Hiszpania, akt I: część III. Kameralność szczytów i majestat podziemi

Jednym z licznych uroków Andaluzji jest to, jak szybko krajobraz potrafi się tam zmienić niemalże od skrajności do skrajności. To cecha tym bardziej urokliwa dla kogoś, kto przyjeżdża z Polski, gdzie znaczna większość kraju wygląda porównywalnie, a dwa przyrodnicze ekstrema - góry i morze - dzieli od siebie pół dnia jazdy. Po opuszczeniu śródziemnomorskiego wybrzeża w Cabo de Gata już po jakiejś godzinie drogi (między innymi przez pustynię) mogłem cieszyć się widokiem bardzo wysokich gór, zieleńszych od wszystkich dotychczasowych hiszpańskich krajobrazów.

Jak już wspominałem we wstępie do relacji po tej podróży, osiedlenie się w Andaluzji byłoby dla mnie mimo jej ogromnego piękna sporym wyzwaniem ze względu na różnice - kulturowe i klimatyczne - względem moich preferencji. Znalazło się jednak miejsce, gdzie chętnie pomieszkałbym dłużej i odszukałem je właśnie w tych górach, w które wówczas wjeżdżałem, noszących dumną nazwę Sierra Nevada (czyli "Góry Śnieżne") - tę samą, co legendarne pasmo górskie w Kalifornii. Była to jedna z najmniej stereotypowych andaluzyjskich lokacji - małe miasteczko u podnóży najwyższego szczytu Hiszpanii i najwyższego Europy poza Alpami. Miasteczko, które czasem przykrywa śnieg i w którym w październiku w środku dnia ciężko obyć się bez bluzy, co w Andaluzji jest niemal bezprecedensowe.

Pasmo Sierra Nevada rozciąga się na długości około 80 kilometrów z zachodu na wschód i stanowi największy w Hiszpanii park narodowy. Mnie interesował zwłaszcza jego historyczno-naturalny podregion, zwany Las Alpujarras, gdzie występuje szczególne zagęszczenie białych miasteczek. To tu ukrywali się "ostatni Maurowie" po zajęciu Granady przez Izabelę i Ferdynanda, to tutaj ostatni mauretański władca, Boabdil, w zamian za poddanie Granady otrzymał niewielkie, prywatne niby-królestwo. To tutaj sam chętnie urządziłbym swoje małe królestwo, żeby przynajmniej co jakiś czas ukrywać się przed światem.

To jeden z bardziej czarujących regionów na świecie. Góry są tutaj potężne - najwyższy szczyt Mulhacén osiąga wszak prawie trzy i pół tysiąca metrów nad poziomem morza - ale też stosunkowo łagodne, pozbawione dramatyzmu, szczodrze jak na hiszpański krajobraz obdarzone drzewami, no i mają sporo słońca. Są po prostu bardzo pogodne, ale przy tym wciąż mocno klimatyczne. Alpuhary uważa się też wręcz za osobny mikroregion kulinarny, gdzie kuchnia odbiega od standardowo hiszpańskiej, warunkowana regionalnymi okolicznościami flory i fauny. Jest tu ciszej, bardziej rześko, powietrze jest bardziej klarowne i nie tak suche.


Same białe miasteczka (pueblos blancos) w Hiszpanii to temat-rzeka i zjawisko-instytucja. To drobne, najczęściej górskie skupiska niskich, białych budynków, czasem rozciągające się mocniej wzwyż niż wszerz - wiele z nich pamięta czasy Maurów, którzy najczęściej te osady zakładali lub przynajmniej mocno rozwijali po Rzymianach i Wizygotach. Są miejscami nieskończonego, nadnaturalnego uroku; przenoszą w czasie i w rzeczywistości. Co ciekawe, oficjalnie jako pueblos blancos określa się tylko te między Kadyksem a Malagą, w parku naturalnym Sierra de Grazalema, gdzie są najgęściej usiane. Ale realnie podobne miasteczka występują również w innych częściach Andaluzji i moje ulubione odkryłem właśnie w Sierra Nevada.

Zanim dotarłem do Las Alpujarras, Sierra Nevada przywitały mnie obszarem swoiście przejściowym pomiędzy górami a pustynią na wschodzie. Góry są tu już dość potężne, a zarazem wybitnie skąpe w roślinność, przez co wyglądają równie pięknie, co nieprzyjaźnie i surowo. Widok jest jedyny w swoim rodzaju. Można podziwiać go w okolicach miasteczka Alboloduy.

Tylko w dwóch białych miasteczkach zatrzymałem się w Las Alpujarras. Pierwszym, tym mniej urokliwym i nieco większym, było Trevélez na wysokości prawie półtora tysiąca metrów nad poziomem morza - najwyżej położona miejscowość w całej Hiszpanii. Miasteczko jest szczególnie słynne ze względu na produkowaną tu szynkę typu jamón serrano, posiadającą własną apelację - Jamón de Trevélez. Rzeczywiście szynka jest tematem przewodnim uroczej, bardzo "pionowej" miejscowości - na każdym rogu spotyka się sklepy jej poświęcone, jest obowiązkową pozycją w kartach restauracji, doczekała się nawet mini-pomnika w centrum.












Przyznam, że również mnie właśnie szynka przyciągnęła do Trevélez. W restauracji Piedra Ventana w jednym z najniżej położonych budynków miasteczka zjadłem jeden z bardziej pamiętnych posiłków podróży, pełnego konkretnych, mięsnych, kalorycznych dań typowych dla górskiej kuchni. Lokalna szynka w ramach przystawki jest tą, którą ze wszystkich spróbowanych w Andaluzji wspominam z największą tęsknotą, ale również alpuharski ser był świetny.







Jakieś pół godziny jazdy później byłem już w Barranco de Poqueira - słynnym malowniczym wąwozie, w którym jedno po drugim ulokowane są trzy białe miasteczka - najniższa Pampaneira, średnie Bubión i najwyższa Capileira. Ze wszystkich trzech można oglądać w oddali pozostałe dwa. To do tego najwyższego zmierzałem i tam spędziłem noc.

I to właśnie magiczna Capileira skradła moje serce - choć później odwiedziłem jeszcze sporo pueblos blancos, żadne nie zapadło mi tak mocno w pamięć. Można tu wjechać i wyjechać tylko jedną drogą, od południa. Od pozostałych stron, zwłaszcza północnej, są już tylko nieprzejezdne góry, w tym Mulhacén, który dzieli od Capileiry jedenaście kilometrów odległości i około dwa kilometry wysokości (Capileira na 1436 metrach jest po Trevélez drugą najwyżej położoną miejscowością kraju). To jeden z końców świata.









Mieszkańców jest nieco ponad pół tysiąca, ale miasteczko wcale nie jest obliczone tylko na turystów - mieści się tu nawet szkoła podstawowa. Uliczek niewiele, ale są na tyle posplatane i gęste, że można się w ich środku poczuć, jakby przeniosło się i szczęśliwie zagubiło w innej rzeczywistości. Niemal na każdym rogu umieszczone jest źródło z darmową, zimną, pitną wodą górską; mimo niewielkiej powierzchni znalazło się miejsce na dwa czy trzy przeurocze place; jest bezpretensjonalny kościółek z XVIII wieku i sporo knajp. Ale największą atrakcją Capileiry jest po prostu swobodne penetrowanie uliczek i wyszukiwanie niuansów małego piękna jej budynków.














A wracając do knajp, to ludzie z tych stron znają się na rzeczy: w Capileirze chętnie zamieszkałbym również dlatego, że tutejsza kuchnia zrobiła na mnie lepsze wrażenie niż standardowo andaluzyjska. Na początek w oczekiwaniu na docelową knajpę przekąsiłem w wybranym na ślepo baru-restauracji El Tinao. Tutejsza deska wędlin - rzecz obowiązkowa w karcie praktycznie każdej hiszpańskiej knajpy, jeżeli nie jest to knajpa celująca w kuchnie świata - to ta deska, którą wspominam najlepiej z całej podróży. Bez słabych i bez przeciętnych punktów mimo aż siedmiu różnych propozycji.



Ale najbardziej zależało mi na odwiedzeniu taberny La Tapa, która okazała się zresztą jedną z najbardziej uroczych knajp, w jakich byłem w całym życiu. To malutka przestrzeń w jednym z tych starych, przypominających jaskinie domów miasteczka, gdzie mieszczą się dosłownie trzy czy cztery stoliki i bar. Specjalnością zakładu są gulasze - z dzika i z jelenia - z dodatkiem kuskusu z rodzynkami i orzechami włoskimi. Nie tylko pyszne, ale też ciekawe połączenie hiszpańskiego zamiłowania do mięsa z mauretańskimi pozostałościami kulturowymi. O deserze pamiętam tylko tyle, że był bardzo słodki i (mimo to) bardzo dobry.


O dziwo nie powiedziałbym, że Capileira po zmroku jest ładniejsza niż za dnia, ale staje się klimatyczna w inny sposób i warto ten sposób poznać.





Miasteczko opuszczałem przed świtem i był to chyba punkt podróży z najniższą doświadczoną temperaturą, około dziesięciu stopni na plusie. W październiku, w nocy i w bardzo wysokich górach brzmi to jak błogosławieństwo. Stoczywszy się z gór, udało mi się jeszcze uchwycić widok na rzekę Guadalfeo w pobliżu miasta Órgiva.


Kilkadziesiąt minut później byłem już tam, skąd poprzedniego dnia przyjechałem w góry - na śródziemnomorskim wybrzeżu. Nie interesowało mnie jednak spore, turystyczne miasto Nerja, tylko znajdująca się pod miastem Cueva de Nerja - najbardziej widowiskowa hiszpańska jaskinia, a raczej zespół jaskiń. I tak oto z najwyższych górskich miasteczek w Hiszpanii w krótkim czasie trafiłem pod ziemię.

Przyznam, że nie miałem co do tego miejsca jakichś ogromnych oczekiwań, a nawet - o zgrozo - nie wykluczałem wyrzucenia go z planu podróży, kiedy przed wyjazdem pojawiły się trudności w spięciu wszystkich zamierzonych celów. Byłby to gigantyczny błąd, bo ten podziemny świat jest istnym cudem świata i jedną z kilku najbardziej imponujących rzeczy w całej Andaluzji. Jaskinie, odkryte przypadkowo w 1959 roku przez grupę chłopców poszukujących nietoperzy, ciągną się przez kilka kilometrów (choć oczywiście nie na całej długości można je zwiedzać). Znaleziono w nich szkielety ludzkie i malowidła naścienne, dzięki którym ustalono, że jaskinia była zamieszkiwana przez ludzi już ponad 40 tysięcy lat temu. Same jaskinie uformowały się około pięciu milionów lat temu.



Prehistoryczne i geologiczne fakty bledną jednak przy czysto wizualnym wymiarze tego miejsca. Spacer po nim jest jak podróż na inną planetę, jest wręcz surrealistyczny. Dobrze oświetlona jaskinia poraża swoją wielkością i bogactwem niesamowitych form geologicznych, z których najbardziej powala największy podobno na świecie stalagnat, wysoki na 32 metry. Nie spodziewałem się tego, ale to chyba właśnie tutaj andaluzyjska natura przemówiła do mnie najbardziej dosadnie.














Po wyjściu z jaskiń rzuciłem tylko okiem na Morze Śródziemne w oddali i skierowałem się z powrotem w głąb kontynentu. Natura miała na dwa dni odejść na dalszy plan. Zmierzałem do jednego z najpiękniejszych miast świata.

Komentarze