Tarnogaj. Prastary przemysł i nowa duchowość

Poważne duże miasto nie tylko nie musi być w całości piękne, lecz w zasadzie po prostu nie może takie być. Aglomeracja, która ma pomieścić setki tysięcy ludzi, musi siłą rzeczy zajmować się przeróżnymi dziedzinami życia, z których wiele będzie bardzo praktycznych, a wśród tych z kolei wiele praktycznych do bólu, na piękno niepozostawiających zazwyczaj ani trochę miejsca. Jedną z takich dziedzin jest przemysł - zbawienny dla komfortu życia, ale zgubny dla estetyki wszędzie tam, gdzie się pojawia i rozgrywa. We Wrocławiu terenów industrialnych i postindustrialnych znajdziemy multum. I choć Tarnogaj ani nie ma ich najwięcej, ani też wcale nie jest nimi najszczelniej zapełniony - w tych konkurencjach przegrywa choćby z Kowalami czy Muchoborem Małym - to mi właśnie to osiedle najbardziej kojarzy się z przemysłowym charakterem. A kontrapunkt, jaki dla niego otrzymuje - dla niektórych kontrapunkt piękna, dla innych zaledwie kontrapunkt brzydoty innego typu - jeszcze ów charakter uwypukla.

Tarnogaj to osiedle w południowo-wschodnim Wrocławiu na terenie dawnej wsi, wzmiankowanej już w XIII wieku jako Gay. Później nazywana była ona na kilka różnych sposobów, a ostatecznie przyjęła się nazwa Dürrgoy. Pod taką też nazwą wieś stała się częścią Breslau w 1904 roku. Była skazana na przemysł od samego początku: zaplanowano z góry egzystencję tego miejsca w granicach miasta jako osiedla robotniczego, skupionego wokół nowoczesnej, powstałej na przełomie XIX i XX wieku gazowni (do dziś na Tarnogaju egzystują Zakłady Gazownicze). Później doszło do tego jeszcze kilka innych zakładów industrialnych, zajmujących się głównie transportem i budownictwem. Dopiero już w czasach polskich (najpierw jako Cierniogaj, od 1948 dopiero Tarnogaj), zwłaszcza w XXI wieku, osiedle zaczęło nieco odbijać od statusu zagłębia przemysłu i obrało mocniejszy kurs na funkcje mieszkalne, obecnie dość mocno rozrośnięte. Ale klimat pozostał - industrialny, robotniczy, utylitarny.

Granice obecnego osiedla samorządowego przebiegają nieco inaczej niż kiedyś. Dziś mają one kształt litery D o lekko zdeformowanym łuku, gdzie linię prostą wyznaczają ulice Bardzka i Paczkowska (granica z Hubami i Gajem), a łuk - tory kolejowe (granica z Przedmieściem Oławskim, Księżem Małym, Brochowem i Jagodnem; gdzie tory przecinają się z Bardzką, jest jeszcze punktowa granica z Wojszycami). Poza ścisłym historycznym Tarnogajem w obręb tego terenu wchodzi jeszcze tak zwane Osiedle Henrykowskie w sąsiedztwie dzisiejszych Hub, bardziej miejskie: jednostka już nieco zbyt mała, by wydzielać ją i traktować osobno. Uznaję za Tarnogaj dokładnie to, co wyznaczają oficjalne granice wrocławskiej administracji.

Jako takie jest to osiedle bardzo zróżnicowane, co sprawiło, że chętnie zabrałem się za zwiedzanie. Z jednej strony tereny przemysłowe i poprzemysłowe, osiedle robotnicze, ale z drugiej cmentarz, ogródki działkowe, potężny biurowiec Kauflandu, dopiero co wybudowane albo właśnie budowane deweloperskie bloki, dwa kościoły w zupełnie różnych stylach architektonicznych, park, a nawet wzgórze. Jest tu też Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego, przez co zawita na Tarnogaj na pewnym etapie swojego życia chyba większość wrocławian. Zestaw to całkiem interesujący, ale przebicie się do empirycznego uznania, że Tarnogaj to osiedle ciekawe, zajęło mi trochę czasu. Spacer rozpoczęty w jego południowo-zachodnim rogu, na cmentarzu, który poprowadził mnie krętymi ścieżkami do ulicy Armii Krajowej, wyrobił u mnie Tarnogajowi opinię osiedla jednak brzydkiego, brzydkiego nie brzydotą braku piękna, lecz brzydotą obecności brzydoty.





Oczywiście nie spodziewałem się wysokich przeżyć estetycznych po terenach przemysłowych - nie mają one być piękne, mogą nawet być brzydkie, przede wszystkim mają być praktyczne. Oględnie jednak mówiąc, widywałem w swoim życiu tereny przemysłowe, które były nieco bardziej uporządkowane. Tarnogajskie są chaotyczne, brudne, stare, rozdrobnione na mniejsze firmy i tym samym cierpiące na brak nie tyle estetycznej, co nawet logistycznej spójności. Trochę upraszczając, można się tu poczuć, jakby większość z tych zakładów zajmowała się skupem złomu. Fakt zaś, że bardzo wiele z nich w ten czy inny sposób obsługuje pojazdy mechaniczne, powoduje, że i powietrze w tej części Wrocławia nie należy do najmilszych. I niestety nie prowadzi to wszystko do artystycznego nieładu rodem z portu miejskiego. Jest tylko brzydko, nie jest nawet interesująco. Wyjątek stanowi należąca dawniej do gazowni wieża ciśnień, jedna z bardziej charakterystycznych w mieście. Nie jest co prawda w idealnym stanie, ale walec przechodzący w niski graniastosłup o podstawie ośmiokąta foremnego, przyozdobiony rozetowym oknem z czterech stron i zwieńczony ostrosłupowym hełmem, robi słuszne wrażenie. Nie jest łatwo się do niej zbliżyć - udało mi się to chyba tylko dlatego, że ochroniarz w słusznym wieku darzył szczerą nienawiścią swojego pracodawcę, zarządcę terenu, który zabrania się do wieży zbliżać i ją fotografować.



Większe wymagania miałem co do pobliskiego modernistycznego osiedla robotniczego, fundamentu miejskich dziejów Tarnogaju. Jego głównym przebojem są równoległe ulice Ząbkowicka i zwłaszcza Kamieniecka, zabudowane w dużej mierze przeuroczymi, niskimi szeregówkami z 1919 roku ze spadzistymi dachami i małymi wykuszami o dwuspadowym dachu. Trzeba przyznać, że wygląda to przytulnie i jest jakąś odległą namiastką niskiej zabudowy znanej z dobrze zachowanych średniowiecznych miast Europy (nie bez powodu niektórym kojarzy się ze Złotą Uliczką w Pradze). Świadomość tego, co jest jednak naokoło, i co niestety nawet w środku tych ulic nie przestaje być na ich krańcach widoczne, nie pozwala poczuć się w pełni ciepło i magicznie. Pośrodku Ząbkowickiej i Kamienieckiej jest ulica Złotostocka, gdzie oglądać możemy jeszcze całkiem estetyczne, jednopiętrowe bloczki z cegły z lat 1930-31, ale prawdziwy problem zaczyna się na ulicy Klimasa, gdzie z jednej strony mamy już widok na przemysł, a z drugiej stoją parterowe domostwa przypominające bardziej stare garaże. To jedne z najbardziej odpychających warunków mieszkalnych we Wrocławiu, jakie widziałem. Całkiem przyjemne są za to dwa budynki, wokół których przebiega pętla tramwajowa przy ulicy Gazowej.










Nie ratują sprawy tereny zielone. Poza ogródkami działkowymi, na które oczywiście nie mam wstępu i ciężko mi nad tym ubolewać, bo wszędzie są one z grubsza identyczne, znajdują się na Tarnogaju dwa takie punkty: Wzgórze Tarnogajskie i Park Tarnogajski. Nazwa tego pierwszego jest bardzo szumna - wzgórze wznosi się na niecałe 9 metrów i nie widać z niego zgoła nic ciekawego, nawet w zimie, kiedy liście drzew w niczym nie przeszkadzają: jedynie krzyż na szczycie pobliskiego kościoła, Sky Tower i wyższe partie bloków na Gaju. Walory widokowe są więc z grubsza żadne, natomiast latem może to być całkiem przyjemne miejsce do wypoczynku dla osób, które bez problemu wypoczywają przy dźwiękach ciągle przejeżdżających obok pociągów (to właściwie duży zielony plac otoczony drzewami).



Park Tarnogajski powstał zaledwie dwa lata przed moją wizytą w nim i jest to jeden z mniej przyjemnych parków miasta, zimową porą właściwie wręcz odpychający. Od zachodu widać obiekty przemysłowe, od północy blaszane ogrodzenie wymalowane od początku do końca krzykliwym, paskudnym graffiti, od południa kamienny mur towarzystwa pomocy bezdomnym, a od wschodu tory kolejowe. I w dodatku park jest na tyle mały, że wszystkie te cztery ramy widać właściwie cały czas. Nie bardzo rozumiem, czemu ktoś miałby tu spędzać jakąś poważną ilość czasu, jeśli niedaleko stąd, góra kwadrans piechotą, ma piękny, rozległy Park Wschodni, zapewniający niemal niezmącony kontakt z naturą. Oczywiście na szybki spacer z psem albo dzieckiem jak najbardziej może się nadawać i lepsze to niż dzikie podwórko, które było tu wcześniej.



Również cmentarz, mimo że jestem miłośnikiem nekropolii, oceny osiedla za mocno nie podbił. Jest jednym z największych w mieście, ale estetyką nie ma startu do Osobowickiego czy Grabiszyńskiego: przewidywalny, rzadko zadrzewiony, dość nieuporządkowany i położony tuż przy torach kolejowych, co mocno uszczupla jedną z największych zalet cmentarzy, czyli spokój. Na terenie cmentarza znajduje się jednak coś, od czego warto zacząć bardziej pozytywną część relacji z Tarnogaju.





Jest to kościół Zmartwychwstania Pańskiego z 1984 roku, podlegający obecnie pod parafię św. Ducha i służący jako kaplica i siedziba zarządu cmentarza. Modernistyczną bryłę zaprojektował Tadeusz Maria Zipser, lwowski architekt i urbanista, który przez krótko pełnił funkcję rektora Politechniki Wrocławskiej, jednak ze względu na działalność w Solidarności został z niej usunięty, internowany i przetrzymywany w kleczkowskim więzieniu. Silnie powyginany, esowaty, falujący obiekt jest jednocześnie bramą wejściową na cmentarz. Przypomina kształtem namiot, co było celowym zabiegiem architekta i ma symbolizować koczowniczy charakter ludzkiej egzystencji. Widać to bardziej od strony cmentarza niż od frontu, czyli od ulicy Bardzkiej - z tyłu zresztą obiekt prezentuje się ładniej, widoczny jest jego mocno powyginany dach i nietypowy układ okien. Od Bardzkiej jest nieco nijaki i niezbyt fortunnie przyozdobiony krzykliwym, kolorowym cytatem z Biblii. Swój pełny potencjał uwalnia jednak niestety dopiero oglądany z góry, gdy można zrozumieć jego plan i dostrzec jego krzywizny w pełnej krasie - na żywo ledwie mnie zaintrygował, a naprawdę spodobał się dopiero w domu, gdy znalazłem nagranie z lotu ptaka.




To jednak tylko preludium do najciekawszego obiektu architektury i w ogóle czegokolwiek na Tarnogaju: kościoła Ducha Świętego na północy osiedla, przy dużym skrzyżowaniu Bardzka-Kamienna, również zaprojektowanego przez Zipsera w silnie modernistycznym stylu. Powstawał w latach 1973-1985 jako pierwszy nowy kościół Wrocławia po II wojnie światowej. Inspiracją miała tu być kaplica z Ronchamp samego Le Corbusiera. Jest to bardziej regularna bryła, mogąca się zmieścić na planie nieco postrzępionego okręgu, natomiast bardzo charakterystyczne, wręcz spektakularne są jej dach i fasada. Ten pierwszy przypomina kształtem tubę patefonu zwężającą się ku niebu, co miało nasuwać na myśl falowanie powietrza, oddychanie i przywoływać skojarzenia z tchnieniem Ducha Świętego. Pełny wyrazistych krzywizn (podkreślonych przez wygięte "kanty", dzielące dach na dziesięć części), pokryty przyciągającą wzrok blachą, wyróżnia się bardzo na tle okolicy i w ogóle całego Wrocławia, koncentruje uwagę już z daleka. Również w tym przypadku spojrzenie z lotu ptaka będzie jednak bardzo przydatne. Jeszcze bardziej wyrazista jest wklęsła fasada w kształcie odwróconej konchy, symbolizująca otwartość na przyjęcie darów Ducha Świętego (podkreślonych poprzez bardzo wyraźne podzielenie fasady na siedem pól), zeszpecona bez zgody architekta drewnianymi płaskorzeźbami poświęconymi Janowi Pawłowi II. Przedłużenie fragmentu oblachowanego po prawej i lewej stronie ma przywodzić na myśl skrzydła i kojarzyć się z wyobrażeniem Ducha Świętego jako gołębicy. Ten sam motyw wklęsłości zostaje powtórzony jeszcze trzykrotnie naokoło elewacji kościoła, oczywiście już w drobniejszej skali. Kościołowi towarzyszy nie mniej modernistyczna, smukła dzwonnica, która bazuje już nie na krzywiznach, a na dysproporcji między długością a szerokością planu i intensywnych przebiciach bryły.







Jakby wyrazistości było komuś mało, obie budowle są pomalowane (bez zgody architekta - pierwotnie kościół był ceglany z otynkowaną fasadą) na soczyste, niemal wściekłe połączenie pomarańczu i czerwieni, nawiązujące do kolorystyki słynnego witrażu z Bazyliki św. Piotra. Swoje ma do powiedzenia też wnętrze, dość gigantomańskie: spektakularne organy, falujące, bardzo wysoko zawieszone sklepienie, tłuste kolumny, potężny drewniany krzyż, soczysty, płonący witraż z gołębicą i ogromny fresk ze scenami biblijnymi, przypominający bardziej psychodeliczne wizje (choć różnica między tymi dwoma jest oczywiście bardzo subtelna), ale akurat w tym konkretnym kościele nie będący czymś bardzo rażącym.







Jak to w modernizmie często bywa, łatwo ten kościół chyba znienawidzić, nietrudno też pokochać. Ja, zdążywszy odczuć trochę jednego i drugiego, znalazłem się pomiędzy, ale zdecydowanie, ale to zdecydowanie bliżej miłości niż nienawiści. Na pewno nie jest to najsubtelniejszy obiekt we Wrocławiu, a może nawet jest jednym z mniej subtelnych, ale po oswojeniu się z jego nadmierną wyrazistością polubiłem w nim właściwie wszystko poza góralskimi płaskorzeźbami z JPII. Czy koniecznie jest to wybitny modernizm w skali światowej - oczywiście nie, ale w skali wrocławskiej już moim zdaniem tak. 


Te góralskie płaskorzeźby, swoją drogą, można było na Tarnogaju wykorzystać dużo lepiej. Osiedle dysponuje jeszcze jednym kościołem, całkowicie innym - w sercu swojej historycznej części, przy dawnym osiedlu robotniczym. To kościół św. Stefana z przełomu lat 70. i 80. XX wieku, przypominający bardzo mocno zakopiańskie strzechy - konsekwentnie wykorzystujący dwuspadowe dachy, trójkątne fasady i elementy drewna, szczególnie w rustykalnej dzwonnicy. Wnętrze tylko napędza te skojarzenia - dwuspadowe sklepienie wyłożone w całości pięknym, lakierowanym drewnem, drewniany krzyż i skromny witraż sprawiają, że można się przez chwilę poczuć, jakby znalazło się na mszy w Karpaczu lub innym górskim miasteczku. Elewacji nie zaszkodziłaby renowacja, ale w połączeniu z wnętrzem również ten kościół robi zdecydowanie pozytywne wrażenie.





Gdy zwiedzałem Tarnogaj na potrzeby tego tekstu na przełomie 2018 i 2019 roku, ciągle istniał jeszcze na nim jeden z sześciu wówczas wrocławskich browarów. Był to Warsztat Piwowarski, który powstał w 2015 roku między innymi pod przewodnictwem Marusi, czyli Agnieszki Wołczaskiej-Prasolik, głównej organizatorki Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa (a więc jednej z najbardziej zasłużonych dla rozwoju polskiego piwowarstwa osób w kraju). Był to zdecydowanie najmniej epatujący przepychem browar w mieście - w starym przemysłowym budynku, funkcjonujący głównie na sprzętach pozyskanych z odzysku z innych gałęzi przemysłu spożywczego (na przykład mleczarskiego) i przerobionych dla celów piwowarskich, dysponujący skromną warzelnią o wybiciu 5 hektolitrów. Nie był to browar wybitny, ale potrafił uwarzyć bardzo dobre piwo. Przestał istnieć w 2020 roku.







Faktem jest, że gdyby cokolwiek było w stanie zniechęcić do przemierzania i opisywania wrocławskich osiedli krok po kroku, to mógłby to być właśnie spacer po robotniczo-przemysłowej części Tarnogaju na początku tego projektu, zwłaszcza wyjątkowo brzydkiego, podeszczowego, wietrznego dnia z zabetonowanym niebem. A jednak wizyta tu dla wnikliwego wrocławianina jest obowiązkiem - nie tylko ze względu na jeden z najciekawszych i najbardziej udanych przykładów powojennej architektury sakralnej w całym mieście, a może nawet przede wszystkim ze względu na ciężki, ale ostatecznie niepowtarzalny klimat robotniczego osiedla. To ostatnie najlepiej zobaczyć od razu po zdanym egzaminie na prawo jazdy, żeby euforia złagodziła estetyczne nieprzyjemności.

Komentarze