Zakrzów. Błogość rozpuszczalności

Jak szybko przekona się każdy, kto zapragnie zwiedzić wielkie miasto osiedle po osiedlu, historia takiego miasta to też historia dziesiątek wsi. Osad, które przez setki lat egzystowały sobie swoim nienadzwyczajnym, spokojnym życiem w pobliżu grodu, gdzie rozgrywały się ważne sprawy polityczne, kwitnął handel, rzemiosło i pokusy życia. Stosunkowo niedawno, bo czymże jest XIX czy XX wiek wobec średniowiecznego rodowodu, miejsca te zostały pochłonięte przez żądne rozrostu miasto i zaczęły się zmieniać. Niektóre zachowały sporo swojego wiejskiego charakteru, inne straciły go całkowicie; we wszystkich jednak pod wpływem roztworu urbanizacji szybciej lub wolniej zaczęła rozpuszczać się gminna substancja. Nie oszczędziło to nawet wsi - jak by się wydawało - bardzo peryferyjnych, których przyłączenie do miasta nie musiało być oczywistością. Jedną z takich osad, która we Wrocławiu rozpuściła się w mieście już dość mocno, choć wciąż da się jeszcze w niej dostrzec grudki starej mikstury, jest Zakrzów.

Granice Wrocławia mają na tyle nieregularny kształt, że trochę ciężko mówić o narożnych punktach tego miasta. Przynajmniej jednak północno-wschodni róg da się łatwo i intuicyjnie wyznaczyć, mimo że nie jest punktem ani najbardziej północnym, ani najbardziej wschodnim. To właśnie Zakrzów, dziś część bardzo rozległej jednostki administracyjnej Psie Pole-Zawidawie, graniczący z właściwym Psim Polem, Kłokoczycami, Pawłowicami i na bardzo krótkim odcinku Zgorzeliskiem. Osiedle ma nawet starszy rodowód niż większość dawnych wsi, które obecnie są fragmentami Wrocławia: XIX-wieczne wykopaliska odkryły tu tak zwany skarb zakrzowski w postaci trzech grobowców wraz z ich zawartością, co poświadczyło o osadnictwie w tym miejscu już w IV wieku przed naszą erą. Później Zakrzów wzmiankowany jest w połowie wieku XIII jako Zakrou. Wieś nazywana była przeróżnie, aż w końcu stabilizuje się forma Sacrau; osada jest spora, do połowy XIX wieku dorabia się dużego browaru, gorzelni czy młyna wodnego i papierniczego, a pod koniec stulecia stacji kolejowej. Patrząc na liczbę mieszkańców i mnogość instytucji, rozrzedzanie wiejskości rozpoczyna się prawdopodobnie już wtedy, długo przed przyłączeniem do miasta w 1951 roku.


Dziś z tej bogatej jak na podwrocławską wieś przeszłości zostało niewiele - właściwie resztki, rozpuszczone w niejednorodnej mieszaninie peerelowskiej i jeszcze nowszej zabudowy mieszkalnej oraz nowoczesnych hal produkcyjnych. W przeciwieństwie do wielu ościennych osiedli Wrocławia Zakrzów nie jest miejscem homogenicznym i pełni całkiem sporo funkcji. Są tutaj pola uprawne, obszary zalesione, w tym kawałek mający faktycznie status lasu, stare osiedle domów jedno- i wielorodzinnych na terenie dawnej wsi, nowe osiedle bloków (głównie średniej wielkości, ale z domieszką kilkunastopoziomowych, co jest praktycznie bezprecedensowe dla rubieży miasta), wielkie zakłady produkcyjne, a w końcu trzeci największy cmentarz w mieście. Zakrzów nie jest miejscem zapomnianym pokroju Jerzmanowa, Świniar czy Marszowic: przeżył swojego rodzaju rozwój już za polskich czasów i ten rozwój pozbawił go archaicznego charakteru. Dziś sprawia dość żywotne wrażenie, mimo że to jedno z najbardziej oddalonych od centrum miejsc we Wrocławiu, nie licząc dalekiego zachodu: wrażenie jakby autonomicznego miasteczka. Ma dzięki temu przyjemna, błogą, zdystansowaną aurę bez bagażu zadupiastości (to znaczy bez tego bagażu w samej atmosferze, bo lekkim zadupiem jednak jest i życie tu bez własnego samochodu musi przynajmniej bywać uciążliwe). Jednocześnie chętni mogą poszukać jakichś konkretnych, wyróżniających się, czasem zabytkowych punktów, choć nie ma ich za wiele.


Przyjmuje się za część Zakrzowa obszar tak zwanego Cmentarza Kiełczowskiego, oficjalnie Cmentarza na Psim Polu, sporej (mimo że młodej - założonej w 1996) nekropolii komunalnej, choć jest to na mapie jakby wypustka, półwysep, ledwo połączony z główną częścią osiedla. To rozległa, pełna otwartej przestrzeni i raczej pozbawiona klimatu placówka z widokiem na zakłady produkcyjne na północy. Jego estetykę dominuje spory budynek kaplicy cmentarnej i krematorium zarazem, średnio interesujący. Cmentarz przylega bezpośrednio do granicy Wrocławia, za którą znajduje się wieś Kiełczów, od której wziął nazwę potoczną.





Na dalekiej północy Zakrzów obejmuje swoimi granicami kawałek Lasu Zakrzowskiego, w większości położonego na terenie gminy Długołęka. Jest to teren całkiem przyjemny, choć w części wrocławskiej nie ma tu za dużo miejsca do spaceru, a i bliskość ruchliwych dróg trochę przeszkadza - z punktu widzenia wrocławianina trochę bezużyteczny. Na spacer wybrałbym już raczej ścieżki biegnące poprzez pobliskie pola.






W jakimś stopniu interesujący wydał mi się tak zwany Nowy Zakrzów, czyli Osiedle Sobieskiego (w PRLu Osiedle Moskiewskie): kompleks głównie kilkupiętrowych bloków z domieszką kilkunastopiętrowych - chyba największy taki kompleks aż tak oddalony od centrum miasta. Nie jest może niczym ładnym, ale silnie zazieleniony tchnie naprawdę miłą, wyluzowaną atmosferą.




W jego pobliżu stoi kościół św. Jana Apostoła z 1980 roku, który mógłby pokusić się o udział w konkursie na najbrzydszą świątynię Wrocławia. Jest jednocześnie brzydki i nijaki w niebagatelnym stopniu, co nie zdarza się aż tak często.


Najciekawszym obszarem osiedla jest mimo wszystko teren dawnej wsi, gdzie odnaleźć można trochę poniemieckich domów, stację kolejową (niestety bez żadnej zabudowy jak dawniej) i resztki poniemieckich obiektów przemysłowych, zwłaszcza fabryki papieru i browaru. Potężny komin tej pierwszej można dostrzec choćby stojąc na stacji kolejowej. Do browaru zdołałem podejść i ująć na zdjęciu jego nieco mniejszy komin i ciągle widoczny na szczycie fasady rok założenia - 1901 (bo to nie był pierwszy browar Zakrzowa).






Na papierze Zakrzów ma silną pozycję w wyścigu o najmniej zachęcające osiedle. Konkrety to skrawek lasu, brzydki kościół, postindustrialne ruinki, pozbawiony klimatu cmentarz i nienadzwyczajne osiedle z wielkiej płyty. Ogół to z kolei utracony charakter dawnej wsi, zastąpiony mało wyrazistą, peryferyjną miejskością, pomieszaną z resztkami tego pierwszego bez jakiegoś mocniejszego ładu i składu. A jednak efekt jest odwrotny od spodziewanego i polubiłem to osiedle: jakby miasto nie zdewastowało wsi, a raczej ją ożywiło, a wieś w podziękowaniu udzieliła miastu odrobiny błogości. Przynajmniej patrząc na rzeczywistość okiem jako-takiego optymisty.

Komentarze