The United States of America: "The United States of America"

1968

Jedno z najbardziej niedocenionych i najbardziej satysfakcjonujących dzieł rocka psychodelicznego lat 60., nieustępujące lub ustępujące nieznacznie największym klasykom, eksperymentalne i ekscentryczne, pełnoprawnie psychodeliczne. Czerpiąc z rozlicznych inspiracji i trawestując je, nie bojąc się odległych od gustu masowej publiczności eksperymentów brzmieniowych i pisząc po prostu dobre piosenki, Joseph Byrd i jego zespół stworzyli album barwny, przyjemny i ciekawy jednocześnie, gdzie są utwory lepsze i gorsze, ale nie ma przypadków i zapychaczy.

Zespół Josepha Byrda nie miał jednej, ustalonej formuły na psychodelię i to chyba staje się jego największym atutem, a esencją albumu jest eklektyzm, kolaż, bogactwo wpływów i wieczne poszukiwanie. Jeden utwór zdaje się być ze świata Syda Barretta, inny z psychodelicznej fazy Beatlesów, jeszcze inny z Zappy, coś z Jefferson Airplane, da się tu usłyszeć Captaina Beefhearta czy VU, a wszystko owiane jest duchem akademickich eksperymentatorów elektronicznych. Jeśli jakoś inaczej postarać się ująć myśl przewodnią USA, nie licząc właśnie niejednorodności, to byłyby to śmiałe eksperymenty brzmieniowe ze szczególnie istotną rolą elektroniki, w najbardziej śmiałych momentach zacierającej swoje instrumentalne pochodzenie. I może jeszcze całkiem bogata faktura utworów, nie tylko dzięki okładaniu ich właśnie mnóstwem dziwnych dźwięków, również dość bogata i bez tego (świetne linie basu). 

Stąd najbardziej esencjonalnym i zresztą najlepszym kawałkiem jest tutaj finalny utwór The American Way of Love, szalony kolaż, nakładający na siebie odmienne style, motywy i brzmienia zarówno w układzie horyzontalnym, jak i wertykalnym, posuwający się momentami do przemyślanej i urzekającej kakofonii. Kakofonią zaczyna się i kończy też drugi najlepszy utwór, dość Barrettowskie medytacyjne crescendo The American Metaphysical Circus z urzekającą eteryczną linią wokalną i wspaniałym krajobrazem dźwięków. W tym wszystkim zespół nie zatraca ostrej rockowej tożsamości, którą reprezentuje zwłaszcza proto-krautrockowe, namacalnie elektryczne i przebojowe Hard Coming Love, chociaż najbardziej przebojowym kawałkiem jest trippowe, hippisowskie The Garden of Earthly Delights. Z pozostałych najbardziej urzeka mnie stricte Beatlesowa miniaturka Stranded in Time, ślicznie wykorzystująca instrumenty smyczkowe.

A nie patrząc na eksperymentalny charakter, to jest to po prostu bardzo klimatyczny i rozkoszny album, mimo wszystko dość lekkostrawny jak na awangardowe zapędy. Tak trochę, przynajmniej pod względem efektu, wyobrażałem sobie Jefferson Airplane, dopóki nie posłuchałem Jefferson Airplane i nie uległem rozczarowaniu. Aczkolwiek, z całym szacunkiem dla Dorothy Moskowitz, gdyby zastąpiła ją tutaj Grace Slick, to album byłby już nie z tego świata.


8.0/10


Komentarze