Hiszpania, akt I: część II. W zachwycie śródziemnomorską pustką

Choć podobnie jak większość osób nigdy nie byłem w Meksyku, Arizonie albo Teksasie, to podobnie jak (chyba) większość osób mam pewne wyobrażenie o tym, jak te strony świata wyglądają, mniej lub bardziej zgodne z rzeczywistością. Może to zasługa Internetu, a może tego, że sporo filmów - nie tylko westernów - rozgrywa się w tych miejscach; tak czy inaczej na myśl o nich stają mi przed oczami jasno określone krajobrazy. Mniej więcej te właśnie krajobrazy stanęły mi przed oczami dosłownie, gdy opuściłem wspólnotę Murcji i tym samym pierwszy raz w trakcie tej podróży postawiłem oponę samochodu w Andaluzji. Były to krajobrazy zaskakujące - takie, jakich nie spodziewałbym się zobaczyć nie tylko w Hiszpanii, ale w ogóle w całej Europie.

Choć spora część tego kraju ciągle na mnie czeka, to już teraz mogę bez trudu powiedzieć, że niełatwo byłoby dyskutować z tezą o Andaluzji jako najbardziej atrakcyjnym turystycznie regionie Hiszpanii. Również dzięki temu, że większa ze wszystkich wspólnot jest tylko Castilla y León, a ludniejszej nie ma żadnej. Gdyby Andaluzja odłączyła się od Hiszpanii, to jej osiem i pół miliona mieszkańców czyniłoby z niej państwo bardziej zaludnione niż połowa krajów europejskich. Ten imponujący obszar obejmuje tyle topowych zabytków, miast, cudów natury i zjawisk kulturowych, że ciężko mi uwierzyć, by cokolwiek - nawet Katalonia, która odwiedzających przyciąga może nawet więcej - mogło to przebić. Należy się raczej od razu zastanawiać, co w całej Europie może w ogóle z Andaluzją rywalizować w konkurencji regionów historycznych. Toskania, Bawaria, Tyrol? Na szybko nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Andalucía to też mocno interesująca wspólnota w kontekście swojego stosunku do hiszpańskości. Z jednej strony to jedna z bardziej "hiszpańskich" części Hiszpanii - nie ma swojego własnego języka, nie ma silnych dążeń niepodległościowych, a kilka zjawisk andaluzyjskiej kultury stało się symbolami całego kraju, jak flamenco, corrida czy sherry. Z drugiej - Andaluzyjczycy są oficjalnie uznani za "historyczną narodowość", jakieś ruchy separatystyczne jednak mają (choć sięgające zaledwie XIX wieku, nie średniowiecznego podziału na królestwa), a w końcu żyją na terenach, które były najbardziej i najdłużej muzułmańskie na półwyspie iberyjskim. Uśredniając to wszystko - Andaluzyjczycy raczej czują się Hiszpanami i w większości nie myślą o niepodległości (prawdopodobnie nie byłoby im ona zresztą na rękę - to region rolniczy z najniższym PKB w kraju poza Estremadurą), ale lubią bardzo mocno podkreślać swoją regionalną tożsamość i osobność.

Region ten przetrzepałem stosunkowo kompleksowo. W siedmiu z ośmiu prowincji Andaluzji spędziłem co najmniej jedną noc i zobaczyłem coś istotnego. W trakcie planowania odrzuciłem jedynie prowincję Huelva, najbardziej zachodnią i graniczącą z Portugalią, która obiecywała najmniej - choć Park Narodowy Doñana wykluczałem z planu z pewnym ciężarem serca.

Niecałe dwie pierwsze doby w Andaluzji spędziłem w jej południowo-wschodnim narożniku - parku naturalnym Cabo de Gata-Níjar. Ten właśnie fascynujący estetycznie obszar miał dostarczyć w trakcie podróży najsilniejszego kontaktu ze śródziemnomorskim wybrzeżem, jako że wielkich, popularnych kurortów - czy to w typie blokowiska na plaży jak Benidorm, czy w typie jachtowo-basenowego siedliska luksusu jak Marbella - staram się unikać jak diabeł wody święconej.

Wybór był więcej niż dobry. Cabo de Gata-Níjar to jeden z najpiękniejszych regionów naturalnych w Andaluzji, a dzięki temu - paradoksalnie - nie przyciąga tłumów plażowiczów. Będąc obszarem chronionym, nie może "poszczycić" się gęsto usianymi kurortami, szpecącymi krajobraz wieżowcami, hotelami skoncentrowanymi na ofercie all-inclusive, dojazdem autostradą, plażami zastawionymi leżakami i parasolami czy atrakcjami skrojonymi pod dzieci. Brak całego tego majdanu sprawia, że potężna część plażowych turystów jest automatycznie odsiana, prawdopodobnie nigdy nawet o Cabo de Gata-Níjar nie usłyszy i poszuka szczęścia dość daleko na północ albo na zachód od półwyspu. Dzięki temu można tu cieszyć się morzem nie tylko na przepięknych, dzikich, relatywnie czystych plażach otoczonych spektakularnymi, wulkanicznymi klifami, ale w dodatku mieć mnóstwo prywatnej przestrzeni. I jeszcze dodatkowo zapłacić całkiem rozsądną cenę za wynajem przestronnego mieszkania ze skończenie genialnym widokiem na morze.

Cabo de Gata-Níjar to zresztą coś więcej niż piękne plaże i klify, ale obszar intrygujący i zapadający w pamięć nawet w oderwaniu od wybrzeża - ba, nawet w oderwaniu od piękna. Bo jego pustynne - ewentualnie półpustynne - krajobrazy lądowe, pełne surowości, pustki, suszy, potrafią być piękne, ale też potrafią emanować coś smutno-niepokojącego (czasem jednocześnie z pięknem). Dokładają się do tego wrażenia zjawiska stworzone ręką ludzką - opustoszałe, pozostawione ku ruinie budynki dawnych kopalni złota czy zwłaszcza gigantyczne obszary szklarni pomidorów (i tak będące tylko przedsmakiem tych na zachód od Almerii), przez które trzeba się przebić, jeśli zmierza się tu nad morze, a które kojarzą się z dość morderczymi warunkami pracy. Czysto sielankowe raje na ziemi wzbudzają moją podejrzliwość, więc te minorowe akcenty tylko wzmocniły zapis regionu w mojej pamięci.

Z parkiem przywitałem się wczesnym wieczorem, przystając na punkcie widokowym La Amatista w pobliżu docelowego miasteczka San José. To był mocny akcent na powitanie Morza Śródziemnego - pięknie widać tu nieregularne, górzyste wybrzeże półwyspu i głupio się choć na chwilę nie zatrzymać.




Kilkanaście minut później byłem już w San José, głównym ośrodku noclegowym i gastronomicznym regionu. Głównym, ale wciąż zadowalająco kameralnym - tubylców mieszka tu mniej niż tysiąc, a budynki nie przekraczają dwóch czy trzech pięter. Spędziłem tam dwie noce i było to jedno z bardziej pamiętnych zakwaterowań w moim życiu ze względu na fantastyczny widok z okna na morze, kawałek miasteczka i okalające je, majestatyczne nadmorskie góry wulkaniczne. Bez wątpienia oglądanie czegoś takiego chwilę po wstaniu z łóżka musi mieć zbawienny długofalowy wpływ na jakość życia.






Tego dnia udało się jeszcze zrobić spacer na pobliską Playa de los Genoveses, czyli "plażę genueńczyków", którą od San José oddziela jedna góra i po której zboczu trzeba się było przedostać. Z tego właśnie wzniesienia rozciąga się spektakularny widok na półokrągłą, bardzo rozległą plażę, która swą nazwę zawdzięcza desantowi genueńskiego wojska w 1147 roku. To jednocześnie zatoka, scenicznie otoczona po obu bokach górzystymi mini-półwyspami. W przeciwieństwie do większości parku naturalnego, rośnie tu garstka drzew, kojarzących się trochę z sawanną. Około zachodu słońca widok mocno wpływa na uczucia.






Nocne San José jest wystarczająco żywotne, żeby nie poczuć się osamotnionym i zaniepokojonym, ale i wystarczająco spokojne, by wciąż czuć się, jakby ucieczka od świata przebiegła pomyślnie. W jednej z popularniejszych restauracji miejscowości, 4 Nudos, musi znaleźć się każdy miłośnik owoców morza. Przetestowałem, czy dalej nie przepadam za ostrygami i okazało się, że albo te lokalne są wyjątkowo dobre, albo nie przepadam już nieco mniej, ale najbardziej w pamięć zapadły mi podłużne małże nożeńce, z którymi nigdy wcześniej się nie spotkałem.




Zanim następnego dnia pozwoliłem sobie na odpoczynek na plaży, trzeba było rzucić okiem na plaże trochę bardziej oddalone od miasteczka. Tam, na południowy zachód, krajobraz robi się jeszcze bardziej pustynny i kojarzy z dzikim zachodem natychmiastowo. Udało się dojść do dwóch niewielkich plaż, oddzielonych od siebie jednym wzniesieniem. Malutka Cala de la Media Luna miała wyjątkowo wzburzone fale, a trochę większa Playa de Mónsul wyróżnia się odosobnioną formacją skalną, przypominającą trochę wynurzającego się wieloryba. Dodatkowej sławy dostarcza jej fakt, że Spielberg nagrywał tu krótki fragment Indiany Jonesa i ostatniej krucjaty.








Nie za długo udało się wytrzymać z powrotem na plaży genueńczyków, jako że tego dnia bardzo śmiało poczynał sobie wiatr, który czyni piasek jeszcze bardziej irytującym zjawiskiem niż normalnie. Ostatnie słoneczne godziny spędziłem więc na małej, prywatno-publicznej, kamiennej plaży tuż przy miejscu zakwaterowania.



Wieczorem zapoznałem się z dwoma nowymi rodzajami paelli. Paella mixta znosi podziały i zawiera zarówno owoce morza, jak i lądu, a arroz negro (oficjalnie nie paella, ale w praktyce przyrządzany identycznie), tak jak wiele dań krajów śródziemnomorskich, wykorzystuje sepię do uzyskania swojego demonicznego koloru. Obie niezłe i sycące, choć obie porażająco słone.


Wyjeżdżałem wcześnie i San José pożegnało mnie wschodem słońca, który przejdzie do historii jako jeden z najpiękniejszych w moim życiu - choć jeszcze w tej podróży miał się trafić nawet piękniejszy.





Przed opuszczeniem Cabo de Gata-Níjar okrążyłem nieprzejezdne góry na zachodzie, by po całej godzinie jazdy znaleźć się w punkcie, który leży jedynie osiem kilometrów w linii prostej od miasteczka. Tu znajduje się chyba najsłynniejszy punkt widokowy parku naturalnego, łatwo rozpoznawalny przez wznoszącą się na skale latarnię morską. Nie dla latarni jednak, a dla dramatycznych, ostrych, postrzępionych klifów się tu przyjeżdża. Był to pierwszy i chyba ostatni moment podróży po południowej Hiszpanii, kiedy doznałem flashbacków z wyprawy na Irlandię.




Już po wyjeździe z parku naturalnego znalazłem się wkrótce na terenie pustyni Desierto del Tabernas, która według niektórych klasyfikacji jest jedyną "prawdziwą pustynią" w Europie. Nie można wspomnieć o tym miejscu, a pominąć fakt, że to tutaj Sergio Leone kręcił swoje westerny, bez większej dyskusji najlepsze westerny w historii kina - co wiele wyjaśnia względem amerykańskiego wrażenia, jakie sprawiają te okolice. Mi krajobraz pustyni wydał się prawie identyczny jak w samym Cabo de Gata-Níjar, więc nie chciałem tracić czasu na szukanie odpowiedniego miejsca do postoju i zdjęć - spieszno mi było, by dostać się w góry i poznać andaluzyjski krajobraz od zupełnie innej strony.

Komentarze