Zgorzelisko. Zaklęcia niewidzialnej rzeki

Zwiedzanie miasta osiedle po osiedlu - zupełnie tak samo jak zwiedzanie jakiegokolwiek kawałka świata - jest obarczone pewnym złudzeniem poznawczym, które nie każdy podróżnik tudzież turysta sobie uświadamia. O tym, czy dane miejsce zapisze się w naszym umyśle jako radosne, smutne, niepokojące, klimatyczne, nijakie, przygnębiające czy jeszcze inne - i to niekiedy zapisze na tyle głęboko, że pozostaniemy przeświadczeni, że to miejsce faktycznie takie obiektywnie jest - przesądza w dużym stopniu przypadek. Przypadek ten ma różne oblicza, ale jednym z najbardziej podstępnych są warunki pogodowe danego dnia. Wprawny koneser świata będzie w stanie co prawda zobiektywizować swoje odczucia poprzez skorygowanie ich o wpływ pogody, ale swoich emocji nie przeskoczy. Jeśli nie spisuje encyklopedii, właściwie nie ma zresztą potrzeby, żeby to robił. Nietypowa aura potrafi dodać od siebie coś do naszych wrażeń, a w przypadku miejsc, które same w sobie nie są przesadnie interesujące czy imponujące estetycznie - może to wiele znaczyć. Coś takiego spotkało mnie podczas zwiedzania wrocławskiego Zgorzeliska, które normalnie zapisałoby się w mojej pamięci raczej nijako, a jednak zapisało jako magiczna kraina śniegu.

Jeden z najmroźniejszych i najbardziej śnieżnych dni wrocławskiej zimy 2020/2021 spędziłem po części właśnie na Zgorzelisku - południowo-wschodnim kawałku jednostki administracyjnej Psie Pole-Zawidawie. Jak to często bywa z ościennymi osiedlami Wrocławia, nie odnalazłem tam wprawdzie nic fascynującego, ale przyroda - i warunki pogodowe - sprawiły, że ta krótka wycieczka była bardzo miło spędzonymi i dość wyjątkowymi godzinami. Śnieg jest w końcu w tych czasach luksusem i niemal niesamowitością.

Zgorzelisko jest Zgorzeliskiem dopiero od 1951 roku, kiedy zostało przyłączone do Wrocławia. Przedtem było wsią o kilku nazwach po kolei. Dość późno, bo dopiero w 1466 roku, wzmiankowana była ta wieś jako Garlitz, od 1736 - podobnie jak polsko-niemiecki Zgorzelec - Görlitz, a przez te pierwsze sześć lat jako polska wieś po wojnie - Garlice. Nie ma dramatycznej historii. Przez rzekę Widawę graniczy z Kowalami i Swojczycami, wzdłuż ciągu kilku ulic z Psim Polem, na krótkim odcinku przy cmentarzu komunalnym z Zakrzowem, a wschodnia granica osiedla to granica całego miasta.

To bez wątpienia jedno z najmniej interesujących osiedli we Wrocławiu. Sporą jego część, blisko połowę powierzchni, pokrywają pola. Obszar mieszkalny to kilka ulic odbijających od głównej, wylatującej z Wrocławia na Wilczyce ulicy Tarasa Szewczenki. Konsekwentnie obstawione domami jednorodzinnymi, z których w oko nie wpada ani jeden (choć poza dominującymi tu peerelowskimi klockami i raczej bezpłciowymi współczesnymi willami jest też trochę zabudowy przedwojennej), są wprawdzie całkiem sympatyczne i przyjemnie wyluzowane w porównaniu z sąsiednim gęstym blokowiskiem na Psim Polu. Ale też do bólu monotonne, mało klimatyczne, po prostu nudne. Kilka nowszych deweloperskich inwestycji w postaci niskich bloczków oczywiście nieszczególnie tę nudę kontrapunktuje.


Jedyną wyróżniającą się budowlą na osiedlu pozostaje sporych rozmiarów kościół św. Kazimierza Królewicza (rzadko spotykane wezwanie, odnoszące się do syna króla Kazimierza Jagiellończyka), zbudowany w 1986 roku - bardziej chyba zresztą dla mieszkańców wspomnianych bloków niż Zgorzeliska, tuż przy granicy z Psim Polem. Nie jest przepiękny, ale w przeciwieństwie do wielu kościołów z lat 80. i 90. nie jest też brzydki, może nawet nazwałbym go ładnym; to przyjemna bryła, przyjemne zestawienie bieli z cegłą i przyjemne połączenie tradycji z nowoczesnością.




To, co na Zgorzelisku naprawdę jest warte uwagi, nie dotyczy cywilizacji, a ucieczki od cywilizacji. Chodzi o tereny zielone na południe od obszaru mieszkalnego, a na północ od rzeki Widawy, na których znajdują się wały nad tą rzeką. Nad samą Widawę co prawda nie sposób tu dotrzeć - a przynajmniej mi się nie udało w śniegu - bo ścieżka będąca najbliżej wody biegnie do niej równolegle w oddaleniu ponad 50 metrów, zaś buforem są tereny bardzo podmokłe, wręcz bagniste.


Choć jednak samej rzeki nigdy nie widać, nie odbiera to tym terenom uroku i dzikości. Jest tu trochę rozległych przestrzeni, by wzrok mógł powędrować daleko i wypocząć; jest trochę klimatycznych leśnych ostępów między bagnami, na których udało mi się spotkać kilka saren. To właściwie lokalny park - dziki, niezinstytucjonalizowany, z trochę przerzedzonym jak na park drzewostanem, ale taką właśnie funkcję pełniący dla okolicznych mieszkańców. Zimowa aura dodała mu uroku ogromnego, choć na pewno i bez śniegu jest to bardzo miła okolica.












Warto dodać, że ładnie zaczyna robić się jeszcze przed dotarciem na wały, na ostatnich cywilizowanych drogach, gdzie spotkać można wyjątkowo dorodne drzewa, między innymi pomnik przyrody - Dąb Drzewiec - a także przepotężnego platana.




Tak oto śnieg i mróz sprawiły, że już na zawsze będę myślał o Zgorzelisku jako o osiedlu klimatycznej bieli. Dlaczego na zawsze, skoro mogę tu wracać setki razy i pewnie prawie zawsze rzeczywistość będzie wyglądała inaczej? Po pierwsze dlatego, że wracać będę co najwyżej od wybitnie rzadkiego święta - to osiedle zarówno jedno z najmniej ciekawych, jak i najdalszych od mojego miejsca zamieszkania. Ale po drugie i najważniejsze - ze względu na uświęcone prawo pierwszego wrażenia.

Komentarze