Joy Division: "Closer"

1980

Jako udana kontynuacja kierunku obranego na debiutanckim albumie, Closer zdołał nieco przewyższyć bardziej popularne dziś Unknown Pleasures, operując z grubsza tą samą bronią błyskotliwych amatorów, ale wykorzystaną tu nieco kunsztowniej i subtelniej. Subtelność paradoksalnie przełożyła się na intensyfikację dwóch głównych walorów starszej z tych dwóch płyt, doprowadzając do ostateczności zarówno taneczną chwytliwość będącą jednym z uosobień post-punku, jak i gotycką atmosferę, artystyczną hipostazę zbolałej duszy Iana Curtisa.

Środki są bardzo podobne. Prosty, ale błyskotliwy post-punkowy szkielet z hipnotycznych, zapętlanych motywów basu i perkusji, kreacja sugestywnego brzmienia przez syntezatory i trzeszczące, używane niemal wyłącznie dla brzmienia gitary, a w końcu zimny, zobojętniały, oszczędny, fatalistyczny, dobiegający zza grobu wokal Curtisa. Słusznie natomiast zespół odpuścił jeszcze mocniej przebojowość i wyeksponował ascetyczny charakter tej muzyki, zaproponował trochę ciekawsze rytmy, pojawiają się gdzieniegdzie nawet przebłyski inteligencji harmonicznej.

Efekt treściowy jest natomiast już wyraźniej inny niż na debiucie. O ile poprzedni album był trochę buntowniczy, niepokojący i złowrogi w swoim mroku, o tyle Closer jest już pełen posępnej akceptacji, upiornego wanitatywnego spokoju i świadomości, że utyskiwania i krzyki rozpaczy na nic się zdadzą. Jest do maksimum cmentarny, pełen atmosfery już nie tyle przemijalności, co przeminięcia, co najmniej jedną nogą w grobie. Wątpliwości w tej kwestii rozwiewają ostatnie dwa utwory, tak bezpośrednio elegijne i grobowe, że bardziej bezpośrednio się nie da. W połączeniu z niegasnącą, a wręcz wzrastającą dzięki ciekawszym rytmom taneczną chwytliwością daje to naprawdę oryginalny artystycznie efekt dyskoteki na cmentarzu, przy czym zarówno dyskoteka jak i cmentarz są tu szczere i w jakiś sposób wcale nie układają się w komplet groteskowy. Grać muzykę na pogrzeb ludzkości i jednocześnie przykładać się do rozwoju synthpopu - trzeba mieć do tego sporo kreatywności.

Wyróżnienia: szczególnie imponujące jest Atrocity Exhibition z wyjątkowo pociągającym motywem rytmicznym, fatalistycznym klimatem i świetnym, chrzęszczącym od gitar brzmieniem. Świetność trzeba przyznać A Means to an End, gdzie przy pomocy zimnej i spadającej harmonii objawiło się apogeum mroku i pesymizmu. Colony to popis brutalnej chwytliwości rytmu, w Heart and Soul atmosfera jest wprost widmowa dzięki odległego i odbijającego się echem wokalu i delikatnej obudowie, a w Decades zespół zlitował się nad odbiorcą, odchodząc od maksymalnego chłodu i prezentując smutek wielki, ale przynajmniej ludzki i odblokowany za pomocą ślicznego motywu syntezatora.

Joy Division to byli naprawdę niemal zupełni amatorzy i mam spore wątpliwości, czy zdołaliby stworzyć coś lepszego niż ten album, gdyby Curtis pożył dłużej. Ale wciąż straszna szkoda, że nie dane mi tych wątpliwości rozwiać ani potwierdzić.


8.0/10

Komentarze