Irlandia: część III. Euforie i melanchnolie w krainie wszystkiego

Po przekroczeniu przełęczy Healy Pass błyskawicznie i w spektakularny sposób - z dużej wysokości - ukazało mi się jeszcze jedno oblicze irlandzkiego krajobrazu. Półwysep Beara, do tej pory górzysty i oceaniczny, ucieszył moje oko rozległą przestrzenią z bardzo swobodnie porozrzucanymi górami i jeziorami. Tak naprawdę jeziorem, ale wrzynające się w ląd "zatoki oceaniczne drugiego stopnia" (jak można roboczo nazwać zatoki będące wypustkami większej zatoki, łączącej się z Atlantykiem) są na tyle kameralne, że poczułem się jak w krainie jezior. Miało się to jeszcze pogłębić - tym razem za sprawą jezior pełnoprawnych - na szybko zbliżającym się kolejnym półwyspie, a potem rozwinąć w stronę nieograniczonego konglomeratu jezior, gór, oceanu, zatok, wysp i prawdopodobnie jeszcze wielu innych geograficznych określeń. Oto Hrabstwo Kerry: Irlandia w przepysznej pigułce.

Parę dni później miałem odkryć, że owszem, są na Irlandii miejsca jeszcze piękniejsze, ale też trochę osobne, inne niż większość wyspy. Kerry kompiluje natomiast sporą część najwspanialszych akcentów kraju i je maksymalizuje. Przede wszystkim na półwyspie Irveagh, największym, wokół którego biegnie będąca esencją Wild Atlantic Way, spektakularna górsko-jeziorno-oceaniczna owalna droga Ring of Kerry, i półwyspie Dingle, odrobinę bardziej kameralnym. Nie chodzi tylko o naturę: świetną reprezentację mają tutaj też takie totemy irlandzkiej kultury jak piwo, whiskey, zamki, wiktoriańskie pałace, atlantyckie miasteczka rybackie i wczesnochrześcijańskie pozostałości architektoniczne z pierwszego tysiąclecia ery.

Nie dziwi zatem, że Hrabstwo Kerry jest najbardziej obleganym przez turystów obszarem na całej wyspie. Być może Dublin odwiedza więcej przyjezdnych, być może są pojedyncze atrakcje, gdzie ludzi jest więcej niż nawet w najpopularniejszej atrakcji Kerry, ale jako region to hrabstwo to apogeum irlandzkiej turystyki. Sam zresztą osobie nie mającej wiele czasu, która mogłaby zobaczyć tylko mały wycinek Irlandii, poleciłbym właśnie to miejsce. Jest spektakularne, magiczne i reprezentatywne, nawet jeśli ostatecznie postawiłem nad nim coś innego.

Nature comes first in Ireland, ale póki co głód i godziny otwarcia miejsc biletowanych dawały jasną dyrektywę: trzeba na razie przemilczeć naturę i skupić się na wytworach kultury. Pierwszym stała się miejscowość Kenmare w "pasze" zatoki między półwyspami Beara i Irveagh, bardzo reprezentatywne, urocze irlandzkie miasteczko. Trzy poważne ulice na krzyż, ale każda z nich jest odrealnionym ciągiem kolorowych szeregówek, oldskulowych szyldów i kryjących się pod nimi pubów. Irish Stew spożyty w jednym z nich, wybranym spontanicznie, był wprawdzie jednym z mniej udanych, jakie jadłem, ale jednocześnie był na zupełnie satysfakcjonującym poziomie. Nie ukrywam, nie spotkałem na Irlandii Irish Stew, który nie byłby co najmniej bardzo smaczny.





Po zmianie półwyspów nie podążyłem za Ring of Kerry od razu wzdłuż oceanu na wschód, a na północ, w głąb lądu, w stronę parku narodowego Killarney i miasta o tej samej nazwie. Na tym odcinku Ring of Kerry jest spektakularną serpentyną, ale spektakularną w odcieniu tajemniczości i mroku. Killarney National Park to bowiem najbardziej lesista część Irlandii ze wszystkich, które widziałem, a dodając do tego posępny majestat jezior (w tym Lough Leane, jedenaste największe w kraju, przy czym w południowej połówce wyspy już drugie największe) i gór (w tym dwa najwyższe szczyty całej wyspy: Carrantuohill na 1039 metrach nad poziomem morza i 50 metrów niższy Knocknapeasta) przybiera to oblicze iście baśniowe.

Kontemplację tej okolicy zostawiłem sobie na dzień następny, wiedząc, że będzie trzeba tędy wrócić, słusznie pędząc póki co do Muckross House, scenicznie położonej wiktoriańskiej posiadłości, zbudowanej w 1843 roku. Widok na Lough Leane i na pasmo górskie, w skład którego wchodzą wspomniane szczyty, stara się odciągnąć od tego subtelnego pałacu, ale w końcu udało mi się mu przyjrzeć. Z tych wszystkich wiktoriańskich rezydencji spodobał mi się chyba na Irlandii najbardziej, bo jest harmonijny i subtelny - delikatnie operuje neogotykiem, a trójkątne zwieńczenia elewacji i ścięte wykusze tworzą niezły klimat. Posiadłość słynie najbardziej z tego, że w 1861 roku spędziła tu kilka miesięcy królowa Wiktoria i co więcej były to jedne z ostatnich w pełni szczęśliwych miesięcy jej życia, zanim straciła ukochanego męża. Tak przynajmniej twierdził przewodnik, a ja mu wierzę, bo tak kompetentnego wrażenia wielu przewodników na mnie w życiu nie zrobiło. Mogę nawet wybaczyć, że wnętrze było jednym z dosłownie trzech miejsc na Irlandii, gdzie nie mogłem zrobić zdjęć - szkoda, bo niektóre pomieszczenia to perełki.








Po zakwaterowaniu w pobliskim Killarney - najbardziej turystycznym mieście w Irlandii, ale mimo to bardzo sympatycznym - przy wzmagającym się wietrze wróciłem nad Lough Leane w innym punkcie, przy Ross Castle, XV-wiecznym zamku, który jako ostatni ze wszystkich w prowincji Munster padł pod naporem sił Olivera Cromwella. Dość standardowy tower castle, na pewno mniej spektakularny od paru innych, ale za to z najbardziej spektakularną lokacją.





Ścieżkami między bujną roślinnością parku narodowego z jednym wspaniałym widokiem na góry owiane gęstymi chmurami skierowałem się z powrotem do Killarney.




U progu miasta stoi Katedra św. Marii, budowana w latach 1842-1855. Dałbym jej dużo mniej lat, jest strasznie dopieszczona, wygładzona i powtarzalna i reprezentuje ten typ neogotyku, co do którego zaczynam już być trochę sceptyczny. Imponujący wielkością bryły, ale umiarkowanie ciekawy kościół w porównaniu z innymi, które widziałem na wyspie.




Zatłoczone Killarney urzeka typową irlandzką zabudową i zachęcającymi lokalami, w środku miasta stoi też bardziej interesujący, ale zamknięty niestety kościół.



Krótki spacer zaprowadził mnie do Killarney Brewing Company, browaru craftowego, który ze wszystkich stacjonarnych irlandzkich browarów zrobił na mnie chyba najbardziej pozytywne wrażenie. Pięknie eksponujący nowoczesny sprzęt z bawarskiego BrauKonu (ten sam, na którym warzy wrocławski Browar Stu Mostów), z ładnym półokrągłym barem i szerokim wyborem piw. Ja poszedłem w klasykę. Killarney Brewing ostatecznie nie wygrało ani na polu Irish Red Ale, ani Dry Stoutów, ale w obu kategoriach zajęło drugie miejsce, więc to właśnie tutaj najchętniej bym wrócił, by spędzić parę godzin nad piwem. Szczególnie stout był wyśmienity, zachowując balans między palonością a kremowością.







W browarze serwuje się też nieźle wyglądającą pizzę, ale na kolację wróciłem do centrum Killarney i okazało się to strzałem w dziesiątkę - Celtic Whiskey Bar & Larder to z kolei podium wszystkich irlandzkich restauracji, jakie odwiedziłem. Deska foodpairingowa irlandzkich whiskey i irlandzkich serów zachwyciła, łącząc walory edukacyjne z hedonistycznymi. Wersja Irish Stew z całym kawałem jagnięciny z kością nie wyglądała widowiskowo, ale okazała się drugą najlepszą interpretacją tego dania w całej podróży, a irlandzki deser z whiskey, malinami, bitą śmietaną, pistacjami i kruchymi ciasteczkami to niesztampowa poezja.





Nazajutrz po opuszczeniu Killarney i skierowaniu się z powrotem na południe, by jak należy kontynuować Ring of Kerry wzdłuż oceanu, zajechałem jeszcze raz do Muckross, tym razem by wśród czarnych krów i drzew odnaleźć Muckross Abbey, ruinę opactwa założonego w 1448 roku i spalonego przez wojska Cromwella niemal równo dwa wieki później. Jest na Irlandii sporo takich ruin, ale ta jest być może najbardziej archetypiczna ze wszystkich. Nie tylko las celtyckich krzyży pokrytych mchem, nie tylko sama pozostałość po kościele pozbawiona dachu, z zionącymi pustką oknami i przejściami: z tyłu ukryty jest typowy klasztorny dziedziniec z kamiennymi krużgankami, na środku którego stoi stary cis o ciekawie poskręcanym pniu. Miejsce wybitnie klimatyczne, lekko niepokojące nawet w słoneczny poranek, a co dopiero o bardziej nastrojowej porze dnia lub nocy.














W drodze nad ocean nie robiłem za wiele zdjęć, bo jakby nie patrzeć byłem w drodze, a miejsce do postoju nie trafia się aż tak często, ale uchwyciłem kwintesencję okolicy w zachwycającym punkcie widokowym Lady's View, gdzie widać jeziora Killarney leniwie rozlewające się pomiędzy pasmami górskimi.


Jeśli chodzi o oceaniczne oblicze Ring of Kerry, to najpiękniejsze jest w południowo-wschodnim rogu półwyspu, w pobliżu miejscowości Caherdaniel. W pewnym momencie z umiarkowanego wzniesienia rozciąga się tam rewelacyjny widok na soczyście zielone pola, ocean i wysepki Deenish i Scariff.





Nieco bardziej na północ i jeszcze trochę na wschód, tuż za wsią Ballynabloun, mogłem zobaczyć ze zbyt dużej niestety odległości niesamowite wyspy Skellig, na których znajdują się pozostałości po wszesnochrześcijańskich zabudowaniach świątynnych, do których prowadzi kilkaset schodów, a na które wycieczka łodzią miała być i pewnie byłaby jednym z najpiękniejszych momentów całej wyprawy. Ze względu na niezadowalające warunki pogodowe tour mi odwołali i musiałem zadowolić się tym, co widać na poniższym zdjęciu: spiczastymi szczytami majaczącymi we mgle na oceanie.


Z tego samego punktu, tylko w inną stronę widoczna jest z kolei dość płaska wyspa Valentia, położona bardzo blisko lądu - na tyle, że od południa łączy ją z nim most, a od zachodu kilkuminutowa przeprawa promem. Wyspa może nie robi estetycznie niesamowitego wrażenia, ale jest znamienna historycznie - z niej poprowadzono do Ameryki, a dokładnie do Nowej Fundlandii, pierwszy transatlantycki kabel telegraficzny. Stąd, bo nie licząc Islandii i małych wyspek wschodnie wybrzeże Valentii jest najbardziej wysuniętym na wschód, a więc najbliższym Ameryki punktem Europy. A tak naprawdę, to nie licząc jeszcze minimalnie bardziej wysuniętego na wschód koniuszka (kolejnego na trasie) półwyspu Dingle, ale zapewne przez zbyt górzysty teren wybrano Valentię. Wjechałem na nią mostem i opuściłem promem, by uderzyć właśnie na wspomniany Dingle.




A konkretnie do miasta o tej samej nazwie, choć może trzeba by raczej powiedzieć, że o nazwie Daingean Uí Chúis, bo to jeden z nielicznych punktów Irlandii, gdzie ludzie faktycznie często i gęsto posługują się językiem irlandzkim. Po drodze, już na półwyspie Dingle, była okazja, by przystanąć i rzucić okiem wstecz na Irveagh.




A samo Dingle Town, niewielki port rybacki nad zatoczką na południowym wybrzeżu półwyspu, przerobiony z biegiem historii na ośrodek turystyczny, stanowi apogeum irlandzkiej małomiasteczkowości. Jak banalnie by to nie brzmiało, za dnia jest jednym z najbardziej uroczych miejsc na wyspie, a wieczorem jednym z najbardziej klimatycznych. To również zaledwie kilka kolorowych uliczek na krzyż, ale chciałoby się tu spędzić więcej czasu niż dzień czy dwa, i to mimo że jest bardzo obleganą przez turystów atrakcją (tu mała uwaga: jeśli piszę, że coś na Irlandii jest turystyczne, oblężone przez turystów, zatłoczone, to trzeba brać poprawkę, że to ciągle jest bardzo daleko poziomu jakiegoś Luwru, Neuschwanstein, Bazyliki św. Piotra, mostu św. Karola czy prawie całej Florencji: aż tak zadeptanych miejsc na Irlandii nie ma chyba w ogóle; może z wyjątkiem najsłynniejszych pubów, ale to trochę inna sprawa). Port robi pogodne, spokojne i inspirujące wrażenie; uliczki toną w kolorach starych szeregowych domków, szyldach i tabliczkach zachęcających do wstąpienia na kawę, piwo, seafood i inne atrakcje. Po bezkonkurencyjnym, zapewniającym ocean atrakcji Dublinie, Dingle wygrało tytuł mojego drugiego ulubionego miasta na Irlandii. Nie będąc nawet właściwie miastem.











Po skromnym śniadaniu w Killarney i paru ładnych godzinach jazdy byłem już mocno głodny i w idealnym momencie nadeszła knajpka The Fish Box, w której zaliczyłem kolejne irlandzkie "naj-": najlepszy morski posiłek. Rewelacyjny, gęsty chowder z obezwładniającym chlebem sodowym był tylko przygrywką do pudła z dobrej jakości frytkami, a przede wszystkim najświeższymi kalmarami, krewetkami i dorszem w chrupiącej, dobrze przyprawionej panierce. Nie jest to zbyt wysublimowane jedzenie, przyznaję, ale chyba jeszcze nigdy żadne rybne danie nie zrobiło mi tak dobrze.



Dzięki odwołaniu Skelligów miałem trochę więcej czasu, więc zostawiłem bagaż w Dingle i ruszyłem na wschód półwyspu na osławioną trasę Slea Head, by odnaleźć resztki zabudowań sprzed wielu lat. Dobrze się stało, bo przy zachodzącym słońcu te stare obiekty prezentowały się wyjątkowo klimatycznie, a widoki na rozległe krajobrazy półwyspu zapierały dech w piersiach. Z pewnym trudem odnalazłem Reask, pozostałości po chrześcijańskiej osadzie klasztornej z V lub VI wieku. Dziś nie ma tu już budynków, ale są niskie kamienne mury, które zdradzają między innymi, w którym miejscu stały pomieszczenia świątynne w kształcie pszczelich gniazd (na wyspach Skellig zachowały się właśnie takie same). Osobną perełką jest podłużny kamień z autentycznymi celtyckimi wzorami.





Nieco młodszym obiektem (naukowcy spierają się aż od VI do XII wieku, a najczęściej mówi się o wieku IX) jest Gallarus Oratory, najprawdopodobniej wczesnochrześcijańska kaplica, która stoi w swoim fascynującym kształcie tak jak stała od tych kilkunastu setek lat. To jeden z najbardziej niesamowitych budynków, jakie widziałem nie tylko na Irlandii, ale i w ogóle w całym życiu. Bardzo stary i właściwie prymitywny, jednocześnie robi jakieś futurystyczne wrażenie, jakby zbudowała go inna cywilizacja. Poczułem się przy nim trochę jakbym stanął przed Monolitem z Odysei Kosmicznej Kubricka. Uspokajająco działają za to wspaniałe widoki na północne klify półwyspu, jakie się zza niego rozciągają.







Gallarus wywołał we mnie osobliwe emocje, a jeszcze pogłębił je Kilmalkedar Church, ruina romańskiego kościółka z XII wieku. Pozbawiona dachu, klimatyczna budowla stoi w otoczeniu starego, swobodnie rozrzuconego cmentarzyska, co przy częściowym zachmurzeniu i bardzo szybko zanikającym już świetle słonecznym zrobiło wrażenie, na które w polskim języku trochę brakuje słów, a na które w angielskim jest bardzo fajne słowo eerie.









Do Dingle Town wróciłem już po ciemku. Zaczęło się tam robić jeszcze przyjemniej.






Po krótkim, klimatycznym spacerze wzdłuż portu przyszedł czas na kolację. W świetnej, przytulnej restauracji Out of the Blue, nie będąc przesadnie głodnym, pozwoliłem sobie na kawałek homara, którym ciężko byłoby się w normalnych warunkach najeść. To wyśmienite mięso, ale strata energii przy jego wydłubywaniu jest szybsza niż przyrost energii z jego spożycia.




Po wyjściu z knajpy zaskoczyła mnie zmieniona aura: była gęsta i intensywna przez atlantycki wiatr mżawka, a ulice zdążyły opustoszeć. Zrobiło się wybitnie nastrojowo, spokojnie, tajemniczo, melancholijnie. Idealny stan rzeczy na spacer do pubu. I zadałem sobie wtedy pytanie, które żyje we mnie do dziś: jak można nie lubić deszczu?




I w końcu dotarłem do brewpubu Dick Mack's Pub, gdzie mimo pustych ulic było bardzo gwarno i przytulnie. Poziom zmęczenia i godzina pozwoliły na jedno szybkie piwo (bardzo smaczny kawowy Irish Stout własnej produkcji, gładziutki jak aksamit), a szkoda, bo to też topka pubów, jakie odwiedziłem. Jeśli nie podium, to bliskie okolice. Drewniany bar z dziesiątkami wyeksponowanych butelek whiskey robi powalające wrażenie.




Nazajutrz rano po raz drugi podszedłem do Full Irish Breakfast: tym razem w domowym wydaniu na kwaterze z Airbnb.


W oczekiwaniu na południe, kiedy miał się rozpocząć tour po pobliskiej destylarni whiskey, urządziłem sobie jeszcze jeden spacer po Dingle (tym razem w deszczowo-pochmurno-mglistej aurze), a następnie przejażdżkę na północ półwyspu w stronę przełęczy górskiej Conor Pass, gdzie zrozumiałem, że na Irlandii każda pogoda ma swoje zalety. Widoczność nie była najlepsza, ale przydało to krajobrazom uroku tajemniczości.








Finalnym akcentem przygody z Hrabstwem Kerry była dla mnie Dingle Distillery, młoda destylarnia whiskey, ginu i wódki, funkcjonująca od zimy 2012 roku. Są może bardziej widowiskowe destylarnie, ale żadna nie jest tak romantyczna i rzemieślnicza jak ta: ulokowana w budynku przypominającym stary hangar, z wyeksponowanymi beczkami, drewnianymi kadziami zacierno-warzelnymi i fermentacyjnymi oraz miedzianymi alembikami o trzech różnych kształtach. Większą atrakcją niż degustacja czy nawet interesująca i szczera narracja przewodniczki (która miała śmiałość przyznać, że jej zdaniem potrójna destylacja, z której słynie irlandzka whiskey, nie robi większej różnicy w porównaniu z typową dla całego świata destylacją podwójną) jest możliwość zbliżenia się do tego całego sprzętu, poczucie gorąca i zapachów funkcjonującej destylarni.










Na degustacji mogłem jedynie dosłownie zwilżyć usta, bo trzeba było zmierzać na północ: opuścić półwysep i skierować się do Tarbert, gdzie rusza prom przez potężną, podłużną, ok. 80-kilometrową zatokę, wrzynającą się w wyspę i przechodzącą w rzekę dopiero w Limerick. Zatoka jest jednocześnie granicą między południowymi hrabstwami Kerry i Limerick, a północnym - Clare. Wjeżdżałem na prom z ekscytacją zbliżającymi się punktami, ale i z delikatnym niepokojem, że najlepsze może być już za mną. Niepotrzebnym.


Komentarze