The Streets: "Original Pirate Material"

2002

Chyba już rozumiem, czemu ten album, nieuważany za wybitny nawet przez miłośników hip hopu, spodobał mi się tak kiedyś mimo antypatii do hip hopu. W zasadzie jest to bowiem hip hop udawany, tak naprawdę bardziej garage, odmiana EDM, tylko po prostu z dużą ilością potoków tekstu. Dzisiaj, kiedy hip hop trochę lubię, już mnie tak bardzo The Streets nie urządza, bo ten album jest wykastrowany z walorów tej muzyki - ciężkości/niskości brzmienia i rozkosznego zlewania się wszystkich elementów w rytmie - a w zamian zaproponował trochę mało. Warstwa muzyczna jest na pewno ciekawsza, bardziej urozmaicona niż w większości hip hopu, ale rzadko naprawdę charyzmatyczna, czasem trochę niezgrabna. Kiedy już jest przekonująco (Turn the Page, It's Too Late), to udaje się roztoczyć trochę atmosfery szorstkiej brytyjskiej codzienności, ale dzieje się to po prostu za rzadko; większość kawałków to przyjemnostki-drobnostki z fajnym basem i rytmem, maksymalnie. Skończyłoby się może po prostu przeciętnie, ale kończy się nawet nieźle, bo pomoc przychodzi z niespodziewanego źródła - z "rapu", kompletnie pozbawionego walorów czarnego rapu z USA, ale dającego fascynujący urok brytyjskiego akcentu i klimatyczną manierę, przez którą ma się wrażenie, jakby wokaliści recytowali Szekspira bardziej niż śpiewali albo rapowali. Dziwny, sympatycznie niezgrabny, przyjemny, do pominięcia.


6.0/10

Komentarze