Albrecht Altdorfer: "Bitwa Aleksandra"

olej na drewnie / 1529 / Alte Pinakothek, Monachium

Około 160 na około 120 centymetrów - takie zaledwie wymiary ma największy obraz w historii malarstwa. Bo takich rozmiarów deska - niemała wprawdzie, ale też przecież nie gigantyczna - wystarczyła Albrechtowi Altdorferowi, by zmieścić na niej tyle, ile inni artyści nie zmieścili na całych sufitach i ścianach kościelnych albo płótnach wielkości dziesięciu kortów tenisowych. Niemiec doprowadził do ostateczności flamandzko-niderlandzki nurt olbrzymich pejzaży, będących pozornie tylko przyjemnymi, bogatymi w szczegóły wyobrażeniami miasteczek z krajobrazem, a w rzeczywistości próbami ujęcia wszechświata. Zrobił to w roku, w którym dopiero rodzi się Pieter Bruegel - drugi największy w tym temacie mistrz, a dziś znacznie bardziej znany.

Nie ma tu półśrodków - obraz z Monachium rzuca się na odbiorcę natychmiast i przytłacza swoim ogromem, gigantyzmem, niemożliwą do ogarnięcia rozległością świata przedstawionego i drobiazgowością. Kiedy zawężamy pole widzenia i przejeżdżamy przez dzieło kawałek po kawałku, przytłacza jeszcze bardziej, bo widać wtedy, jaką staranność twórca przywiązał do najdrobniejszego szczegółu, wypieszczając każdego żołnierza, każdą lancę, hełm, sztandar, wieżyczkę, drzewo, szczyt, chmurę, i ile tego wszystkiego jest. Można wycinać z tej deski kolejne i kolejne fragmenty, które same w sobie porażą szczegółowością, liczbą zawartych na nich detali: czy mówimy o tłumie żołnierzy, czy o miastach, czy o naturze. Tematem jest bitwa Aleksandra Wielkiego pod Ipsos, ale rozgrywa się tu mnóstwo osobnych meta-historii. Wydaje się to sceną nie do objęcia i gdy znów oddalimy się od szczegółu do całości, ciężko aż uwierzyć, że aż tyle się na tym prostokącie zawiera. To bardzo przyjemne przytłoczenie, a bitewne wycinki przynoszą czystą przyjemność wizualną dzięki swojej niezrównanej gęstości i intensywności, są jak eksplozje w oczach.

Ale Altdorfer nie skończył tutaj na epicko i gigantomańsko odmalowanej bitwie, lecz raczej potraktował ją jako pretekst do zajęcia bardziej doniosłego stanowiska. Pole bitwy zajmuje wprawdzie pół obrazu, ale tylko dzięki temu, że jest na pierwszym planie: a jest w oczywisty sposób mniejsze niż rozciągający się za nim pejzaż dramatycznych gór i jezior, przypuszczalnie przechodzących w morze. Pejzaż monumentalny, nawet nieco groźny, ciągnący się aż do zamglonej nieskończoności, z horyzontem zakrzywionym, by stworzyć poczucie, że zaczynamy dostrzegać całą kulę ziemską. Od pejzażu jest jednak również coś jeszcze większego, a mianowicie niebo, niejako będące czystą nieskończonością, potężne, spękane drapieżnymi, patetycznymi chmurami, strzeżone przez Słońce i Księżyc - odmalowane tutaj z taką energią emanacji, że wydają się zjawiskami boskiej proweniencji. (Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że i od nieba znajdzie się coś większego - nadrzeczywistość, z której pochodzi i w której podwieszona jest olbrzymia tablica z opisem bitwy - choć to już interpretacja nieco fantastyczna).

To szereg iście panteistyczny. Od liści krzewów i źdźbeł trawy na najbardziej pierwszym z planów, aż po nieskończoność nieboskłonu - wszystko jest jednością, a skoro wszystko, to również Słońce i Księżyc, które są tak charyzmatyczne, że spodziewamy się w nich lada sekunda dostrzec oblicze Boga. I tak oto "zwyczajny batalistyczny pejzaż" okazuje się skrywać pierwszej wody transcendencję, niedościgniony ładunek kosmologicznej treści.

Największy obraz w historii i być może też najlepszy niemiecki obraz w historii, najbardziej epicki w historii, najbardziej monumentalny w historii. Altdorfer, którego dzisiejsza znajomość opiera się pewnie w co najmniej 90% na tym jednym obrazie, ustrzelił tutaj kilka znaczących "naj" jednocześnie. Osobiście mogę woleć sztukę nieco bardziej subtelną i bardziej liryczną, ale w swojej kategorii to jest coś około doskonałości.



9.0/10

Komentarze