David Bowie: "The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars"

1972

Ciężko chyba być miłośnikiem muzyki popularnej (a zwłaszcza "rocka popularnego") i chociaż trochę nie lubić tego albumu, jest tak przesmacznie autotematyczny i zrośnięty z popem, choć nie jest po prostu jeszcze jednym jego wytworem, lecz wychodzi z siebie i spogląda na siebie z dystansu. Bardziej niż jak pop rockowy album odbiera się to dzieło Bowiego jak musical lub operetkę na temat pop rockowego albumu. Musical, którego reżyser przedstawia historię zespołu z drugim dnem, prześwietlając lśniącą poświatę rockowego uniwersum i dostrzegając jego ujemne aspekty; serwując melancholijne kawałki o hedonistycznej muzyce. Jeśli dobrze mi się wydaje, to koncept albumu i jego teksty obracają się wokół takich właśnie klimatów, a jeśli tak, to trzeba przyznać, że przywdział temu konceptowi świetnie dopasowane muzyczne odzienie i mamy tu do czynienia z albumem koncepcyjnym z krwi i kości - bo tak to właśnie brzmi, teksty nie są niezbędne.

Wiadomo, że sama w sobie nie jest to szczególnie wyrafinowana muzyka. Roi się tu od popowych i rockandrollowych klisz, album jest wybitnie mocno zorientowany na melodie, patos jest niezaprzeczalnie pretensjonalny, instrumentalnie nie dzieje się prawie nic szczególnie interesującego. Kilka kawałków w środku albumu (co najmniej od piątego do ósmego), które traktuję jako w pewnym sensie diegetyczne dla opowiadanej historii, to w sumie takie banały, że słuchając ich bez kontekstu można by machnąć ręką i spławić. Ale w tym przypadku ciężko się o to wszystko mocniej rzucać, bo staje się to elementem przedstawienia, jest dobrze wkomponowane w całość, świadome i zgrabnie pomieszane. Oczywiście to jeszcze nie sprawia, że klisze przestają być kliszami i zaczynają być genialną muzą, ale to jednak jest różnica. No i parę piosenek tutaj - tych będących częścią refleksji, a nie diegezy - to naprawdę śliczności.

Bowie świetnie tu panuje nad teatralnym charakterem całości, naprawdę przezgrabnie buduje patos i dramaturgię w Five Years i Rock 'n' Roll Suicide, dostarcza parę monstrualnie porywających melodii i riffów (Soul Love, Moonage Daydream, Ziggy Stardust), całość jest może nie jakoś odkrywczo, ale bardzo sprawnie i inteligentnie zaaranżowana. Album jest też smaczną mieszanką gatunkową - głównym połączeniem jest ciężki, rytmiczny, riffowy rock i melodyjny, błyszczący, wspierany gęsto przez pianino pop, ale są też wtrącenia soulowe, rockandrollowe i inne. Co mnie zaskoczyło, w niektórych utworach stoi nawet za ich jakością naprawdę bystre projektowanie progresji harmonicznych, które - zwłaszcza w pierwszych trzech utworach na albumie - wprowadzają trochę nieoczywistości emocjonalnej. W ogóle emocje, jakkolwiek świadomie nieco przerysowane, są tu naprawdę ładne. No ciężko się doprawdy przyczepić, poza tym że jednak wolałbym więcej po prostu bardzo dobrej muzyki, a mniej średniej na potrzeby zaplanowanego przedstawienia. Bożyszczem tłumów stała się dobra, ale w sumie dość prosta pop rockowa piosenka Starman - moim faworytem pozostaje Moonage Daydream, gdzie poza porywającymi melodiami, riffami, chyba największą głębią emocjonalną i jedynym ciekawszym solo gitarowym na albumie mamy nawet namiastkę kosmicznej atmosfery.



7.5/10

Komentarze