Podkarpackie: część I. Wiwisekcja świętości i luksusu

Jestem bliski pewności, że w każdym sporym kraju na świecie musi być jakiś region, który w oczach przeciętnego mieszkańca tego kraju będzie uchodził za najbardziej zapadły kąt, jedną wielką wieś zabitą dechami - swego rodzaju kraniec lokalnego świata, niekoniecznie geograficzny, w znaczeniu raczej pejoratywnym niż ekscytującym. Być może są od tej reguły wyjątki, ale na pewno nie należy do nich Polska. Z mojej mimowolnej, ale długoletniej obserwacji wynika dość klarownie, że od dawna w rywalizacji o taki tytuł liczą się tylko dwa województwa: podlaskie i podkarpackie.

Walka jest bardzo zacięta i nie ośmieliłbym się spekulować, kto w niej prowadzi. Jeżeli jednak na polu tak zwanej powszechnej świadomości mamy mniej więcej remis, to fakty statystyczne mogą przechylić szalę zwycięstwa na stronę Podkarpacia. To tutaj mamy bowiem najniższy stopień urbanizacji w całej Polsce. Z najnowszych danych wynika, że tylko 41% mieszkańców województwa mieszka w miastach, podczas gdy na Podlasiu jest to zaskakująco aż 61%. Stopa bezrobocia również przemawia w tej kwestii na "korzyść" podkarpackiego. Ten region jest też wyraźnie silniejszym od Podlasia - i tym samym najsilniejszym w kraju - bastionem konserwatywnego światopoglądu, co odzwierciedlają wyniki kolejnych i kolejnych wyborów parlamentarnych. A poza statystyką można jeszcze rzucić okiem na mapę i spostrzec, że żadne inne województwo niż podkarpackie nie może być kandydatem na wartość ekstremalną polskiej figury geometrycznej. Jeśli półwysep helski nazywa się początkiem Polski, to bieszczadzki jęzor, wcinający się w Słowację i Ukrainę, musi być Polski końcem.

A więc to tutaj diabeł mówi dobranoc, psy szczekają metodą alternatywną, a wieśniacy atakują auta widłami i chowają się w popłochu, gdy zobaczą samolot. Żarty żartami, ale rzeczywiście w pierwszym odruchu - to jest zanim przypomnimy sobie, że coraz popularniejsze Bieszczady leżą właśnie w tym województwie - wyjazd w rekreacyjną podróż akurat na Podkarpacie wyda się chyba większości Polaków (zwłaszcza z moich stron) pomysłem egzotycznym, średnio przemyślanym lub zabawnym. Ostatecznie zabawny pozostaje jedynie fakt, że to zaściankowo kojarzące się województwo zrobiło na mnie wrażenie na tyle pozytywne, bym zastanawiał się, czy nie jest ono najatrakcyjniejszym poza wielką trójką dolnośląskiego, małopolskiego i pomorskiego. Jeśli nie, to spadłoby już chyba tylko na miejsce piąte, co i tak pozostaje moim wielkim zaskoczeniem.

Po objechaniu województwa lubelskiego, skądinąd wyśmienicie przyjemnego, podkarpackie dało mi jednak pod pewnymi względami zaczerpnąć świeżego oddechu. Po pierwsze, jak po Lubelszczyźnie jeździ się dość monotonnie z racji płaskiego terenu i raczej agrarnego niż naturalnego krajobrazu, tak na Podkarpaciu, nawet w sporym oddaleniu od Bieszczadów, jest mnóstwo nierówności, więcej dzikości, więcej drzew, więcej zakrętów. To zdecydowanie jeden z najbardziej klimatycznych regionów w Polsce do jazdy autem i pewnie każdym innym naziemnym środkiem transportu. 

Po drugie, Podkarpacie ma znacznie silniejszą tożsamość regionalną. Historycznie sprawa przedstawia się tu nieco podobnie jak w lubelskim: zachodnia część województwa to odwiecznie polska Małopolska, a wschodnia - Ruś Czerwona, przyłączona do Polski w XIV wieku i jeszcze na długo potem odmienna kulturowo (przy czym moja podróż tej małopolskiej części prawie w ogóle nie objęła - atrakcyjność województwa warunkuje jego wschodnia połowa). Całe dzisiejsze województwo podkarpackie było od początku do końca objęte zaborem austriackim. Rusinów od dawna tu nie ma, ale region w dużej mierze zachował sobie ich klimat, który można przeżywać w niezliczonych cerkwiach i na również trudnych do policzenia wystawach ikon i pozostałej sztuki cerkiewnej. Ale dodatkowo współczesne Podkarpacie aktywnie tworzy swoją nową tożsamość. Knajpy kultywują lokalną kuchnię, fascynującą w swej prostocie i oszczędności, urzekając podniebienie proziakami, babałuszkami, pierogami i gołąbkami z farszem opartym na kaszy, twarogu i ziemniakach, w końcu lokalną jagnięciną. Sklepy lub nawet anonimowe stragany uginają się od lokalnych produktów spożywczych - alkoholi, serów, przetworów - które z dumą chwalą się przymiotnikami "podkarpackie" albo "bieszczadzkie". Można więc dość mocno poczuć, że jest się na Podkarpaciu, a nie tylko w Polsce. A to w tym kraju niestety trochę rzadkość.

Co ciekawe, gdybym miał wymienić trzy główne siły turystyczne regionu, żadną nie byłyby miasta, co w Polsce jest w bardzo pożądany sposób egzotyczną sprawą, bo na przykład wspomniana wielka trójka województw bez swoich miast byłaby czymś już znacznie mniej atrakcyjnym. Na Podkarpaciu - to chyba nie spoiler, lecz oczywistość - atrakcją numer jeden jest przyroda w postaci Bieszczadów. Z drugim miejscem mam już problem - ciężko mi wybrać pomiędzy wiejską drewnianą architekturą sakralną a pałacowymi zamkami, jednymi z najbardziej dowalonych w kraju. W każdym razie jest na co popatrzeć.

_____________________________________________________

Pierwsza połowa tygodnia, jaki spędziłem na Podkarpaciu - jako że potencjalnie najlepsze zostawiłem sobie na koniec - upłynęła przede wszystkim pod znakiem tych pozostałych dwóch atrakcji z podium. Zaczęło się zaraz po przekroczeniu granicy województw, zaczęło od razu na grubo i intensywnie.

Z szesnastu aktualnych punktów listy UNESCO, które dotyczą obiektów przynajmniej częściowo polskich, aż dwa poświęcone są drewnianej architekturze sakralnej: Drewniane kościoły południowej Małopolski (6 obiektów) oraz Drewniane cerkwie regionu karpackiego (16 obiektów). Podkarpacie reprezentuje oba te punkty, pierwszy dzieląc z województwem małopolskim, a drugi z województwem małopolskim i Ukrainą. Łącznie znajduje się tu sześć świątyń objętych UNESCO. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Na podkarpackim Szlaku Architektury Drewnianej, podzielonym na dziewięć tras składających się na łączną długość 1202 km, znajdziemy prawie dwieście drewnianych zabytków architektury, nie tylko sakralnej. Fakt, że UNESCO jest dobrą wskazówką dla kogoś, kto nie chce robić rozpoznania i tylko liznąć najciekawsze budowle, bo te wpisane na listę dziedzictwa są zwykle najlepsze. Ale i spoza listy można odnaleźć rewelacyjne perełki.

Kościoły, cerkwie czy cerkwie przerobione na kościoły - to wszystko cudowne miejsca, zwłaszcza gdy można wejść do środka. Prawie zawsze ukryte w malutkich wsiach, często na lekkich wzniesieniach, nieszturmowane przez hordy turystów (nawet przy tych z UNESCO trudno było o innego odwiedzającego). Zachwycają architektonicznie - są urokliwe, kameralne choć na swój sposób pełne rozmachu, zadziwiają metodami konstrukcji i faktem, że te metody pozwoliły wytrzymać drewnianej budowli kilkaset lat. Cerkwie dodatkowo urzekają mieszkańca zachodniej Polski egzotyką form. Wspaniale pachną drewnem nawet ze sporej odległości, a ich wnętrza są bliższe nadzmysłowej rzeczywistości niż wnętrza większości polskich katedr. O ile łatwiej w nich poszukać transcendencji czy nawet zwykłego zamyślonego skupienia, niż w bombastycznych marmurowych kościołach wielkich miast.

Na mojej drodze znalazło się kilkanaście takich obiektów, a rozpocząłem od Cerkwi Narodzenia NMP w Gorajcu, jakieś dziesięć kilometrów za granicą z lubelskim. Została zbudowana w 1586 roku, co czyni ją jedną z najstarszych budowli na liście. Co ciekawe, ustalono to dopiero w 1995 roku po odkryciu polichromii, wcześniej sądząc, że cerkiew jest dwa stulecia młodsza. Ma formę dość elegancką, preferując linie proste, a nie popularne w cerkwiach krzywizny.



Nieodległa Cerkiew św. Pareskewy w Nowym Bruśnie jest dużo młodsza, bo z 1713 roku, ale wizualnie może być najbardziej pociągająca ze wszystkich spoza UNESCO. Trzeba jednak mieć świadomość, że jej forma jest w dużej mierze efektem gruntownego remontu z ostatnich lat, który był tak naprawdę również przebudową (trochę to czuć po świeżym wyglądzie drewna). Przed remontem wyglądało to dużo mniej atrakcyjnie, ale pomysł z krużgankami pod czołową kopułą wyszedł znakomicie.



Gdybym miał natomiast z tych wszystkich drzewnych świątyń polecić komuś do zobaczenia tylko jedną, byłaby to najprawdopodobniej Cerkiew św. Pareskewy w Radrużu, położona pół kilometra od granicy polsko-ukraińskiej. Pochodzi z XVI wieku i jest wpisana na listę UNESCO; towarzyszy jej pokaźna dzwonnica, a otacza gruby kamienny mur, dzięki którym na terenie świątynnym mieszkańcy mogli niegdyś bronić się przed najazdami Tatarów. Architektonicznie wcale nie jest topowa - dużo bardziej pociągające zdają się bulwiaste kopuły innych cerkwi - ale podobno wybitnie cenna, bo jest rzadkim przypadkiem naśladowania rozwiązań z wielkich gotyckich kościołów murowanych. Można jednak zwiedzić oryginalne wnętrze, które jest po prostu magiczne. Największą uwagę przyciąga wspaniały ikonostas, ale najcenniejszym elementem są znajdujące się za nim, ledwo dostrzegalne polichromie z XVII wieku. Można się odrealnić.










Pierwszy rzut cerkiewny zakończył się już bardziej na południe, niedaleko przejścia granicznego Krakowiec. Cerkiew Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy w Chotyńcu również zameldowała się na liście UNESCO, a pochodzi prawdopodobnie z początków XVI wieku. Podobna do tej w Nowym Bruśnie, tylko że oryginalna. Zachwyca ciemnym drewnem, dorodnymi bulwiastymi kopułami, dość wysokimi, i podobnie jak Nowe Brusno krużgankami pod jedną z tych kopuł, na które można nawet wejść.





Tak jak mówiłem, miasta nie są pierwszą siłą Podkarpacia, ani nawet drugą czy trzecią. Ale że Podkarpacie jest po prostu bardzo silne, to i tak znalazło się tu miasto, którego mogłoby pozazdrościć nawet z sześć innych województw. Nie jest nim w żadnym wypadku stołeczny Rzeszów, lecz trzecie (a prawie drugie) największe miasto regionu, czyli Przemyśl.

Niespełna 60-tysięczny Przemyśl stał się chyba w ogóle moim największym zaskoczeniem całej podróży po lubelskim i podkarpackim. Nie miałem co do niego poważniejszych oczekiwań, a odkryłem miasto przepotężnie klimatyczne, obfite w godną uwagi architekturę, wyposażone w atrakcyjną starówkę, być może najlepszą restaurację wschodniej Polski, ciekawe muzea i pozostałości galicyjskiego szyku. Nie przeszkadzało mi nawet dość wyraźne zaniedbanie miasta (choć dziś na pewno mocno zwalczane) - niektóre uliczki Przemyśla są jak wyjęte z thrillera kryminalno-psychologicznego. Ale i to ma swój urok. A jeszcze więcej uroku nadaje miastu rozłożenie na kilku wzgórzach, co dostarcza scenicznej panoramy czy raczej wielu panoram. Ogromny udział mają w nich kościoły - Przemyśl jest maniacki na punkcie monumentalnych, barokowych świątyń, których wieże widoczne są z wielu punktów miasta.



I w końcu intensywna historia, nie tylko historia średniowiecznych sporów o te ziemie między Rusią a Polską, ale przede wszystkim historia austriackiej Twierdzy Przemyśl - jednej z największych fortec w Europie, złożonej z ponad 60 fortów - a także historia miasta podzielonego rzeką San pomiędzy stalinowską Rosję a nazistowskie Niemcy. Ten ostatni epizod zapewne musiał zakończyć się potężnym bombardowaniem, które odpowiada w największej mierze za dzisiejsze niedoskonałości Przemyśla.

W dniu przyjazdu Przemyśl powitał mnie niemal zimową temperaturą na koniec maja i szybko zbliżającym się zmrokiem, ale udało się jeszcze uchwycić przemyski rynek w resztkach światła dziennego. To rynek dość niezwykły, bo swojej jakości nie zawdzięcza kamienicom naokoło placu, a raczej placowi samemu - mocno pochyłemu, obsadzonemu klimatycznymi drzewami, ze wspomnianymi wieżami kościelnymi w tle. Jest tu też pomnik Dobrego Wojaka Szwejka, którego książkowe przygody przebiegały między innymi właśnie przez Przemyśl (wierzę jednak, że Szwejk piłby coś lepszego niż Tyskie, które tu dyskretnie reklamuje).



W secesyjnej, ale ornamentowanej z rokokową zajadłością, różowej kamienicy - najładniejszej na rynku - mieści się najlepsza restauracja, w jakiej miałem przyjemność zjeść w dwutygodniowej podróży. Muszę ją wymienić z imienia - Cuda Wianki, chapeau bas za perfekcyjnie autentyczne i szykowne zarazem odtwarzanie lokalnych potraw, za udane podejścia do kuchni współczesnej i za trudną w mniejszych miastach sztukę nienagannej obsługi.







Przemyśl po zmroku to Przemyśl zdecydowanie najlepszy. Prawie każde miasto zyskuje klimat po zgaśnięciu słońca, ale dla Przemyśla jest to korzystne wybitnie, bo maskuje niedoskonałości i maksymalizuje atmosferę emanowaną przez kościoły.

















Z samego rana rozpocząłem kościelno-muzealny maraton. Na pierwszy ogień poszedł najwyżej położony, ale też i chyba najmniej imponujący z przemyskich wielkich kościołów - przyklasztorny Kościół Karmelitów Bosych. Nie chcąc przeszkadzać w mszy, tylko zerknąłem na zgrabną późnorenesansową fasadę i udane kolorystycznie wnętrze z masywnymi gzymsami.


Nieco niżej wznosi się Sobór św. Jana Chrzciciela, czyli katedra grekokatolicka. Budynek pamięta wiek XVII i do XX był rzymskokatolickim kościołem jezuitów. Szczyci się intensywną, ciężką, dość drapieżnie barokową fasadą i nieco spokojniejszym, choć wciąż obficie dekorowanym gzymsami i kapitelami wnętrzem o prostym układzie. Standardowo najwięcej uwagi przykuwa lśniący złotem ikonostas.



By przeczekać niedzielne msze w pozostałych kościołach, skierowałem się bliżej brzegu Sanu do Muzeum Ziemi Przemyskiej, projektu dość ambitnego jak na stosunkowo niewielkie miasto. Zlokalizowane w nowoczesnym, choć nie do przesady udanym budynku, jest czymś więcej niż standardowym miejskim muzeum. Zdecydowanie największą atrakcją są wystawy poświęcone trzem wyznaniom dwóch religii: jedna prezentuje w przemieszaniu sztukę sakralną i inne wyposażenie kościelne katolicyzmu i prawosławia (adekwatnie do przemieszania wyznawców jednego i drugiego na tych ziemiach). Druga skupia się osobno na religii Żydów, którzy kiedyś stanowili jedną trzecią społeczności Przemyśla - i ta szczególnie mi podeszła.

















Fani militariów na pewno będą bardziej niż uszczęśliwieni wystawą poświęconą historii Przemyśla jako austriackiej twierdzy - mnie bardziej niż bronie i ordery pociągnęło już popiersie Franciszka Józefa, jednego z najbardziej czadersko wyglądających ludzi w historii świata. Część archeologiczna nie porwała, chociaż dla całkiem sporych kawałków mamuta warto zajrzeć do tej sali.









Jeśli jednak miałoby się czas tylko na jedno muzeum w Przemyślu, to należałoby wybrać inne, ze względu na samą jego oryginalność - Muzeum Dzwonów i Fajek, zlokalizowane na prawie dziesięciu piętrach dawnej dzwonnicy z XVIII wieku, mającej służyć katedrze grekokatolickiej, która nigdy ostatecznie nie powstała. Fajkarstwo i ludwisarstwo to rzemiosła od dawna obecne w Przemyślu i choć te dwa przedmioty nie mają ze sobą nic obiektywnie wspólnego, to tworzą dziwnie udaną parę. Ja upatruję ich wspólnotę w tym, że to rzeczy dla przeciętnego człowieka właściwie bezużyteczne, ale jednocześnie bardzo pociągające estetycznie. Zaprawdę wiele bym dał, by palenie fajki było zdrowe albo przynajmniej dla zdrowia neutralne. Poza eksponatami jest jeszcze świetny widok z dachu dzwonnicy.


















Powróciłem do klimatów sakralnych, odwiedzając Kościół Franciszkanów z drugiej połowy XVIII wieku, ustawiony tuż przed soborem grekokatolickim. Jego barokowo-neoklasycystyczna fasada z udającymi marmur półkolumnami i pilastrami to przesada delikatnie kursująca na tereny kiczu, ale wciąż robi spore wrażenie. Barwne, ozłocone, rokokowo zachowujące się wnętrze to idealne dopełnienie tego wrażenia. Paradny kościół.






A koniec końców i tak sakralny wyścig zbrojeń wygrywa przemyska Katedra WNMP i św. Jana Chrzciciela, tym razem rzymskokatolicka, sparowana z arcygrubą i arcywysoką dzwonnicą. Kościół jest dość fascynujący, bo stanowi jakby przekrój kilku epok i stylów architektury. Większość jest barokowa, na czele z fasadą i nawami. Część prezbiterialna - zarówno z zewnątrz, jak i w środku, nawet włącznie z nastawą - to jednak czysty gotyk, gotyk zresztą bardzo pociągający i wygrywający temu kościołowi przemyskie zawody. Lecz i to jeszcze nie koniec, bo do jednego boku prezbiterium przylega nawet fragment romański. W sumie żaden z przemyskich kościołów nie jest topowy w skali kraju, ale są mocne, a w takim zagęszczeniu bezprecedensowe.


















Przemyśl pożegnał mnie fragmentami czystego nieba i swoim XIV-wiecznym zamkiem Kazimierza Wielkiego, czy raczej jego pozostałościami. Za bilet warto zapłacić wyłącznie ze względu na widoki na miasto - w środku nie ma nic interesującego.




To miasto może "zmęczyć" nawet najzaciętszego miłośnika architektury sakralnej, więc z pewną radością przyjąłem perspektywę następnych dwóch dób, w trakcie których zmieniłem uniwersum zabytków na świeckie. Nie oddaliłem się jednak daleko od Przemyśla, bo baśniowy Zamek w Krasiczynie leży jedynie kilkanaście minut drogi na zachód, również w pobliżu brzegów Sanu. W skrócie mamy tu do czynienia ze ścisłą czołówką polskich zamko-pałaców, jeśli chodzi o zewnętrzną powłokę; naprawdę ścisłą, mimo że wciąż nie jest to obiekt bardzo rozpoznawalny.

Pałac, zamek czy też najbardziej precyzyjnie palazzo in fortezza powstał na przełomie XVI i XVII wieku dziełem włoskiego architekta Galeazzo Appianiego. Splendor tego miejsca to zasługa władania przez dwa wielkie polskie rody - do 1687 roku Krasickich, a od 1834 roku Sapiehów. Genialnie godzi olbrzymią, chciałoby się rzecz - preromantyczną fantazję detalu i dekoracji z renesansowym wysmakowaniem, elegancją form i umiarkowaniem w odpowiednich momentach. To czteroskrzydłowa budowla na planie kwadrata z obszernym dziedzińcem, której przepych wyznaczają zwłaszcza cztery narożne baszty: Boska, Królewska, Papieska i Szlachecka - różne, ale spójne. Papieska i Szlachecka zachwycają fantazyjnymi attykami, Królewska z mniejszymi wieżyczkami jest reminiscencją gotyku, Boska wygląda jak wielka renesansowa kaplica i nawet okazuje się nią być. Nie można nie wspomnieć o pokrywających prawie całą elewację sgraffitach, najbardziej charakterystycznej dekoracji zamku.












Rozczarowanie przynoszą tylko wnętrza, ogołocone niemal do cna przez wiekuiście zasraną armię radziecką. Jest jednak pocieszenie w postaci olśniewająco odrestaurowanej kaplicy w Baszcie Boskiej, której drobiazgowa sztukateria może przyprawić o palpitację serca.



Tak jak w kategorii zamków Krasiczyn jest wybitny, tak jest też w kategorii parków. Przypałacowy park zachwycił nawet mimo kiepskiej pogody, która poskutkowała błotem. Tutejsze starodrzewy są godne parku narodowego; dominują lipy i dęby, sadzone, gdy rodzina Sapiehów powiększała się odpowiednio o żeńskich i męskich członków, ale są też gatunki rzadko spotykane w Polsce. Swobodne, romantyczne rozplanowanie parku też jest świetne.






Po nocy spędzonej w zamkowym hotelu - niegodnym niestety entuzjastycznego polecenia - z samego rana ruszyłem w kierunku Rzeszowa, by dalej pławić się w pałacowym pięknie. Oczywiście nie do samego Rzeszowa, bo ciężko się tam pławić w pięknie, lecz do pobliskiego Zamku w Łańcucie, również kompilującego cechy zamku i pałacu, choć już dużo więcej ma tego drugiego. W pewnym sensie jest przeciwieństwem Krasiczyna - powłoka zewnętrzna to nic niebywałego, ale już wnętrza są prawdopodobnie najlepszymi w całej Polsce i jednymi z najlepszych w Europie.

Pałac sięga historią do bardziej ufortyfikowanej budowli z XV wieku, ale wyglądał wtedy zupełnie inaczej. Swój pełen przepychu kształt zaczął nabierać jakieś sto lat później wolą rodu Lubomirskich, a jeszcze później Potockich, którzy aż do drugiej wojny światowej mieli go w swoim posiadaniu. Przez ostatnie setki lat nabierał neoklasycystycznych, neorokokowych i neobarokowych form. Zupełnie inny niż choćby Krasiczyn - ciężko osadzony, bez szczególnej fantazji architektonicznej, bez cienia romantyzmu. Rządzi nim rygorystyczna elegancja, przejrzystość, masywność form. Najwięcej uroku mają charakterystyczne cebulowe hełmy, zdobiące grube wieże na planie kwadratu. Do pałacu przylega bardzo rozległy park, o dziwo w typie raczej angielskim, pozbawiony rygoru budowli, ale nie aż tak dobry jak w Krasiczynie.









Zabawa zaczyna się jednak po przekroczeniu bramy do środka. Naoglądałem się już całkiem sporo pełnych bogactwa i luksusu wnętrz, ale Łańcut i tak zostawia żuchwę nisko zawieszoną. Jego komnaty - zarówno ich wykończenie (w tym oryginalne posadzki), jak i umeblowanie - nie tylko emanują wyjątkowo daleko posuniętym przepychem, ale też wydały mi się w tym dość oryginalne, urządzane niesztampowo i obładowane przedmiotami wyjątkowego kunsztu, ze szczególnym uwielbieniem fundatorów do antyku. Natłok tego wszystkiego fascynująco przygniata percepcję. Za najważniejsze punkty spaceru po pałacu uznaje się przede wszystkim duże sale z niemożliwymi żyrandolami - rokokowy pokój narożny, salę balową z przylegającym prywatnym teatrem, wielką jadalnię. Faktycznie są niesamowite, ale moim faworytem pozostaną dwa wspaniałe korytarze utrzymane w półmroku z żyrandolami bardziej w moim stylu, emanującymi klimatycznym, pomarańczowym światłem. Jeden z drewnianym stropem, ozdobiony czerwoną tapetą i drugi położony niżej, z kamiennym żebrowym sklepieniem. Te korytarze odwołały się do moich najgłębszych dziecięcych fantazji zamkowo-pałacowych, utrafiły we mnie idealnie, na milisekundę pozwoliły mi przejrzeć się w odbiciu tego prymarnego uczucia magiczności świata, które dostępne jest człowiekowi tylko w dzieciństwie. Co istotne, wszystkie lub prawie wszystkie z tych pomieszczeń to nie współczesne aranżacje muzealników, ale oryginalny wystrój z XVII, XVIII i XIX wieku.


















































Miłym dodatkiem do pałacu są stajnie pałacowe i powozownia. Ciekawe, czy którakolwiek kolekcja zabytkowych powozów na świecie może się równać z tą łańcucką. Ze wszystkich wygrywa i tak karawan wyjęty żywcem z mrocznej baśni.










Być może po takich doznaniach nie jest złym pomysłem sprowadzić się trochę na ziemię, a jeśli nie jest, to udanie się do Rzeszowa w kolejnym kroku podróży było pomysłem bardzo dobrym. Stolica Podkarpacia i 17. najludniejsze miasto w Polsce jest pod względem liczby mieszkańców (196 tysięcy) najbardziej ze wszystkich miast zbliżone do Kielc i niestety estetyką też od Kielc za mocno nie odbiega.

Rzeszów jest nie tylko jednym z brzydszych miast wojewódzkich (choć absolutnie nie najbrzydszym, ma wręcz pewien zapas do ostatniego miejsca), ale też jednym z mniej znaczących historycznie. Nie jest to kazus Łodzi czy Katowic, które przed wiekiem XIX nie miały żadnego znaczenia, ale jeszcze w II Rzeczpospolitej (gdy tamte dwa były już potężne) Rzeszów był mniej więcej pięćdziesiątym miastem kraju. Gwałtowny wzrost znaczenia i liczby mieszkańców rozpoczęło dopiero mianowanie Rzeszowa po wojnie stolicą nowego województwa rzeszowskiego.

Przywitał mnie niekończącym się korkiem na brzydkiej i monstrualnej alei Piłsudskiego, przy której miałem zresztą niestety nocleg. Noclegu nie wybierałem ze względów na upodobanie do obwodnic śródmiejskich, ale przez bliskość rynku, który od tej strasznej drogi istotnie mieści się w oddaleniu 300-metrowym. I nie jest to nawet szczególnie atrakcyjny odcinek. Choć jest w pewnym sensie fenomenalny - udało mi się naliczyć na nim dokładnie czternaście różnych knajp/budek z kebabem. Rekord Guinnessa?

Po drodze do rynku uchwyciłem też z oddali Pomnik Czynu Rewolucyjnego, poniekąd symbol Rzeszowa. Właściwie ten relikt PRLu jest całkiem ok, aczkolwiek nie na tyle ok, żeby chciało mi się podejść pod niego bliżej.

Trzeba oddać Rzeszowowi, że akurat jego rynek to miejsce bez zająknienia bardzo przyjemne. Jest wybitnie kameralny jak na tak duże miasto, ale to normalne - w czasach powstawania rynków Rzeszów był miastem małym. Otaczają go miłe kamienice, ma nietypowy rzut zwężającego się lekko "prostokąta", obligatoryjną drewnianą studnię. Szczelnie otoczony knajpami, żywotny, przyjazny. Główną jego zaletą jest natomiast ratusz miejski, dość młody, bo z drugiej połowy XIX wieku. Może nie być budowlą tak cenną jak wiele starszych polskich ratuszy, ale jest bardzo głośnym triumfem architektonicznego historyzmu. Połączenie neorenesansowych i neogotyckich form wyszło przepysznie, idealnie zagrano kolorami i materiałami, idealnie dostosowano jego kameralność do kameralnego rynku. Dla niego samego warto zatrzymać się w Rzeszowie.





Miałem w planach odwiedzić tu dwa browary restauracyjne, ale tylko jeden odwiedziłem realnie, bo Browar Manufaktura - kuriozum - chwilowo nie serwował własnego piwa. Stary Browar Rzeszowski na samym rynku takiej gafy nie popełnił, choć do wyboru był tylko jeden, jedyny pils - za to naprawdę smaczny, krzepki i wyrazisty. Samo miejsce jest ogromne i bardzo przyjemnie urządzone.


Po zmroku rynek i ratusz są nietypowo oświetlone - niebieskimi światłami, odpowiadającymi barwom herbu Rzeszowa.




Nazajutrz wciąłem w Rzeszowie śniadanie i wpadłem jeszcze do Kościoła św. Stanisława i św. Wojciecha, chyba najstarszego w mieście, choć przez wieki przebudowywanego. Zrobiłem to nie dlatego, by zapowiadał się szczególnie interesująco, lecz by zaliczyć potencjalnie najlepsze kościoły wszystkich miast wojewódzkich. Rzeczywiście ciężko go jakoś mocno rekomendować w przewodnikach, chociaż jest przyjemny i dość interesujący w swojej niejednorodności stylistycznej. Całkowicie gotyckie prezbiterium połączone jest z nawą barokową, która jednak sama ma gotyckie wtrącenia. Głównym atutem wnętrza jest skomplikowane sklepienie w prezbiterium właśnie.






Przyznam, że ostatecznie na swój sposób poczułem do Rzeszowa sympatię i przyznam też, że porównanie do Kielc jest jednak nieco krzywdzące. Ale wciąż polecam to miasto maksymalnie na wstąpienie po drodze, nie na nocleg.

Przed rozpoczęciem bieszczadzkiej części podróży dopiąłem jeszcze tę pierwszą część klamrą w postaci trzech kolejnych drewnianych świątyń, położonych między Rzeszowem a Sanokiem. Nie cerkwi tym razem, a kościołów rzymskokatolickich od swojego zarania. Pierwszym na liście był Kościół Wszystkich Świętych w Bliznem, zbudowany przed 1470 rokiem. Drewniana architektura sakralna, ale zupełnie inna niż cerkiewna - tu mamy do czynienia z przejrzystością, prostotą brył. Kościół nie robi wrażenia kunsztownością form, lecz rozmiarem: wysokością ścian i niemożliwą stromością dachu. Normalnie nie byłyby one niczym specjalnym, ale w przypadku drewnianej konstrukcji robi to efekt niesamowity. Monumentalizm gotyku i wiejska kameralność połączone w jedno. Niczego sobie jest też wnętrze, dostępne niestety tylko zza krat, gęsto zapełnione polichromią, wyposażone w nastawę z XVII wieku. Warto zwrócić uwagę na również drewnianą plebanię. UNESCO.








Niewpisany na UNESCO Kościół Niepokalanego Poczęcia NMP w Jasienicy Rosielnej to sprawa dużo młodsza - 1770 rok - i działająca estetycznie bardziej jak urocze cerkwie. Mniejszy, niższy, z bardziej wymyślną bryłą, barokowymi hełmami i wnętrzem zdradzającym nieco drewno z innymi materiałami budowlanymi.




Druga najwspanialsza świątynia Podkarpacia po cerkwi w Radrużu (a może jednak pierwsza) i najwspanialsza katolicka to natomiast Kościół WNMP w Haczowie, dość malowniczo położonej miejscowości. Łatwo się domyślić, że jest jednym z wpisanych na UNESCO, bo to największy drewniany kościół na świecie i być może najstarszy w Polsce, zbudowany prawdopodobnie w połowie XV wieku. Przyćmiewa nawet Blizne. Jest jeszcze potężniejszy, ma zachowane soboty, jeszcze mocniej naśladuje gotyk - od jednego boku ma nawet jakby zarys nawy bocznej i transeptu. I można do woli zwiedzać wnętrze, w którym zachowała się oryginalna polichromia z XV wieku, a nadzmysłowość wręcz wisi w gęstym od zapachu drewna powietrzu.















To nie był koniec drewnianej architektury - miała niebawem powrócić na mojej trasie w jeszcze większej intensywności. Ale dobrze zrobić tu przerwę. Obfitość i jakość wrażeń z pierwszych paru dni na Podkarpaciu była doprawdy zaskakująca. Tym bardziej, że to miało być tych mniej atrakcyjnych parę dni.

Komentarze