Irlandia: część I. Mchy i wapienie w mroku średniowiecza


Dłuższa wyprawa na wyspy brytyjskie chodziła za mną przez jakieś siedem lat - mniej więcej od czasu, kiedy zacząłem interesować się whisky. Przez siedem lat marzyłem o objechaniu - lub obejściu - wzdłuż i wszerz całej Szkocji, opracowywałem plany mniejsze i większe, myślałem parę razy, że to już, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie lub okazywało się w danym momencie ważniejsze. Przy okazji rosła we mnie tęsknota za wyspami brytyjskimi w ogóle, jako że praktycznie cały ich obszar ma jakiś wspólny mianownik. W końcu gdzieś na przełomie 2018 i 2019 roku zdecydowałem, że lecę "na razie" na Irlandię, odkładając Szkocję jako większe danie w przyszłość, w której będę miał więcej czasu i mniej priorytetów. Jeszcze przed wyjazdem, w trakcie układania planu, zaczynałem rozumieć, że Irlandia nie będzie żadnym preludium do Szkocji, tylko tłustą, fascynującą wyprawą samą w sobie. Nie sądziłem natomiast mimo wszystko, że ostatecznie Szkocja po tej podróży pozostanie dla mnie nie tyle daniem głównym, a jednym z nielicznych promyków nadziei - z krajów Europy, której nie planuję za często opuszczać, chyba jedynym obok Norwegii - że coś mnie jeszcze kiedyś w życiu zachwyci bardziej niż Zielona Wyspa.

Zaprawdę dostąpiłem zachwytu najczystszej wody - dostarczał mi do niego podstawy każdy, może prawie każdy z piętnastu dni, jakie spędziłem na wyspie Irlandia i z czternastu, które spędziłem w Republice Irlandii. Miejmy to wyznanie już za sobą - ten mocno niedoceniany wśród polskich turystów kraj stał się areną jednego z najlepszych kilku-kilkunastodniowych okresów w moim całym dotychczasowym życiu, z naprawdę trudną do przekreślenia kandydaturą na ten najlepszy. Część sukcesu przypisuję samemu sobie i przyjętej koncepcji (oraz solidnemu planowi jej realizacji): powiedzmy, że dwutygodniowy objazdowy trip samochodowy z intensywnymi, ale i dobrze wyważonymi swoją różnorodnością atrakcjami byłby rewelacyjny również gdyby zamienić Irlandię na wiele innych państw. Ale mimo wszystko w bardzo niewielu mógłby się skończyć aż tak dobrze.

Gdybym miał powiedzieć, co jest najlepsze w Irlandii, na podium umieściłbym prawdopodobnie naturę, puby i ruiny (chociaż możliwe, że jednak naturę, naturę i jeszcze raz naturę, bo gdy dochodzi ona tam do głosu, to nic innego nie ma już większej wartości). Ale mógłbym to ująć trochę inaczej i powiedzieć, że najlepszy jest ten pluralizm: Irlandia jest mocarna jednocześnie w obiektach natury, w obiektach kultury i w kulturze żywej vulgo w życiu towarzyskim tu i teraz. Można to wszystko ze sobą bez ustanku przeplatać, dzięki czemu przesyt czy monotonia nie mają racji bytu. I chyba w dużej mierze dzięki temu był to aż tak dobry czas.

Mógłbym też się rozpędzić i rozwinąć więcej. Zachwycająca, dramatyczna natura makro, zatrudniająca ocean, góry i jeziora, niekiedy wszystkie trzy naraz w jednym miejscu. Niesamowita, wyjęta z baśniowych uniwersów natura mikro, dzięki umiarkowanemu klimatowi i sporej wilgotności wybujała, wszędobylska i maksymalnie zielona. Sceniczne i fantastyczne drogi, które z jazdy autem czynią podróż przez krainę czarów. Oderwana od mainlandu, ale bardzo interesująca historia pod znakiem kilkuwiekowej niezłomności pod angielską okupacją. Język irlandzki, dzięki któremu można sobie wyobrazić, jak brzmi angielski dla kogoś, kto ani trochę go nie rozumie. Piękne, klimatyczne i tętniące życiem puby, w których leją się bardzo smaczne, sesyjne piwa i cydry oraz zaskakujące poziomem whiskey, pomagające wprowadzić się w barowy trans przy hipnotycznej irlandzkiej muzyce tradycyjnej. Ruiny prehistoryczne i średniowieczne: niekończący się orszak grobowców, zamków i zrujnowanych świątyń. Zachwycające gotyckie i neogotyckie kościoły z ikonicznego ciemnego wapienia. Skandalicznie niedoceniana, barwna i wyśmienita kuchnia o dwóch biegunach: na jednym jagnięcina i ziemniaki, na drugim ryby i owoce morza. Muzea topowe w skali kontynentu. Cudowne powietrze. Żywotne, przyjazne miasta pełne pozytywnej energii rozsianej na klimatycznych uliczkach. Otwarci, gościnni, pomocni i bezpretensjonalni ludzie. Owce.

Staram się na wszystkie odwiedzane miejsca spoglądać kompleksowo, bo sam na takie laurki jak powyższa patrzę zwykle z przymrużeniem oka, ale w Irlandii naprawdę nie było mi tak łatwo znaleźć czegoś, co by mi się nie podobało. Jedną rzecz odkryłem jeszcze przed wyjazdem, przy rezerwowaniu: ceny, jedne z najwyższych na kontynencie. Mimo że Irlandia wcale nie wygląda na drogi i bogaty kraj, to jak wiadomo przez większość XXI wieku cieszyła się sporym wzrostem gospodarczym i efekty są takie, że niepozorny Dublin daje się cenowo pobić tylko miastom szwajcarskim i czasem paru rodzynkom pokroju Oslo czy Rejkiawiku. Poza stolicą nie jest wiele lepiej. Co poza tym? Chyba już tylko to, że na wyspie jest strasznie mało koszy na śmieci i po dwóch tygodniach mój samochód siłą rzeczy zaczynał już takowy przypominać. A jeśli już muszę dołożyć jakąś merytoryczną, nie techniczną łyżkę dziegciu, to powiem, że miasta irlandzkie, skądinąd bardzo przyjemne i pełne atrakcji, są mniej zachwycające niż w większości krajów Europy zachodniej i środkowej. Brakuje im typowych starówek z sieciami zabytkowych, zatrzymanych w czasie uliczek, za które tak kocham mój kontynent. Jedynym głosem sprzeciwu jest Kilkenny City, ale nie jest to głos zbyt donośny, gdy przeciwstawi mu się nie tylko Brugię, Rothenburg albo Sienę, ale nawet Wrocław, Norymbergę czy Weronę.

Zanim przejdę do konkretów, jeszcze drobna uwaga: we wpisach o Irlandii odnoszę się do Republiki Irlandii. O Irlandii Północnej wypowiem się w tych wpisach, gdzie będzie to jawnie zaznaczone w tytule. Większość ogólnych sądów jest kompatybilna z obiema Irlandiami, ale nie wszystkie. Problem, czy traktować wyspę jako jedną, czy jednak jako dwie osobne krainy, był dla mnie skomplikowany i już w trakcie podróży zaprzątał mi głowę. To sytuacja bezprecedensowa w skali kontynentu, a istota Irlandii Północnej i jej relacja z Irlandią-Irlandią jest złożona, niejasna, zależna od punktu widzenia. Ostatecznie po wizycie w Irlandii Północnej i po rozmowach na ten temat z kilkoma Irlandczykami zdecydowałem się je rozdzielić.

___________________________


Lotnisko w Dublinie powitało mnie sporą dawką słońca, całkiem wysoką temperaturą i wszędobylskimi tłumaczeniami na irlandzki, co przyjąłem ze sporym zaskoczeniem. Zielone napisy w elficko wyglądającym języku ożywiają trochę międzynarodową, neutralną przestrzeń portu lotniczego, niczym się poza tym niewyróżniającego.


Do pierwszego przystanku dotarłem po perturbacjach z wypożyczeniem samochodu i pierwszej godzinie w życiu po lewej stronie jezdni. (Przerywnik dla zmotoryzowanych: pierwsze dziesięć minut jest trochę straszne, pierwsze parę godzin wymagające, a pierwsze dwa-trzy dni newralgiczne, natomiast przynajmniej z automatyczną skrzynią biegów i nawigacją jest to zupełnie do ogarnięcia: po tych paru dniach czułem się niemal równie komfortowo co po prawej stronie. Ostatecznie uznaję konieczność spróbowania się po lewej stronie bardziej za wyzwanie-atrakcję niż wyzwanie-kłopot. Nawiasem mówiąc, większym przeciwnikiem są irlandzkie drogi, często nienormalnie wąskie. Ale wszystko się da i bardzo warto, bo przemierzanie irlandzkich dróg i dróżek to gigantyczna atrakcja sama w sobie, właściwie jedna z największych).

Powerscourt Estate w hrabstwie Wicklow to posiadłość ziemska rozciągająca się na 20 hektarach powierzchni - pałac, rozległy ogród i pola golfowe. Różne zamożne rody mieszkały tu już od XIII wieku, w tym ostatni, Wingfieldowie, przez 350 lat od początku XVII do połowy XX wieku. Obecny pałac pochodzi z wieku XVIII, a ogrody w obecnej formie z XIX. Sam pałac jest dość niepozorny - dał mi okazję, by poznać coś takiego jak styl palladiański, wyjątkowo surową i oszczędną wersję klasycyzmu. Ciężka, przysadzista bryła z szarego kamienia bez praktycznie żadnych ornamentacji, delikatnie ożywiana przez półokrągłe zakończenia okien i okrągłe "wieże" zamykające środkowe skrzydło, bez kontekstu nie zwracałaby raczej dużej uwagi.






Ale kontekst jest wspaniały: widowiskowe, ciągnące się w dal ogrody włoskie na tyłach pałacu nasuwają natychmiastowe skojarzenie: irlandzki Schönbrunn. I o ile budynek natychmiast przegrywa z wiedeńskim, o tyle jego ogrodowe zaplecze wygrywa. Odwrotnie niż w stolicy Austrii, tutaj nie wchodzimy w górę, a schodzimy w dół po kamiennych schodach, w stronę okrągłego stawu, a pałac nabiera coraz więcej rzeczonego kontekstu i pięknieje. Najsilniej, gdy już obejdziemy pokryty liliami staw i się odwrócimy. Jednocześnie z naprzeciwka rozciąga się widok na górę Greate Sugar Loaf. Miałem się wkrótce dowiedzieć, że jak na Irlandię to nic specjalnego, ale póki co przeżyłem pierwszy mały zachwyt.















Główna aleja to tylko główna aleja: ogrody są dużo większe i zróżnicowane. Jest osobny ogród japoński z kamiennymi, pokrytymi mchem korytarzami, są bardzo wysokie drzewa iglaste, więcej oczek wodnych, zawrotne ilości olbrzymich rododendronów, ogród botaniczny z mniejszą roślinnością i osobna ciekawostka: cmentarz dla ulubionych rodowych zwierząt z ponad stuletnimi nagrobkami psów i krów. Roślinność jest bardzo bogata i często ma znamiona fantastyczności. Myślę, że na podium znanych mi ogrodów Powerscourt by trafiło.
















Szybko Powerscourt Estate miała się okazać tylko przystawką tego dnia. Skierowałem się na południe, w góry Wicklow, by odnaleźć jedną z największych atrakcji całej wyspy - dolinę Glendalough. Wcześniej nadszedł jednak czas na pierwszą konfrontację z irlandzką kuchnią i jej chyba najbardziej ikoniczne danie - Irish stew, gulasz/potrawkę z jagnięciny, ziemniaków, marchewki, selera, cebuli, czasem również innych warzyw. Ten zjedzony w klimatycznie zagraconej, obitej drewnem restauracji Wicklow Heather zawiesił poprzeczkę niezwykle wysoko i chyba już żadna inna wersja tej potrawy go w trakcie tej podróży nie pobiła. Genialne w swojej prostocie i bezpretensjonalności danie.




Glendalough. Miasteczko świątynne przypadkowo założone przez św. Kewina, który przybył do Doliny Dwóch Jezior w 498 roku naszej ery, by w samotności i bliskości natury medytować i prowadzić żywot pustelnika. Ten wybitny introwertyk dorobił się niestety naśladowców (i chyba prześladowców zarazem), którzy rozwinęli tu klasztor - na tyle prosperujący, że w IX wieku był to już jeden z dwóch najważniejszych ośrodków świątynnych w całej Irlandii. Najazdy wikingów, a później Anglików doprowadziły do upadku tego kompleksu i jego ruiny.


Tyle z historii i z teorii. W 2019 roku i w praktyce Glendalough to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc na świecie, które połknęło mnie od samego początku, czyli od pozostałości po mieście świątynnym - rozległym cmentarzu z zatrzęsieniem omszałych, nadgryzionych przez ząb czasu krzyży celtyckich i transcendentnych kamiennych budowli/ruin z widokiem na polodowcową górską dolinę w tle. Trzy główne punkty to St. Kevin's Kitchen, świetnie zachowany kościół z najstarszymi częściami z XI wieku, nazwany kuchnią ze względu na dzwonnicę przypominającą komin; pozostałości po katedrze św. Piotra i Pawła, zbudowanej między X i XIII wiekiem - niezwykle klimatycznej ruinie bez dachu z urywającym się łukowym przejściem; w końcu okrągła, 33-metrowa wieża z X wieku, w której jedynie stożkowe sklepienie pochodzi z 1876 roku, odnowione po uderzeniu pioruna. Wspaniała pogoda zapewniła jedne z bardziej niesamowitych widoków w moim życiu. Wstęp jest darmowy i całodobowy. Bywałbym tam cholernie często i o cholernie różnych porach, gdybym mieszkał w miarę niedaleko.

















Ale to tylko początek. Posuwając się na zachód, docieramy szybko do pierwszego, mniejszego z dwóch jezior. Idąc jeszcze dalej, docieramy do większego. Towarzyszy nam fantastyczna przyroda: wysokie skarpy skalne, drzewa powykrzywianie i całkowicie obrośnięte mchem, gęstwiny paproci, rześkie powietrze.






Drugie jezioro jest już naprawdę spore i scenicznie otoczone górami. Na sporej polanie przyjezdne rodziny jak gdyby nigdy nic piknikują i odpoczywają. 






Zaczynam tu rozumieć świętego Kewina w stu procentach. Niedaleko jest zresztą miejsce, w którym prawdopodobnie medytował przez lata...




... i Reefert Church, jeszcze jedna omszała ruina kościoła, tym razem z XI wieku.





Tutaj Irlandia rozkręciła się dla mnie na dobre. Właściwie dla tego jednego miejsca mógłbym zapomnieć o wszystkim, co niedawno miałem przyjemność oglądać w trakcie podróży po czterech województwach Polski. Nie tak wiele miejsc miało jeszcze potem Glendalough pobić, jako że  spektakularnie kompiluje dwa z trzech głównych filarów mojego zachwytu tym krajem: naturę i zabytkowe ruiny. Wkrótce miałem się dowiedzieć, że w kategoriach natury Glendalough jest jak na Irlandię co najwyżej niezłe. Ale w kategoriach wczesnochrześcijańskich ruin jest być może najlepsze.



A na razie czas naglił do Kilkenny City, najlepiej zachowanego średniowiecznego miasta na wyspie. Dziś jest stosunkowo nieduże (26,5 tys. mieszkańców, 11. wielkością w kraju), ale w średniowieczu było nieoficjalną stolicą Irlandii. Stanowi apoteozę wapienia karbońskiego i tak jak wyżej wspomniałem, jest najbliżej urzeczywistnienia czegoś w stylu irlandzkiej Brugii czy irlandzkiego Rothenburga. Klimacik jest: chyba największy na całej wyspie. Przynajmniej jeśli chodzi o klimacik proweniencji historycznej, bo klimacik pubowo-żywotny większy jest jednak w Galway i w Dublinie, co najmniej. Po zakwaterowaniu i wysłuchaniu niezbyt zrozumiałych wywodów gospodarza domu z silnym irlandzkim akcentem, po zapoznaniu się z kuriozalną wyspiarską tradycją dwóch kranów (w jednym parząco gorąca woda, w drugim mrożąco zimna) mogłem rzucić się w klimatyczną, mediewalną noc Kilkenny.










Na klasyczne zwiedzanie było już za późno, ale było dokładnie w sam raz na zwiedzanie pubów. Najpierw trafiłem do Brewery Corner, firmowego pubu browaru Carlow Brewing, który już parę ładnych lat temu oczarował mnie swoimi piwami, w tym szczególnie kooperacyjnym Lublin to Dublin z polską Pintą. Przybytek mieści się w jednym z najbardziej uroczych zakątków Kilkenny i wyróżnia niebieską witryną, natomiast wewnątrz jest jak na standardy irlandzkie zupełnie mierny, nieciekawy. Nadrabia poziomem piw - nie tylko Irish Stout i Irish Red Ale, ale i zwykły helles był na wysokim poziomie. Jedynie do APA wkradł się drobny diacetyl.



Piwa z Carlow są pyszne, ale nie na tyle pyszne, by załatać dziurę między tym pubem a rewelacyjnym Kyteler's Inn, jednym z najbardziej klimatycznych pubów, jakie na Irlandii zobaczyłem (chyba podium). Budynek, w którym się mieści, stoi na swoim miejscu od XIII wieku, a gospodą jest od roku 1639. Kamienne ściany, drewno, witraże, zabytkowe bronie, płaskorzeźby i klimatyczne oświetlenie przenoszą w czasie. I nawet w sobotni wieczór da się znaleźć zaciszny kąt.








Rankiem nadeszła pierwsza konfrontacja z Full Irish Breakfast, irlandzkiej wariacji na temat brytyjskiego śniadania, wyróżniającej się dodatkiem plasterków black pudding i white pudding, czyli krwawej i niekrwawej kaszanki, trochę inaczej smakującej niż kaszanka polska. Fajne jest to śniadanie, szczególnie w podróży, bo jak potem w ciągu dnia zabrakłoby już czasu na jakikolwiek posiłek, to w sumie nic by się nie stało. "Pożywne" to bardzo mało powiedziane.


Właściwe zwiedzanie miasta zacząłem od jego najsłynniejszego obiektu, królującego na pocztówkach i w przewodnikach. Kilkenny Castle. Zamek stał tu od XII wieku, przy czym obecna budowla swój wygląd zawdzięcza głównie czasom wiktoriańskim i neogotyckim przebudowom. Przez prawie 550 lat urzędował tu ród Butlerów. W 1967 roku zamek został sprzedany miastu za symboliczne 50 funtów, bo koszty jego utrzymania przerastały ostatniego właściciela. Większość irlandzkich zamków to zrujnowane, klockowate pojedyncze wieże: ten jest bardziej neogotyckim pałacem z wypieszczonego wapienia, nawet tłuste okrągłe wieże (najbardziej przykuwający wzrok element) wyraźnie nadają się raczej do estetycznych niż obronnych funkcji. Wolę zrujnowane klocki, ale i ten ma swój urok.





Wnętrza warto zobaczyć głównie dla Long Gallery z malowanym sklepieniem, marmurowym kominkiem i portretami członków rodu Butlerów od XVII wieku wzwyż. Na luksusowe zabytkowe wnętrza mieszkalne też jednak zawsze miło popatrzeć, nawet jeśli te nie są jakieś wybitne jak na Europę.









W tak głośno średniowiecznym mieście skusiło mnie Medieval Mile Museum, poświęcone średniowiecznej i nie tylko średniowiecznej spuściźnie historycznej Kilkenny. Największą atrakcją okazała się lokacja muzeum w XIII-wiecznym byłym kościele, bo same zbiory są zaskakująco skromne, złożone głównie z nagrobków. Najbardziej sugestywne eksponaty - sporej wielkości krzyże celtyckie - to repliki. Można sobie podarować.





Dawne wieki w Kilkenny lepiej oglądać w naturze. Ze świeckich zabytkowych budynków najładniejszym jest Rothe House, dom kupiecki z 1594 roku, przeuroczy od stóp do głów: od arkad przez zaburzający symetrię wykusz po trójkątne zwieńczenie środkowej części fasady z kominem. Gdyby Kilkenny miało takich budynków z setkę albo nawet pół setki, faktycznie byłoby jednym z najpiękniejszych miast Europy, nie ustępując tym ciągle przywoływanym przeze mnie Brugiom i Rothenburgom.


Jeszcze więcej uciechy estetycznej dostarczają kościoły tego miasta. Black Abbey, klasztor dominikański nazwany tak od koloru habitów zakonników, został założony na swoim miejscu w 1225 roku, przy czym tak stare są tylko niektóre elementy budowli, w większości zbudowanej w XVIII i XIX wieku. Prezentuje jednak wyjątkowo autentyczne i zakorzenione w przeszłości oblicze neogotyku, a potężne witraże zachwycają i wprowadzają do prawie nieoświetlanego sztucznie wnętrza świetną atmosferę.






Najważniejszą świątynią Kilkenny jest wszak Katedra św. Kanizjusza, druga największa (po dublińskiej) średniowieczna katedra Irlandii z większością bryły pochodzącą spomiędzy XIII i XVI wieku, będącą spuścizną klasztoru założonego w VI wieku przez obecnego patrona - nieznanego w Polsce, a bardzo popularnego na wyspach celtyckiego świętego katolickiego. Zewnętrzne wrażenie jest imponujące, ale ciężkie, na poziomie emocjonalnym bardziej romańskie niż gotyckie - kościół nie wzbija się ku niebu, a właśnie ociężale zrósł się z ziemią. Robi to nawet przypominająca komin okrągła wieża z IX wieku. 



Wnętrze to już inny temat - jest w dalszym ciągu masywne, ale już wzniosłe. Ostrołuki - te mniejsze, oddzielające nawę główną od bocznych, i te ogromne, zaznaczające przejście nawy głównej w transept - pochłaniają wzrok. Zaraz po nich robi to sklepienie, drewniane z wyjątkiem skrzyżowania naw, gdzie występuje kamienne, "wielokrotnie złożone" sklepienie krzyżowo-żebrowe. A potem są jeszcze witraże, detal architektoniczny i sugestywność wszechobecnego kamienia. Trafiłem niestety na mszę, na której jako turysta teoretycznie trafić nie powinienem i nie mogłem sobie pozwolić na więcej niż dwa szybkie zdjęcia.



Poza tym w Kilkenny wydarzeniem są same ulice, które można przemierzać długo i ciągle odnajdować kolejne wapienne perełki, kolorowe szeregówki i klimatyczne alejki.








Ale apogeum wapiennego średniowiecza nadeszło nie w Kilkenny, a kilkadziesiąt kilometrów na południowy zachód od tego miasta, w małej mieścinie Cashel w hrabstwie Tipperary. Leży ona w cieniu Rock of Cashel, potężnej średniowiecznej ruiny na wzgórzu, gdzie już od IV wieku aż do czasów normańskich mieścił się jeden z najważniejszych ośrodków świątynno-obronnych na całej wyspie. Dzisiejsze pozostałości nie są aż tak stare, wrażenie robią jednak bardzo duże. Nie tylko przez sceniczne położenie na wzniesieniu, z którego rozciąga się przyjemny widok na pola i krowy Tipperary.





Rock of Cashel może wyglądać jak zamek, ale dzisiaj to w gruncie rzeczy przede wszystkim dwa kościoły. Starszy i mniejszy jest piaskowcową kaplicą w rzadkim na Irlandii stylu romańskim, pochodzącą z wczesnego wieku XII. Wyróżnia się z otoczenia jasną, pogodną barwą piaskowca i łagodną architekturą z dużą liczbą ślepych arkad i innych łukowych konstrukcji, szczególnie wewnątrz intensywnie oddziałujących na wrażenie wizualne. W kaplicy znajdują się najlepiej zachowane średniowieczne freski na całej wyspie, przy czym mimo tego zacnego tytułu są to wciąż tylko resztki fresków i to bardzo skromne resztki.










To jeden z najcenniejszych budynków Irlandii przez swoją unikalność, ale ja pozostanę przy klasyce: ruina XIII-wiecznej gotyckiej katedry z okrągłą wieżą podobną do tej z Glendalough robi jeszcze większe wrażenie. Pozostałość dachu jedynie na skrzyżowaniu nawy głównej z transeptem nadaje temu fragmentowi katedry podniosłej, mistycznej i groźnej siły oddziaływania. Zionące pustką okna i wysokie ostrołukowe przejścia są hipnotyzujące.








Klimaty średniowiecza miały jeszcze powrócić w trakcie tej podróży nie raz i nie dwa, choć już nigdy w takim natężeniu. Póki co z Cashel trzeba było ruszać na pierwsze spotkanie z Atlantykiem i innym obliczem Irlandii.

Komentarze