Dexter Gordon: "Go"

1962

Choć nagrany w momencie, gdy w jazzie działy się już rzeczy dużo ciekawsze niż hard bop, uważany za opus magnum Gordona album Go był dla mnie od początku mojej przygody z jazzem i pozostaje do dziś jednym z esencjonalnie hardbopowych nagrań. Może nawet szerzej/inaczej, esencjonalnych dla jazzu przedawangardowego, rozumianego jako inteligentna, świetna technicznie, inspirująca emocjonalnie i klimatyczna, ale ciągle jeszcze rozrywkowa muzyka. Dla jazzu zadymionych, zatrzymanych na chwilę w czasie, starych nocnych klubów muzycznych Nowego Jorku; od jazzu, z jakim zaczynałem i który do dziś w powszechnej świadomości jest chyba najbardziej "jazzowy", zresztą nie bez powodu.

W największym uproszczeniu ta esencjonalność zachodzi, bo Gordonowi udało się tu jednocześnie osiągnąć z jednej strony żar, klimat i stymulację emocjonalną, a z drugiej totalny luz, lekkość, zdystansowanie i grę wręcz od niechcenia, zgodnie z tytułem ostatniego kawałka jakby grał o trzeciej nad ranem w przerzedzonym już mocno klubie nocnym, jakby nikt go nie nagrywał i mało kto słuchał, jakby nic od tego grania nie zależało.

Meta-środkiem jest jego unikalny styl gry na saksofonie, który spotkał tutaj wyjątkowo dobry repertuar (sekcja rytmiczna wybija się tu głównie tym, że się nie wybija bez potrzeby i wspiera w ten sposób niewymuszony charakter albumu). Gordon przez całe życie trzymał się z dala od jakiegokolwiek rewolucjonizowania jazzu i robił to bardzo skutecznie, aczkolwiek mimochodem wytworzył niepodrabialny styl, objawiający się w cudownie mięsistym, ciepłym i promienistym brzmieniu oraz właśnie niewymuszonych, dalekich od jakiejś konkretnej wirtuozerii solówkach, często prowadzonych w wolniejszym tempie niż na to pozwala tempo utworu, starających się raczej wpaść w odpowiednią dla emocji i swoistego flow wysokość i barwę dźwięku niż czymkolwiek popisywać. Dzięki temu jego solówki nie są tylko ornamentalnym trzymaniem akordów, a zamglonymi, metaforycznymi opowieściami.

Tutaj najbardziej imponuje jedyny autorski kawałek Gordona, Cheese Cake, będący najdonioślejszym ucieleśnieniem wszystkiego, co wyżej napisałem. Poza tym, że saksofonista jest w gwiezdnej formie, to wspiera go kompozycja, w typowo jazzowy sposób jednocześnie intensywna i zawieszona emocjonalnie, zdystansowana i pełna melancholii, ale co chwilę przełamywanej krótkimi przejściami na majorową, pogodną harmonię, co wprowadza luz i niejednoznaczność. Gordon objawia się tu też jako genialny balladzista, szczególnie w gorącym, romantycznym i nostalgicznym, a jednocześnie wciąż dość wycofanym I Guess I'll Hang My Tears Out to Dry. Kawałki jednoznacznie pogodne są trochę mniej imponujące, chociaż świetna jest jeszcze interpretacja Love For Sale, gdzie Gordon charakterystycznie odosabnia się od przyjętego tempa.


8.0/10

Komentarze