Strachocin. Legendarne ćwiczenia wyobraźni

Może to mało dyplomatyczne, by we wstępie do jednego z serii artykułów o osiedlach Wrocławia napisać coś takiego, ale prawda ponad wszystko: i prawda jest taka, że większość tych miejsc nie ma jakiejś fascynującej historii. Standardowy rys dziejów wrocławskiego osiedla, zwłaszcza odległego od centrum, prawie zawsze byłej wsi, ogranicza się do pierwszej wzmianki w średniowieczu, potem ewentualnie nielicznych zapisów co do liczby ludności czy zbudowania kościoła albo browaru, i za chwilę mamy już wiek XX i przyłączenie do miasta. Te osiedla tak naprawdę dopiero teraz zaczynają tworzyć swoją historię - gdy są już częścią większej i ważniejszej całości, gdy mieszka na nich więcej ludzi, gdy ludzie ci są bardziej świadomi i utożsamieni ze swoją mikro-ojczyzną i w końcu gdy informacje rozchodzą się szybciej i zapisują trwalej. Dobrym przykładem jest mało znany Strachocin, który swoją opowieść zaczął pisać bardzo aktywnie. A wydawałoby się, że nie byłoby o to łatwo na osiedlu w dużym stopniu pokrytym przez las. 

Choć tylko zdecydowana mniejszość mieszkańców Wrocławia - żeby nie powiedzieć, że mniejszość ekstremalna i zarazem ekscentryczna - uświadamia sobie przekraczanie granic osiedli, gdy porusza się po mieście, to jednak jest sytuacją bardzo wyjątkową, by jakiś park lub las miejski wychodził poza granice jednego osiedla. Jednym z tych wyjątków jest Las Strachociński, który nawet nazwę ma pokrewną z osiedlem Strachocin, a jednak w nieco większej części znajduje się na sąsiednim Wojnowie. Te dwie "nierówne połowy" lasu są natomiast od siebie oddzielone groblą, strumieniem Piskorna i jego rozlewiskiem, więc można by ten teren traktować jako dwa osobne zespoły zieleni. Paradoksalnie w dodatku to właśnie wspólny dla tych dwóch osiedli las je od siebie odróżnia, bo jeśli chodzi o część mieszkalną, są prawie takie same.

Ciężko się temu dziwić, bo Strachocin był do lat 20. XX wieku traktowany wspólnie z Wojnowem - wówczas wsią Drachenbrunn. Rozróżnienia dokonano w 1928 roku, gdy ten pierwszy został przyłączony do Wrocławia, a drugi pozostał osobną wsią jeszcze na ponad dwadzieścia lat. Włączenie obecnego terytorium Strachocina do miasta nastąpiło po tym, jak te grząskie, powodziowe, nadodrzańskie tereny dostosowano do zabudowy mieszkalnej. Nowe osiedle otrzymało nazwę Strachate od nazwiska Konrada Strachoty (rycerza księcia Bolesława Rogatki), do którego tereny te - wraz z lasem - należały na początku XIV wieku. W 1938 roku przemianowano je na Drachenwald, czyli "Smoczy las", w ramach zwalczania staropolskiego nazewnictwa. W czasach polskich Strachocin z Wojnowem ponownie złączyły się jako część większej jednostki administracyjnej Strachocin-Swojczyce-Wojnów. Przez ląd Strachocin graniczy tylko z tymi dwoma osiedlami, a przez Odrę jeszcze z Opatowicami i punktowo z Bartoszowicami.

Mówiąc o Strachocinie, nie można nie wspomnieć o legendzie o Smoku Strachocie i smoczej studni, która ostatnio jest coraz chętniej popularyzowana wśród mieszkańców Wrocławia, często z drobnym wprowadzeniem w błąd w pakiecie, jakoby była to faktyczna i autentyczna legenda ze starych czasów. Prawda jest nieco mniej barwna, bo legenda została w gruncie rzeczy stworzona w latach 90. przez lokalnego historyka, pasjonata i członka rady osiedla, Tadeusza Redera, dla którego był to sposób na promocję miejskiego i osiedlowego patriotyzmu; sam nazywał legendę "nie do końca zmyśloną". Jeśli research mnie nie myli, nie tyle legenda, co sama sugestia, że jakaś legenda o smoku mogła na tych terenach być przekazywana, oparta została li tylko na podstawie historycznych nazw terenów i ulic, często nawiązujących do Drachen, czyli smoka. Jakkolwiek puryści legendowi mogą patrzeć na tę sytuację z politowaniem, to nowa, świecka tradycja przyjęła się na tyle dobrze, że smok dorobił się murala, przedstawienia teatralnego dla dzieci czy zabytkowego tramwaju, nazwanego na swoją cześć. I w sumie świetnie.

Tak jak wspomniałem, części mieszkalne Wojnowa i Strachocina są prawie taka same - niemal zupełnie nieinteresujące, choć na miejsce zamieszkania chyba całkiem miłe. Spokojne uliczki urozmaicają proste domostwa z czasów niemieckich. Jest też kościół NMP Bolesnej z przełomu lat 80. i 90., który przez lata wyglądał jak szkoła podstawowa i był po prostu nijaki, a obecnie, dzięki dużej rozbudowie, powoli i konsekwentnie staje się jakiś, przy czym niekoniecznie ładny (choć wyróżniający się). Główny zabytek Strachocina to prawdopodobnie odnaleziony niedawno kamień graniczny, który do czasów polskich wyznaczał lokalnie granicę miasta.










Bardzo kompaktowy, ale naprawdę przyjemny jest Park Strachociński. Ciężko się dziwić, że jest to teren mocno funkcjonalny - z placem zabaw i czymś na kształt wiaty koncertowej - skoro tereny z bardziej swobodną przyrodą mieszkańcy mają w pobliżu.




Zaskoczyło mnie, jak odmienne wrażenie zrobił na mnie Las Strachociński w swojej strachocińskiej części w porównaniu z częścią wojnowską. Wydaje się dzikszy, nieco gęstszy, z mniej klarownie wytyczonymi i często z węższymi ścieżkami, które czasem skłaniają do zastanowienia, czy w ogóle jeszcze jesteśmy na jakiejś ścieżce. Krótko mówiąc, czułem się tam dużo bardziej jak w lesie, a mniej jak w mieście. Nie wykluczam, że dużo w tej kwestii zrobiła inna pora roku i inna pora dnia, bardziej sprzyjające tajemniczemu klimatowi. Ale pogoda nie odpowiada co najmniej za jeden fakt: ta część lasu jest dużo trudniej dostępna. Ma owalny kształt, który otacza od północy i wschodu - czyli od strony osiedla - strumień Piskorna, być może leniwy i krótki, ale za to miejscami o szerokości rozlewiska godnej niektórych fragmentów Odry. Sprawia to, że nie da się do lasu łatwo i szybko dostać, bo najbliższe mosty nad Piskorną są dopiero bliżej Odry. A co za tym idzie, nie da się z niego łatwo i szybko wydostać, choć obiecują to choćby mapy internetowe, rysujące ścieżkę łączącą osiedle z lasem bardzo bezpośrednio. Planowałem właśnie tą ścieżką las opuścić, zastałem jednak tylko wielkie rozlewisko i około zachodu słońca znalazłem się przez to, w gruncie rzeczy, w najbardziej niedostępnym punkcie lasu. Cywilizacja nie była jakoś skrajnie daleko, ale w takich sytuacjach, zwłaszcza w jesiennej aurze, można sobie pozwolić na pewne wyskoki wyobraźni, nawet o mrocznym zabarwieniu.




















Osiedle może jak osiedle, ale Las Strachociński to naprawdę zacny kawał zieleni, który, jak się okazało, ma różne oblicza - nieco bardziej cywilizowane na Wojnowie i nieco dziksze na Strachocinie. Gdy te części połączyć, wychodzi w sumie jeden z najbardziej satysfakcjonujących terenów zielonych w całym mieście. Nie wierzę w dodatku w to, że nazwa osiedla i świadomość ukutej o nim legendy choćby w małym stopniu nie przyczyniła się do ukierunkowania moich myśli na tory przyjemnego, klimatycznego, kontrolowanego niepokoju. A tym bardziej w to, że nie będzie w stanie tego uczynić w głowach najmłodszych mieszkańców osiedla. Każda legenda musi się ostatecznie kiedyś zacząć, choćby w latach 90. XX wieku. A od legendy może zacząć się czasem mocna lokalna tożsamość.

Komentarze