György Ligeti: "Lontano"

1967 / wykonanie: Berliner Philharmoniker, Jonathan Nott

Sześć lat po "Atmosphères" Ligeti wykorzystał swoją radykalną technikę kompozycji do stworzenia jeszcze doskonalszego moim zdaniem dzieła. Wykorzystał technikę, ale nic nie powielił, bo te tak często stawiane obok siebie fragmenty muzyki mają ze sobą mniej wspólnego, niż się wydaje. I tu, i tu Ligeti użył swojego znaku firmowego jako podstawowego budulca - monumentalnych klasterów, zmieniających się bardzo powoli, zawieszonych gdzieś pomiędzy emocjonalnością a metafizyką ponadhumanistyczną. I tu, i tu mamy do czynienia z kosmicznym efektem, ale jak we wcześniejszym dziele jest on jakimś tam motywem, tak tutaj, przynajmniej dla mnie, sednem. "Lontano" jest jednym z najlepszych wyrazów Kosmosu w historii całej sztuki, już nie tylko muzyki - jednym z niewielu, w których twórca po pierwsze połączył lęk z ekstazą, po drugie oba perfekcyjnie przełożył na język artystycznej transcendencji i po trzecie zestawił ze sobą bez zgrzytu.

Poza tym natomiast jednorodne klastery został wyparte przez kilka oddzielnych nakładanych na siebie, często mocno kontrastujących brzmieniem, dynamiką, intensywnością. Samo to sprawiło, że utwór jest w jakimś sensie pogodniejszy (w jakimś sensie, bo potrzeba tu innego słowa, innej kategorii z osią pozytywno-negatywną, aczkolwiek nie wiem jakiej), że jest nieprawdopodobnie chromatyczny, mieni się i pulsuje jak magma, więc nie tylko emocjonalnie, ale i estetycznie mocno nawiązuje do Kosmosu. Dodatkowo Ligeti wprowadził delikatne elementy fabularyzacji, poświęcił kawałek abstrakcji i tajemniczości na rzecz bardziej bezpośredniego przemawiania emocjonalno-klimatycznego, skorzystał ze żwawszych i bardziej celowych zmian melodycznych. W porównaniu z prawie całą istniejącą muzyką to dalej jest coś wybitnie abstrakcyjnego, ale kilkuwarstwowe klastery są często kilkuwarstwowe w mocno zrozumiały sposób.

Z formalnego punktu widzenia to mniej radykalna i może nawet mniej interesująca muzyka niż "Atmosphères", natomiast jest to jeden z tych skrajnie nielicznych momentów w historii muzyki, w których treść pochłania mnie tak zaborczo, to znaczy tak ostatecznie zostaję przeniesiony do innej rzeczywistości i świadomości, że forma tak naprawdę przestaje mnie interesować, przynajmniej w trakcie odsłuchu. Nie z tej planety.


9.5/10

Komentarze