko ulega odwróceniu - już wtedy, gdy narrator przestaje być pierwszoplanową postacią, za którą podąża akcja, a staje się niemal wyłącznie obserwatorem, a więc mniej więcej w momencie wypłynięcia "Pequoda" na ocean. Od tego momentu, więc przez prawie całą powieść, Moby Dick nie tylko nie jest powieścią przygodową, ale bywa wręcz antytezą powieści przygodowej.

Akcji jest tu już później raczej niedużo, a w dodatku daleko jej do wartkości, jest raczej teatralna i manierystyczna. Dialogi, jakby nie patrzeć w literaturze przygodowej dość fundamentalne, są u Melville'a skrajnie dalekie od naturalności, dziwaczne, często przypominają raczej strumień świadomości mówiącej osoby, i często jest to strumień nieskładny, rozwlekły i naszpikowany bombastycznymi, podniosłymi hasłami i kwestiami. Większość książki wypełniają statyczne, często retrospektywne obserwacje ludzi i przyrody, wybujałe filozoficzne i socjologiczne interpretacje rzeczywistości i rozważania narratora, a w końcu popularnonaukowe, momentami groteskowo jak na beletrystykę szczegółowe i techniczne opisy wielorybów i wielorybnictwa: anatomii, podziału gatunkowego, zachowań tych zwierząt, procesów podwieszania wieloryba przy statku, wytapiania tłuszczu, systemów olinowania statku wielorybniczego i dziesiątki innych tego typu atrakcji.

W trakcie długiej lektury zdarzało mi się tę powieść kochać i zdarzało być nią mocno zmęczonym. Kiedy Melville wpada we flow, jego "wielkoduszne", doniosłe tyrady zachwycają inteligentną konstrukcją, bujnością języka i erudycją, a jednocześnie z tej poezji wyłaniają się celne, oryginalnie zaprezentowane i ponadczasowe spostrzeżenia na temat świata i ludzkiej duszy. Nie ma tu jasnej konkluzji, nieprzeniknione pozostaje znaczenie zarówno Ahaba, jak i białego wieloryba, i powieść daje się interpretować zapewne w nieskończoność, ale poszczególne jej odcinki bywają pięknie dopełnione. Czasem jednak, zwłaszcza w monologach postaci, kończy się to znacznie przesadzoną pompą, kaznodziejskim tonem i traci spójność, a i język staje się niesmacznie przepoetyzowany i przewznioślony. 

Mimo wspomnianej anty-przygodowej maniery (która była zresztą dla mnie osobiście zaskoczeniem pozytywnym) również sama fabuła potrafi do pewnego momentu mocno wciągnąć i przenieść do XIX-wiecznego świata ludzi morza, a precyzyjne opisy autora skutecznie pobudzają wyobraźnię. Na dłuższą jednak metę podróż "Pequoda" staje się trochę monotonna i nużąca.

Co zaś do opisów technicznych i popularnonaukowych, to z jednej strony są czymś uroczym - autor-narrator jawi się jako protoplasta wszystkich geeków; jego fascynacja wielorybami i wielorybnictwem jest swego rodzaju pozytywnym obłędem, zwłaszcza w połączeniu z głębokim znaczeniem, jakie - nie wiadomo, czy pół-żartem pół-serio, czy może jednak serio - przypisuje zarówno tym zwierzętom, jak i tej profesji i udowadnia, sięgając do swej wiedzy historycznej. Z drugiej jednak to ciągle są realistyczne, szczegółowe opisy olinowania statku i wytapiania tłuszczu z wieloryba, czyli coś, o czym się czytać trochę nie chce, a po kilkunastu tego typu rozdziałach nie chce się nawet bardzo.

Moby Dick został w swoich czasach zmiażdżony przez krytykę, a dopiero w XX wieku odkryty na nowo i uznany za podwaliny modernistycznej literatury amerykańskiej. Dzisiaj mówi się, że krytyka wynikała z tego, że Melville wyprzedził swoje czasy i tworzył zbyt nowocześnie. Jest w tym część racji, pewnie większa część, bo Moby Dick ze swoją gatunkową mieszaniną, ze swoim przepoetyzowaniem języka, enigmatycznym jądrem treści, ekscentryczną metodą narracji, jest faktycznie bardzo nowoczesny i fantastycznie dziki, swobodny, przełamujący konwencje. Z drugiej strony krytyków w pewnej mierze rozumiem, bo melioratywna dzikość zdarza się tu zamienić w pejoratywny bałagan, a monologi kapitana Ahaba i zresztą innych postaci również są czasem tak przegięte, że niemal nie da się ich czytać, szczególnie im bliżej końca książki. Sumarycznie nie mogę nie ocenić Moby Dicka zdecydowanie pozytywnie, ale w moim kanonie najlepszych powieści wszech czasów się nie znajdzie.



7.0/10

Komentarze