Ratyń. Zapomnieć Wrocław i mieć Wrocław

Wśród mnogości różnych miejsc, rzeczy i zjawisk, jakie spotkać można na terenie dużego miasta, być może zjawiskiem najbardziej niepasującym do całości, wyjętym z innej bajki, intuicyjnie zdającym się wręcz jedną z antytez zurbanizowania, jest las. Samo słowo kojarzy się natychmiastowo z naturą, dzikością i odcięciem od ludzkości - a przynajmniej dużych skupisk ludzkości. Miasto z kolei, duże zwłaszcza, to właśnie przede wszystkim duże skupisko ludzkości i kluczowa wyspa cywilizacji na ziemskim globie - i wydawałoby się, że pozwalać sobie powinno w kwestii przyrody tylko na parki. Jednak w kraju porządnie zalesionym większym miastom, szczególnie z rozlanymi granicami, nie sposób uniknąć mniejszej lub większej liczby lasów na swoim terenie. Nie inaczej jest we Wrocławiu, gdzie znajdziemy ich nawet kilkanaście.

Las miejski to jednak specyficzny twór, który często ma się tak do lasu, jak piwo bezalkoholowe do piwa albo park narodowy do parku, to jest oznacza w sumie coś nieco innego mimo oczywistych punktów wspólnych. Wiele z tych miejsc nie spełnia wizji lasu jako dużej, dzikiej przestrzeni, gdzie ślad działalności człowieka, choć wprawdzie istnieje, to jest mocno zakamuflowany. Często są to raczej nieco dziksze parki miejskie albo przyroda raczej przypadkowa i niezadbana niż "dzika", co stanowi subtelną różnicę. Jednak zdarzają się wyjątki i niektórym lasom trudno już odmówić prawowitej leśności.

Gdyby osiedla Wrocławia opisywać jak narządy organizmu człowieka, jego układem oddechowym byłby daleki zachód miasta i jednostka administracyjna Leśnica ze swoją zielenią, wybitnie właśnie leśną. Porównanie to jest tym trafniejsze, że w rolę płuc wcielają się idealnie dwie jego nieadministracyjne składowe. Większym z nich byłoby osiedle Mokra, a mniejszym, lecz niekoniecznie mniej wydajnym - Ratyń. I właśnie las na Ratyniu, zajmujący blisko połowę powierzchni osiedla i wychodzący jeszcze poza nie - poza miasto - choć jest mniejszy, to w moich oczach jawi się jako ten najbliższy czystej naturze na terenie Wrocławia.

Kiedyś Ratyń był oczywiście wsią - pierwsze wzmianki o niej, wówczas zwanej Rathayn, pochodzą z 1324 roku. Już w XVI wieku mieścił się w niej między innymi dwór z wieżą i browar. W granicach Wrocławia jest już od 1928 roku - długo, a nawet szokująco długo jak na to, co sobą reprezentuje. To jedno z osiedli o najbardziej zawiłych kwestiach nazewnictwa: nie tylko w czasach niemieckich nazywał się przeróżnie - Ratheyn, Rathay, Rathen - ale i w czasach polskich doszło do komplikacji. Do 1948 roku osiedle nazywało się "Rataje", a później przechrzczono je na "Ratyn" - i właściwie do dzisiaj niełatwo znaleźć informację, czy kolejna zmiana na "Ratyń" była w jakikolwiek sposób oficjalna, czy nastąpiła oddolnie, jako że słowo "Ratyn" brzmi w polskim języku nienaturalnie i trudno się je wymawia. Współcześnie Ratyń od północy graniczy z Leśnicą, od wschodu ze Złotnikami i Jerzmanowem, od południa z Jarnołtowem, a od zachodu z Żarem, przy czym spora część zachodniej i południowej granicy osiedla to też granica Wrocławia. Warto dodać, że tak jak Ratyń jest dziś częścią większej jednostki administracyjnej o nazwie Leśnica, tak i sam Ratyń coś wchłonął. Są to Pustki w północnej części osiedla, tuż przy właściwej Leśnicy, które dawniej były folwarkiem Ratynia, ale odrobinę się usamodzielniły i ostatecznie zostały osobną wsią, w dodatku bardziej zaludnioną niż Ratyń właściwy bardziej na południe. Zgadzam się jednak z mapami Systemu Informacji Przestrzennej, że przyznawanie im osobnego bytu byłoby już nadmiernym rozdrabnianiem Wrocławia i traktuję jako część Ratynia.



Dzisiaj to osiedle niemal czysto sypialniane - niewiele tu biznesu, żadnej gastronomii, jest tylko zamknięta przed obcymi jednostka wojskowa i mały cmentarz. Reszta to domki mieszkalne, tworzące przestrzeń w dalszym ciągu sprawiającą zupełnie wiejskie wrażenie. Ich mieszkańcy do kościoła czy do knajpy muszą się wybrać już do Leśnicy. Z powodzeniem można jednak wybrać się tutaj na długi i bardzo przyjemny spacer, a to dzięki najsłynniejszemu atrybutowi osiedla.

Las Ratyński nie jest największym we Wrocławiu (nawet licząc tę jego część, która wystaje poza Wrocław), choć plasuje się w czołówce, ustępując tylko Mokrzańskiemu i Rędzińskiemu. Wyróżnia się jednak kilkoma unikalnymi cechami. Jest jedynym, który wchodzi w obszar jednego z dolnośląskich parków krajobrazowych: Parku Krajobrazowego Doliny Bystrzycy. Jako jedyny posiada też, być może właśnie dzięki temu, atrakcję w postaci ścieżki przyrodniczo-edukacyjnej z kilkunastoma tabliczkami, które pozwalają poszerzyć wiedzę o przyrodzie na przykładzie oglądanych jej tworów.





W końcu, i to już teza może sporna, ale moim zdaniem prawdziwa, jest też lasem najdzikszym, najbardziej oderwanym od cywilizacji i jako taki może być najbardziej niemiejskim punktem w całym moim mieście. Jedynie przed Lasem Mokrzańskim mógłby się nie obronić, ale wielość i przejrzystość wytyczonych tam ścieżek wydaje mi się rozstrzygać konkurs. Do Ratyńskiego nie trzeba wchodzić nawet bardzo głęboko, by zupełnie zapomnieć o Wrocławiu, to znaczy stracić najmniejszą choćby cząstkę miejskiej atmosfery, a mimo to wciąż go formalnie nie opuszczać. Stosunkowo rzadkie i słabo utrzymane ścieżki; otoczenie wyłącznie przez pola, łąki i mieszkalne tereny post-wiejskie; brak jakiegokolwiek elementu architektonicznego - to argumenty obiektywne. Mam jeszcze argument subiektywny - w bardzo ciepłą, słoneczną, czerwcową niedzielę przez dwie godziny spotkałem w Lesie Ratyńskim kilkanaście, może nawet jeszcze kilka osób. W Rędzińskim czy Strachocińskim ta liczba mogłaby w tym czasie przekroczyć setkę.



Oderwanie od cywilizacji ma swoje plusy i minusy, a wśród tych drugich fakt, że spora część lasu jest ledwo możliwa do zgłębienia przez brak dróg i grząskie podłoże. Dobrym pomysłem jest podążanie wspomnianą ścieżką dydaktyczną. Składa się z czternastu tablic, z których pierwsza, wstępna i autotematyczna, stoi jeszcze na Jarnołtowie tuż przed granicą z Ratyniem (czyli przed Bystrzycą), a wszystkie pozostałe już na Ratyniu. Najpierw, na południowo-wschodnim odcinku, dowiemy się trochę o terenach nadrzecznych; później, we właściwej części lasu, o różnych rodzajach drzewostanu, łąkach w lesie i ich funkcjach, wałach leśnych i oczywiście o konkretnych, występujących naokoło gatunkach roślin i zwierząt. Pomiędzy jest jeszcze tabliczka o samym osiedlu. Na stronie miasta możemy przeczytać, że "trasa ścieżki została poprowadzona widocznymi w terenie drogami gruntowymi, ścieżkami wśród łąk, leśnymi drogami, częściowo także drogami asfaltowymi" i że "cała ścieżka jest przejezdna dla rowerów". Być może było to prawdą wówczas, gdy ścieżka powstawała - obecnie jest aktualne dla jej większości, ale niektóre odcinki nie są ani widoczne, ani już na pewno przejezdne dla rowerów, o czym się przekonałem metodą empiryczną. 








Przede wszystkim nie ma większych szans, by ścieżkę ukończyć bez odpalonej na telefonie lub wydrukowanej mapki, jako że tabliczki nie wskazują, gdzie podążać, a kilka razy trzeba podążać w kierunku niezbyt intuicyjnym. Rower daje tyle samo przyspieszenia na łatwych odcinkach, co kłopotu na trudnych, gdy trzeba go przenosić nad pniakami, prowadzić przez błoto (obecne nawet po kilku upalnych i suchych dniach z rzędu) i przeciskać przez bujną roślinność. W bardzo ciepły letni dzień (gdy z pomocą przyrodzie nieruchomej tudzież nieruchliwej przychodzi przyroda ruchoma i bzycząca) ścieżka miała więcej wspólnego z wyzwaniem niż rekreacją i przy niektórych tabliczkach ledwo miałem siłę, by się skupić na tekście (na szczęście wszystkie są dostępne w Internecie). Mimo wszystko była to bardzo smaczna dawka kontaktu z naturą.



Jeden punkt sprawia, że Ratyń nie ma jednak szans na zwycięstwo w konkursie na najmniej cywilizowane osiedle Wrocławia. Rozwój duchowy tubylczej ludności jest już na tyle zaawansowany, że osiągnęła ona etap pochówku zmarłych, czego egzemplifikacją jest Cmentarz Komunalny Leśnica (wbrew nazwie nie znajduje się na terenie właściwej Leśnicy, ale bardzo blisko, na dawnych Pustkach). Spodziewałem się zobaczyć tam bezpłciowe, generyczne pole z grobami otoczone płotem jak na pobliskim Jerzmanowie, tymczasem to bardzo zgrabna, choć niewielka nekropolia z kilkoma ładnymi kaplicami i kryptami, ubarwiona roślinnością. Moje oczekiwania były zresztą bezpodstawne: cmentarz ten pochodzi z 1883 roku, jest więc ponad sto lat starszy od Jerzmanowskiego.






Dla osób, dla których parki miejskie to wystarczająco bezpośrednie styczności z naturą, Ratyń nie będzie przedstawiał szczególnej wartości. Ja sam nie będę tam częstym gościem, bo wolę i lasy poza Wrocławiem, i parki miejskie, i - mimo mniejszej dzikości - niektóre z innych lasów miejskich tego miasta, aczkolwiek znajduję w sobie pewną pokusę, by sprawdzić, jak wygląda ścieżka edukacyjna wiosną albo jesienią, kiedy przyroda nie przeciwstawia się odwiedzającym tak usilnie. Jest to natomiast dobra okazja do co najmniej jednorazowego, bardzo miłego odurbanizowania się i poszerzenia swojego wewnętrznego obrazu Wrocławia; poszerzenia go chyba możliwie najbardziej skrajnie.

Komentarze