Fryderyk Chopin: Scherzo nr I

1832 / wykonanie: Ivo Pogorelich, 1998

Chopinowskie operacje na koncepcji scherza doprowadziły tu do powstania fascynującej miniatury, w której przemiłe dla ucha spektakularne fortepianowe fajerwerki, wpisane w większość dzieł Polaka, są tylko środkiem do gry intelektualno-emocjonalnej. Szybka i narowista część utworu balansuje na granicy zabawy i metafizykującego niepokoju, niezobowiązującej igraszki i czegoś wysoce wymownego, rodząc ciekawy dysonans poznawczy. Z jednej strony "nieskoordynowany", zniekształcony rytmicznie stukot po klawiaturze, melodyka i harmonia czasami zawadiackie i jakby żartobliwe, swawolne kontrasty dynamiczne - ale jednocześnie ciężkie, nawet przegięte akordy, częste zatrzymania muzyki w ciszy i elementy typowej mistyczno-nostalgicznej chromatyki Chopina; już na tym jednorodnym etapie utwór fascynująco kontrastuje z samym sobą. Żeby jeszcze to podkręcić, kompozytor w środku wstawił proto-impresjonistyczny, rozpływający się, kojący fragment muzyki oparty na kolędzie "Lulajże, Jezuniu", zmieniając ją naprawdę oszczędnie, a jednak paroma maźnięciami pędzla mocno pogłębiając jej emocjonalność. Najbardziej niesamowitym momentem dzieła jest chyba szew między końcem tej sielanki a powrotem do narowistego scherza, gdy przez bardzo krótko jedno przeplata się z drugim, niepokój zakrada się jakby do spokoju. Stwarza to wrażenie, jakby jedno z dwóch było snem, z którego albo się budzimy, albo w który zapadamy. 

Chopin w dziesięć minut pozornie lekkiej gry zadał odbiorcy parę pytań: między innymi to, czy ma do czynienia z bzdurą, czy ważną tajemnicą, a więc pytanie naprawdę trudne do zadania tak, by odpowiedź nie była oczywista. Czyż nie był geniuszem.


8.0/10

Komentarze