Peter Paul Rubens: "Porwanie córek Leukippa"

olej na płótnie / 1618 / Stara Pinakoteka, Monachium

Rubens jest jednym z tych arcygłośnych nazwisk malarstwa, które stosunkowo słabo na mnie działają. Lubię go - a nawet, nie do końca wiedząc czemu, lubię go straszliwie - ale wymienianie go jednym tchem z Rembrandtem, Vermeerem, Caravaggiem i jeszcze niejednym gigantem wydaje mi się dość dla niego szczęśliwe. W jego obrazach, przynajmniej w znacznej większości tych bardziej znanych, nie ma bowiem ani krzty tego, czego w malarstwie i w ogóle w sztuce poszukuję ze szczególnym zapałem. Paradoksalnie fascynuje mnie w Rubensie właśnie fakt, że tego czegoś tak totalnie u niego nie ma i co z tego faktu wynika. Są wyjątki, ale generalnie Rubens zdołał całkowicie pozbawić swoją sztukę duchowości, transcendencji, tajemniczości, magii i przenikliwości, a w zamian za to ukazał nam świat maksymalnie cielesny, zmysłowy, ziemski, namacalny, krwisty i witalny - właściwie tak bardzo, tak hiperbolicznie i intensywnie, że na swój sposób również nadrzeczywisty. Geniusze malarstwa potrafią malować rzeczy niewidzialne i nieuchwytne - atmosfery, emocje, myśli, idee - i w tym bardzo często tkwi ich genialność. Genialność Rubensa tkwiłaby zaś w umiejętności malowania niewidzialnych, uniwersalnych aspektów bardzo widzialnej i uchwytnej fizyczności, jeśli już ktoś chciałby mu geniusz przyznać.

Porwanie córek Leukippa jest tego urzeczywistnieniem chyba najdoskonalszym. Właściwie ten obraz jest takim moim osobistym "mitem o Rubensie" - przychodzi mi do głowy za każdym razem, gdy o tym malarzu myślę, skłania do fascynacji nim, po czym gdy szukam tego efektu na innych płótnach Flamanda, to z rozczarowaniem znajduję tylko mniejszą lub większą namiastkę. 


Przychodzi mi na myśl niemal jednocześnie wiele pojedynczych, choć przenikających się haseł, które je opisują. Jeśli coś wysuwa się na prowadzenie, to jest to "cielesność". Mistrzostwo, z jakim malarz oddał cielska swoich postaci: ich mięsistość, skórzastość, mięśniowość, tłuszczowość i żywość - może sobie nie mieć równych w historii malarstwa, przynajmniej pod pewnymi względami. Przede wszystkim chodzi o bombastyczne, pulsujące krwią, rumiane, rozgrzane ciała kobiece (a już zwłaszcza potężne udo w samym środku płótna), w których artysta uchwycił trochę esencji kobiecej cielesności, choć nie w jej wdzięku, tajemniczości i pięknie, a w niepohamowanej erotycznej zmysłowości, zwierzęcej pożądliwości i obfitości kształtów. Niuanse świetlne skóry tych dwóch kobiet to arcymistrzostwo techniczne. Być może (z wiadomych względów ciężko mi to stwierdzić) częściowo dzieje się rzecz analogiczna również w przypadku brutalnie opalonych, umięśnionych, również pulsujących krwią, choć trochę inną krwią ciał męskich, ale efekt już tak silny nie jest, również przez dużo uboższą ich ekspozycję.

A więc erotyzm. Płótno kipi erotyzmem - i znów nie romantycznym, subtelnym, uczuciowym, lecz maksymalnie zmysłowym, wrzącym, rozpasanym i transparentnym wręcz, żywiołowym i nieco bachicznym, choć jeszcze nie obscenicznym. To nie jest porwanie ani gwałt, lecz teatralna (teatralna par excellence i przez to teatralność jest hasłem kolejnym) scena porwania i gwałtu, w którą zresztą kobiety angażują się bardziej i z większą ochotą niż mężczyźni, jakby zbyt łagodni i niepewni. Gdyby ktoś miał co do tego wątpliwości, niech zauważy obecność amorków, a zwłaszcza nie pozostawiający złudzeń wyraz twarzy tego po lewej stronie, ewentualnie pieszczotliwość ruchu dłoni spoczywającej na przedramieniu jednego z braci.

Energia - nie tylko erotyczna, po prostu energia, rozsadzająca płótno apoteoza witalności, zmysłowości, gwałtowności, impulsywności. Wyrażana jak się da - przez dynamiczną, wzrastającą diagonalnie kompozycję, dramatyczne, gwałtowne pozy ludzi i koni, przepych barw, eksplozję świetlną na ciałach kobiet i dziesiątki pomniejszych eksplozji chromatycznych. Krok w krok idzie tu sugestywne oddanie ruchu. A zarazem, mimo tak silnej ruchliwości, fascynujący jest ciężar tego płótna: nie tylko przez mięśnie i obfitość, również przez szczelne zapełnienie kadru i całkowitą dominację nad krajobrazem, grupa postaci i zwierząt wydaje się ważyć tony i gotowa zwalić na ziemię z hukiem. A jednak, swoją wewnętrzną siłą, utrzymuje się w powietrzu.

Podsumujmy (i dołóżmy parę bez wyjaśnień, żeby nie przedłużać): cielesność, erotyzm, ciężar, tłustość, energia, ruch, świetlistość, barwność, przepych, teatralność. Pytanie - co z tej wyliczanki jest esencjonalnie barokowe? Odpowiedź: wszystko. Rubens jest eksplozją baroku, a to płótno jest eksplozją sztuki Rubensa. Jest w malarstwie tym, czym w architekturze Bazylika św. Piotra, a w muzyce najbardziej obfite kompozycje Händla. Sam się sobie dziwię, że tak wysoko oceniam obraz tak mało zaspokajający moje najgłębsze artystyczne poszukiwania, ale czasem nie jestem w stanie się oprzeć czemuś spoza mojego subiektywnego kanonu.


9.0/10 

Komentarze

  1. Jak mi się ostatnio olej rozlał to plama była inna. Dziwne.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz