Francesco Cavalli: "La Calisto"

1651

Calisto, jak i całe oeuvre Cavallego, jest dzisiaj w dużej mierze zapomniane i w prawie żadnych rankingach najlepszych oper wszech czasów nic z niego się raczej nie znajduje. Mimo to, i mimo że jest to opera względnie "archaiczna" i napisana przez kompozytora jak na swoje czasy dość rozrywkowego, to wywarła na mnie dużo bardziej pozytywne wrażenie, niż niejedna opera, która w takich rankingach się często znajduje i często jest dzisiaj grywana w różnych halach świata. Fakt faktem, że przez swoją długość i jednorodność zarazem wciąż potrafi trochę dać się we znaki, ale spojrzawszy na nią "wycinkowo" dostajemy naprawdę śliczną muzykę: popisowe, lecz nie efekciarskie arie i arioso, szczególnie przekonujące w przypadku partii żeńskich, i akompaniament, który nie jest tylko akompaniamentem dla głosów (jak często w operze romantycznej), lecz jest po prostu przyjemną kameralną muzyką z pogranicza renesansu i baroku. Trochę ta opera działa jak takie concerto (o łagodnym stopniu konkurowania) na wokal, na niekończącej się wymianie zdań śpiewaków z instrumentami. Jako całość jest ciut nużąca i wracał do niej nie będę, ale udało jej się stworzyć przyjemną, ciepłą, kordialną i nieco jowialną atmosferę, silnie osadzoną w mitologicznych klimatach. Powtórzyć nie powtórzę, o Cavallim raczej zapomnę, ale jestem mu wdzięczny, że w przeciwieństwie do Gounoda, Giordano czy Lehára jednorazowa znajomość z nim nie zakończyła się męką, a przyjemnością.


6.5/10

Komentarze