Wolfgang Amadeus Mozart: Wielka msza C-moll

1783 / wykonanie: Sylvia McNair, Diana Montague, Anthony Rolfe Johnson, Cornelius Hauptmann, Monteverdi Choir, English Baroque Soloists, John Eliot Gardiner, 1988

Msza, którą Mozart napisał nie na zamówienie, lecz dla celów prywatnych - jako ustalone wcześniej dziękczynienie za możliwość poślubienia Konstancji Weber - okazała się być jego najlepszą chyba dotychczasową kompozycją i jednym z najlepszych utworów sakralnych, jakie powstały po Bachu. Sakralnych przynajmniej formalnie. Niezwykły Salzburczyk dokłada tu bowiem potężną cegłę do procesu desakralizacji muzyki, a nawet do najbardziej wyrafinowanej części tego procesu - do desakralizacji gatunku mszy. To utwór poniekąd przejściowy - niektóre jego fragmenty nadają się do kościoła (przy czym wszystkie z nich raczej do barokowej świątyni porządnie przyprawionej złotem niż do mistycznych gotyckich wnętrz), a inne już ortodoksyjny wierny uznałby za bluźnierczo wesołe, finezyjne i hedonistyczne - wyjęte żywcem z opery fragmenty w Gloria mają w sobie nawet coś erotycznego.

Większości kompozytorów takie zabawy z mszą wyszłyby raczej niesmacznie, Mozart natomiast tym ruchem tworzy świetne dzieło. Prezentuje tu rosnący arsenał swoich możliwości formalnych: znakomite wyczucie kontrapunktu, używanego oszczędnie w porównaniu z muzyką baroku, ale jak już używanego, to z wielką klasą; wyśmienicie wysmakowaną aranżację skutkującą przejrzystym, choć masywnym brzmieniem; prześlicznie rozmieszczone akompaniamenty; poruszające, pełne dynamiki linie melodyczne, zwłaszcza wokalne; może przede wszystkim zaś coraz ciekawsze podejście do harmonii, której dość powolne, ale charyzmatyczne progresje leżą u podwalin zmienności emocjonalnej utworu.

Msza rozpoczyna się od niemal fatalistycznego, groźnego, masywnego Kyrie, które nadawałoby się z powodzeniem na rozpoczęcie jakiegoś masywnego requiem; wkrótce jednym magicznym zmienia się w coś słodkiego i intymnego, by na końcu powrócić do masywności i impetu, ale już nie w groźnej, a optymistycznej, radosnej manierze. I takie przeplatanki występują praktycznie przez całe dzieło. Przede wszystkim dokonują się zaś z wielką płynnością, smakiem, klasycystyczną harmonią, bez zgrzytów. Poszczególne nastroje i konwencje nie podważają się wzajemnie, lecz dopełniają.

Trochę odczuwa się, że dzieło jest niekompletne - Kyrie i Gloria są fenomenalne, natomiast późniejszym częściom brakuje dopełnienia: Credo samemu w sobie, a Sanctus i Benedictus w postaci nieobecnego Agnus Dei. Mimo to dość potężny kawałek; nie tylko lepszy od wszystkich wcześniejszych Mozarta, ale chyba nawet dużo lepszy.



8.5/10

Komentarze

Prześlij komentarz