Krzysztof Penderecki: I kwartet smyczkowy

1960 / wykonanie: Tale Quartet, 1994

W swoim pierwszym kwartecie Penderecki zaczerpnął ze z grubsza tej samej, mikrotonalno-sonorystycznej gliny, co przy tworzeniu swego najsłynniejszego dzieła z tego samego roku, Trenu. Efekt jest jednak nieco inny. W skrócie: jak tam kompozytor operował grozą, lękiem, tak tutaj mamy do czynienia raczej z niepokojem - zmaksymalizowanym na tyle, by jeszcze nie przerodził się w grozę, tylko ograniczył do jej zapowiedzi.

W skrócie trochę mniejszym: przy kilku bardzo ekspresyjnych momentach, to całość pozostaje jednak w pewnym stopniu wierna kameralnej istocie kwartetu smyczkowego. Nie ma tu fal dźwięku, panicznych klasterów, lecz raczej natłok osobnych, czasem punktualistycznych dźwięków, między którymi (w danym momencie, a nie tylko w interwałach!) słychać ogromne przestrzenie bardzo niepokojącej ciszy. Ten natłok celowo czasem słabnie i cisza ściera się już tylko z pojedynczym dźwiękiem, czasem też bardzo cichym. W tej ciszy właśnie czai się zwiastun eksplozji fali grozy, a dzieje się to przez jej dziwaczną, nieprzyjazną, demoniczną obudowę dźwięku, tylko czekającą na wypełnienie przerażającą treścią. Wypełnienie jednak nie następuje, zostajemy zawieszeni w oczekiwaniu aż do końca. Penderecki kończy ten krótki utwór tak, by nie można mieć pewności, czy się faktycznie skończył i w praktyce pozostać w niepokojącej gotowości jeszcze dłużej.

Jak to zwykle u Pendereckiego, można po prostu chłonąć niepowtarzalną, gęstą, intensywną atmosferę, a można skoncentrować całe siły umysłowe i starać się nadążyć za każdym dźwiękiem osobna, odkrywając, że mimo swojego przeszywającego chłodu, ekscentryzmu i ekstremizmu są na swój sposób piękne i tworzą majestatyczne, stymulujące brzmienie. Niepokój do kontemplowania, piękna rzecz.



8.5/10

Komentarze