Hiszpania, akt I: część IX. Elegijnym szlakiem kultur

Andaluzja to łakomy podróżniczy kąsek z kilku powodów, ale jednym z najbardziej oczywistych jest wyjątkowo, niemal bezprecedensowo różnorodne dziedzictwo kulturowe regionu. Zarówno przyjmując horyzontalny punkt widzenia - czyli patrząc na to, jakie państwa i narody jedne po drugich dominowały na tej ziemi - jak i z wertykalnego - czyli patrząc, jakie kultury mieszały się tam czasem jednocześnie - odkrywamy tygiel, z którym trudno konkurować czemukolwiek w Europie. Szczególnym symbolem tej mieszanki jest Kordoba, niegdysiejsze największe miasto kontynentu po Konstantynopolu, w którym współistniały swego czasu obozy wszystkich głównych monoteistycznych religii. Pierwszy z trzech ostatnich dni mojej podróży był poświęcony w większości temu właśnie miastu i sam stał się w ten sposób naturalnie najbardziej przekrojowym pod względem tropienia śladów dawnych kultur.

Zaczął się jednak nie od Kordoby, a od nieistniejącego miasta Italica, położonego na terenie istniejącego miasta Santiponce, które leży parę kroków od granic Sewilli. Wizyta w nim stanowiła wzorowy i odpowiedni chronologicznie wstęp do tego dnia.

Rzymianie nie byli oczywiście najstarszym tzw. nie-barbarzyńskim ludem, który zasiedlił Andaluzję - uprzedzili ich Fenicjanie i Kartagińczycy. Po tamtych praktycznie nie ma już jednak śladów, a po Rzymianach są - i jednym z najbardziej okazałych, jeśli nie tym najbardziej, jest właśnie Italica, założona pod koniec III wieku przed naszą erą. W II wieku naszej ery była już perłą w skali całego imperium, wcześniej wydając na świat dwóch przyszłych cesarzy, Trajana i Hadriana, ocenianych zresztą jako jedni z najlepszych. Prawdziwy pasjonat starożytnego Rzymu może pewnie spędzić w Italice cały rok i cieszyć się niuansami: ja jako archeologiczny dyletant mogę powiedzieć tylko tyle, że najbardziej imponujące są świetnie zachowane mozaiki podłogowe i przede wszystkim majestatyczny amfiteatr na dwadzieścia tysięcy widzów.























Pomijając okres wizygocki, słabo reprezentowany architektonicznie i archeologicznie, przeniosłem się dwie godziny jazdy później prosto do muzułmańskiego Al-Andalus, a dokładniej do jego najwspanialszego miasta. Kordoba (Cordóba) to zresztą nie tylko stolica kalifatu, jaki w średniowieczu zajmował prawie cały teren Półwyspu Iberyjskiego, ale też w szczytowym okresie drugie największe miasto Europy po Konstantynopolu (a jeśli zauważyć, że Konstantynopol leży na dwóch kontynentach, to można powiedzieć, że po prostu największe). Założone przez Rzymian w III wieku przed naszą erą, miasto osiągnęło szczyt zaludnienia i rozwoju około roku tysięcznego. Na pewno rozwoju urbanistycznego i naukowego, być może też kulturowego, bo trzy główne religijne społeczności miasta - muzułmanie, chrześcijanie i żydzi - żyli tu podobno ze sobą pokojowo, przynajmniej względnie. Później Kordoba wydała jeszcze dwóch wielkich myślicieli dwóch z tych kultur - Awerroesa i Majmonidesa - a po przejęciu przez Kastylijczyków w 1236 roku mocno już straciła na znaczeniu. Dziś z 326 tysiącami mieszkańców jest trzecim miastem Andaluzji, jednak wyraźnie mniejszym od pierwszych dwóch, co czuć nie tylko porównując liczby, lecz po prostu spędzając tam czas.









Planując podróż po Andaluzji, Kordobę należy dodać na listę najwcześniej jako trzecie miasto: nie ma za bardzo podjazdu do Sewilli i Granady, a abstrahując od zabytków piękniejsza jest też choćby Ronda. Bez takich brutalnych porównań wciąż jest jednak ślicznym, klimatycznym i bogatym w atrakcje miejscem. Również posiada gąszcz wąskich, klimatycznych, bogato przystrojonych kwiatami uliczek (specjalnością Kordoby jeszcze bardziej niż innych andaluzyjskich miast są patia), zabytek rangi światowej i przyjemną scenę kulinarną. Z największego miasta Europy zostało miejsce, które dziś wydaje się stosunkowo kameralne (Kordoba sprawia wrażenie zdecydowanie mniejszej od Granady mimo stu tysięcy mieszkańców więcej). Gdybym mógł spędzić tydzień w którymś andaluzyjskim mieście, to prędzej wybrałbym kilka innych, ale i tygodniem w Kordobie bym nie pogardził.









Spędziłem jednak niecałą dobę i trzeba było ją wykorzystać dość intensywnie. Zwiedzanie zaczęło się od Palacio de Viana, kompleksu budynków połączonych w jeden "pałac", który słynie ze swoich dwunastu patiów. Są bardzo różnorodne wielkością i charakterem, mniej lub bardziej ogrodowym, ale wszystkie piękne. Wywiera mniej imponujące, ale dużo bardziej przytulne i przyjemniejsze wrażenie niż nieco analogiczne pałace w Sewilli. Rozkoszne miejsce; chciałbym tam kiedyś wrócić na wiosnę, gdy kwitłoby więcej roślin.






















Następnym punktem był już najważniejszy zabytek Kordoby - właściwie często przyjeżdża się raczej zobaczyć ten zabytek, niż zobaczyć miasto - a także jeden z paru najważniejszych w Andaluzji i najbardziej oryginalnych na całym świecie. Mezquita, czyli Meczet, to jeden ze szczytów islamskiej architektury wszech czasów i bez wątpienia szczyt najwyższy w zachodniej Europie poza Alhambrą. Meczet powstawał tu od końcówki VIII wieku, by stać się dla świata islamskiego mniej więcej tym, czym dla katolickiego jest Bazylika św. Piotra w Rzymie. Dziś Mezquita nie jest jednak meczetem i nie jest też muzeum - pełni funkcję katolickiej katedry już od XVI wieku. I na samej funkcji też jeszcze nie koniec - w tym właśnie stuleciu w samym środku meczetu zbudowano katedrę sensu stricto, gotycko-renesansowy, stuprocentowo chrześcijański gmach, który spadł jak meteoryt na arcydzieło islamskiej architektury. Oficjalna nazwa obiektu to zresztą obecnie "Meczet-Katedra".

Wspaniałość i niesamowitość tego zabytku jest więc trójwymiarowa i nie chodzi tu wcale o jego brylastość. Pierwszy wymiar to sakralna architektura muzułmańska, tak rzadko spotykana w Europie, prawie wcale niespotykana z takim rozmachem. Drugi to sakralna architektura Zachodu, spotykana oczywiście na każdym kroku, ale kordobańska katedra sama w sobie to jeden z najpiękniejszych kościołów Andaluzji, co wiele znaczy. Trzeci w końcu wymiar to unikatowe, chyba niepowtarzalne, intensywne splecenie jednego i drugiego, momentami mające w sobie coś groteskowego. Z jednej strony jest to wada, bo czysto islamski zabytek byłby... czystszy, w pewnym sensie starszy, w pewnym sensie bardziej autentyczny. Z drugiej jednak strony czyste islamskie zabytki można jeszcze podziwiać gdzieś indziej, a dla czegoś takiego nie kojarzę precedensu. Gotyckie sklepienie wsparte na arkadach z muzułmańskich łuków, nawy katedry zwieńczone tymi łukami,  krucyfiks idealnie wpasowujący się w obramowanie mauretańskiej arkady imitującej drzewo, boczne przestrzenie meczetu zaaranżowane na kościelne kaplice - przedziwny widok, ale w gruncie rzeczy to on jest najbardziej autentyczny dla istoty Andaluzji.

Z zewnątrz obiekt jest nieco niepozorny, choć na niektórych częściach zewnętrznego muru można odnaleźć prześliczne motywy ozdobne. Najbardziej wzrok przyciąga renesansowa dzwonnica, która niegdyś była oczywiście minaretem. Warto spędzić trochę czasu na dziedzińcu zwanym Patio de los Naranjos, zgodnie z nazwą obsadzonym drzewami cytrusowymi. Nie można było tymczasowo wejść na dzwonnicę, więc odsyłam do internetowych zdjęć tego obiektu z lotu ptaka: warto zobaczyć, w jak niesamowity sposób katedra wcisnęła się w meczet.







Najbardziej ikonicznym symbolem Mezquity jest ocean podwójnych, biało-ceglanych łuków, wspartych na dość cienkich, ale gęsto usianych kolumnach - dokładnie 856 kolumnach. Ale największym skarbem meczetu jest mihrab, czyli nisza wskazująca kierunek Mekki - ten pochodzi z X wieku i za jego cudowną, mozaikową ornamentację odpowiadali bizantyjscy rzemieślnicy. Znajduje się w oddzielonej od reszty meczetu przestrzeni zwanej maskurą, wyznaczanej przez wspaniałe kamienne łuki o motywach roślinnych i kopułę przypominającą złoty kwiat. Przepiękne są też skomplikowane, bogato zdobione stiukiem sklepienia katedry, "przeplatane" złotem organy, intensywnie rzeźbione stalle czy ołtarz główny z różowego marmuru. To nie tylko jeden z najbardziej zadziwiających, ale też po prostu najpiękniejszych zabytków świata.










































Po zapoznaniu się z największymi muzułmańskimi i chrześcijańskimi propozycjami miasta, warto rzucić choć okiem na dawną dzielnicę żydowską i jej główny zabytek - synagogę z XV wieku, w pobliżu której stoi pomnik Majmonidesa.






Tajemnicza Kordoba pozwala cofnąć się symbolicznie w przeszłość jeszcze mocniej za sprawą swojego ikonicznego kamiennego mostu Puente Romano z I wieku przed naszą erą. Symbolicznie, bo obecna forma jest w większości efektem przebudów w czasach mauretańskich. Most tak czy inaczej jest jednym z bardziej imponujących, jakie widziałem gdziekolwiek i na jego drugim końcu można ująć miasto w pięknej perspektywie.




Spore wrażenie wywarł też na mnie Alcázar de los Reyes Cristianos, lokalna forteca pałacowa, zbudowana przez chrześcijan na przełomie XIII i XIV wieku na miejscu dawnej mauretańskiej. Słynie z tego, że to w nim Izabela Kastylijska i Ferdynand Aragoński po raz pierwszy spotkali się z Kolumbem. Wnętrza twierdzy skrywają przeniesione tu rzymskie mozaiki, podobne do tych z Italiki, ale najpiękniejsze jest to, co na zewnątrz: wspaniałe, malownicze ogrody. Warto też odnotować bardzo wysokie zagęszczenie kotów na terenie Alcázaru.



























Dzień w Kordobie zwieńczyła ostatnia wystawna i interesująca kolacja tej wyprawy - nazajutrz odbijałem w tereny mniej popularne turystycznie, gdzie ciężko już jest aż tak sobie dogodzić kulinarnie. Casa Pedro Ximenez to zacne miejsce nie tylko dzięki tarasowi z widokiem na dzwonnicę Mezquity. Świetne białe wino, świetna szynka i świetna carillada (czyli gulasz z policzków wieprzowych) to kluczowe wspomnienia. Trochę pora wyjazdu, a trochę trudy skumulowane z całej podróży sprawiły, że powrotny spacer po nocnej Kordobie był krótszy, niż bym chciał.









Zaliczywszy Kordobę, a zwłaszcza Mezquitę, miałem już za sobą wszystkie najważniejsze punkty Andaluzji i podróż weszła definitywnie w finalną, nieco bardziej kameralną, pozbawioną dużych miast fazę. Jak jednak łatwo się nauczyć, gdy podziwia się pełną szczegółowych ornamentów architekturę Maurów, w drobiazgach też potrafi tkwić wiele piękna.

Komentarze