Ratyń. Zapomnieć Wrocław i mieć Wrocław

Gdyby osiedla Wrocławia opisywać jak narządy organizmu człowieka, osiedle administracyjne Leśnica ze swoją zielenią byłoby chyba układem oddechowym. Porównanie to jest tym trafniejsze, że w rolę płuc wcielają się idealnie dwie jego nieadministracyjne składowe. Większym z nich byłaby Mokra, a mniejszym, lecz niekoniecznie mniej wydajnym - Ratyń.

Kiedyś Ratyń był oczywiście wsią - pierwsze wzmianki o niej, wówczas zwanej Ratajem, pochodzą z 1324 roku. Już w XVI wieku mieścił się w niej między innymi dwór z wieżą i browar. W granicach Wrocławia jest już od 1928 roku - długo, a nawet szokująco długo jak na to, co sobą reprezentuje. Od północy graniczy z Leśnicą, od wschodu ze Złotnikami i Jerzmanowem, od południa z Jarnołtowem, a od zachodu z Żarem, przy czym spora część zachodniej i południowej granicy osiedla to granica Wrocławia.



Dzisiaj to osiedle niemal czysto sypialniane - niewiele tu biznesu, żadnej gastronomii, jest tylko zamknięta przed obcymi jednostka wojskowa i mały cmentarz. Reszta to domki mieszkalne, tworzące przestrzeń w dalszym ciągu sprawiającą zupełnie wiejskie wrażenie. Ich mieszkańcy do kościoła czy do knajpy muszą się wybrać do Leśnicy. Z powodzeniem można jednak wybrać się w Ratyniu na długi i bardzo przyjemny spacer, a to dzięki najsłynniejszemu atrybutowi osiedla.


Las Ratyński nie jest największym we Wrocławiu (nawet licząc tę jego część, która wystaje poza Wrocław), choć plasuje się w czołówce, ustępując tylko Mokrzańskiemu i Rędzińskiemu. Wyróżnia się jednak kilkoma atrybutami. Jest jedynym, który wchodzi w obszar jednego z dolnośląskich parków krajobrazowych - Doliny Bystrzycy. Jako jedyny posiada też, być może właśnie dzięki temu, atrakcję w postaci ścieżki przyrodniczo-edukacyjnej z kilkunastoma tabliczkami, które pozwalają poszerzyć wiedzę o przyrodzie na przykładzie oglądanych jej wytworów.




W końcu, i to już teza może sporna, ale moim zdaniem prawdziwa, jest też lasem najdzikszym, najbardziej oderwanym od cywilizacji i jako taki może być najbardziej niemiejskim punktem w całym moim mieście. Jedynie przed Lasem Mokrzańskim mógłby się nie obronić, ale wielość i przejrzystość wytyczonych tam ścieżek wydaje mi się rozstrzygać konkurs. Do Ratyńskiego nie trzeba wchodzić nawet bardzo głęboko, by zupełnie zapomnieć o Wrocławiu, to znaczy stracić najmniejszą choćby cząstkę miejskiej atmosfery, a mimo to wciąż go formalnie nie opuszczać.


Stosunkowo rzadkie i stosunkowo słabo utrzymane ścieżki; otoczenie wyłącznie przez pola, łąki i mieszkalne tereny post-wiejskie; brak jakiegokolwiek elementu architektonicznego (inaczej niż w Mokrzańskim) - to argumenty przedmiotowe. Jest jeszcze argument "podmiotowy" - w bardzo ciepłą, słoneczną czerwcową niedzielę przez dwie godziny spotkałem w Lesie Ratyńskim kilkanaście, może nawet jeszcze kilka osób. W Rędzińskim czy Strachocińskim ta liczba mogłaby przekroczyć setkę.


Oderwanie od cywilizacji ma swoje plusy i minusy, a wśród tych drugich fakt, że spora część lasu jest ledwo zgłębialna przez brak dróg i grząskie podłoże. Dobrym pomysłem jest podążanie wspomnianą ścieżką dydaktyczną. Składa się z czternastu tablic, z których pierwsza, wstępna i autotematyczna, stoi jeszcze na Jarnołtowie tuż przed granicą z Ratyniem (czyli przed Bystrzycą), a wszystkie pozostałe już w Ratyniu. Najpierw, na południowo-wschodnim odcinku, dowiemy się trochę o terenach nadrzecznych; później, we właściwej części lasu, o różnych rodzajach drzewostanu, łąkach w lesie i ich funkcjach, wałach leśnych i oczywiście o konkretnych, występujących naokoło gatunkach roślin i zwierząt. Pomiędzy jest jeszcze tabliczka o samym osiedlu.





Na stronie miasta możemy przeczytać, że "trasa ścieżki została poprowadzona widocznymi w terenie drogami gruntowymi, ścieżkami wśród łąk, leśnymi drogami, częściowo także drogami asfaltowymi" i że "cała ścieżka jest przejezdna dla rowerów". Być może było to prawdą wówczas, gdy ścieżka powstawała - obecnie jest aktualne dla jej większości, ale niektóre odcinki nie są ani widoczne, ani już na pewno przejezdne dla rowerów, o czym się przekonałem metodą eksperymentalną. 




Przede wszystkim nie ma większych szans, by ścieżkę ukończyć bez odpalonej na komórce lub wydrukowanej mapki, jako że tabliczki nie wskazują, gdzie podążać, a kilka razy trzeba podążać w kierunku niezbyt intuicyjnym. Rower daje tyle samo przyspieszenia na łatwych odcinkach, co kłopotu na trudnych, gdy trzeba go przenosić nad pniakami, prowadzić przez błoto (obecne nawet po kilku upalnych i suchych dniach z rzędu) i przeciskać przez bujną roślinność. W bardzo ciepły letni dzień (gdy z pomocą przyrodzie nieruchomej tudzież nieruchliwej przychodzi przyroda ruchoma i bzycząca) ścieżka miała więcej wspólnego z wyzwaniem niż rekreacją i przy niektórych tabliczkach ledwo miałem siłę, by się skupić na tekście (na szczęście wszystkie są dostępne w Internecie). Mimo wszystko była to bardzo smaczna dawka kontaktu z naturą.



Jeden punkt sprawia, że Ratyń nie ma jednak szans na zwycięstwo w konkursie na najmniej cywilizowane osiedle Wrocławia. Rozwój duchowy tubylczej ludności jest już na tyle zaawansowany, że osiągnęła ona etap pochówku zmarłych, czego egzemplifikacją jest Oddział Leśnica Cmentarza Komunalnego. Spodziewałem się zobaczyć tam bezpłciowe, generyczne pole z grobami otoczone płotem jak na pobliskim Jerzmanowie, tymczasem to bardzo zgrabna, choć niewielka nekropolia z kilkoma ładnymi kaplicami i kryptami, ubarwiona roślinnością.






Dla osób, dla których parki miejskie to wystarczająco bezpośrednie styczności z naturą, Ratyń nie będzie przedstawiał szczególnej wartości. Ja sam nie będę tam częstym gościem, bo wolę i lasy poza Wrocławiem, i parki miejskie, aczkolwiek znajduję w sobie pewną pokusę, by sprawdzić, jak wygląda ścieżka edukacyjna wiosną albo jesienią, kiedy przyroda nie przeciwstawia się odwiedzającym tak usilnie. Co najmniej na raz to natomiast bardzo miłe odurbanizowanie się i poszerzenie swojego wewnętrznego wizerunku Wrocławia.

Komentarze