Immanuel Kant: "Krytyka władzy sądzenia"

1790

Z trzech wielkich "krytyk" i trzech głównych literackich filarów filozofii Kanta ta jest zdecydowanie najwęziej znana, a i jej idee do jako-tako powszechnej świadomości przeniknęły najsłabiej. Wiedząc, że dotyczy estetyki, sądziłem, że będzie pewnym odpoczynkiem i raczej dobudówką do pierwszych dwóch, że wielki myśliciel pływa tu po płytszych wodach. Nic bardziej mylnego - po pierwsze, o ile najtrudniej zdecydowanie zrozumieć "Krytykę czystego rozumu" ze względu na głęboko abstrakcyjny, trudno wyobrażalny zakres zagadnień, o tyle w zawiłości, złożoności zdań i natłoku specjalistycznego słownictwa Kant przechodzi tu samego siebie. Po drugie zaś, mimo że pewna część pracy faktycznie oscyluje dookoła pojęć i mechanizmów odczuwania piękna i wzniosłości, lżejszych bądź co bądź tematów niż najgłębsze meandra epistemologii (KCR) i moralności (KPR), ostatecznie "Krytyka władzy sądzenia" jest spektakularną koroną kantowskiej myśli, zwieńczeniem systemu i jednocześnie łącznikiem pomiędzy czystym a praktycznym rozumem, jaki filozof upatrzył sobie we "władzy sądzenia", prowadzącej nas od piękna poprzez celowość aż do Boga i moralności. W ogóle czytając wręcz emocjonalne jak na Kanta zakończenie, można odnieść wrażenie, że cały swój ogromny system stworzył po to, by uratować Boga, zbijając wszystkie dotychczasowe dowody na jego istnienie i wprowadzając własny "praktyczny" (pół)-dowód. Kiedyś u Nietzschego natknąłem się na zdanko, tytułujące Kanta "zakamuflowanym chrześcijaninem" czy jakoś tak i chociaż to jak często u Nietzschego trochę śmiałe stwierdzenie, to rozumiem już, skąd się wzięło.

Z trzech krytyk ta najmniej chyba przekonała mnie "filozoficznie", to znaczy Kant tutaj moim zdaniem trochę za bardzo popłynął, a jego poglądy na piękno odczuwałem czasami jako ekscentryczne. Najlepiej mi się ją natomiast czytało, bo o ile autor pisze zawile i trochę chaotycznie, o tyle dotyka takich tematów i robi to w taki sposób, że bardzo podnosi umysł i inspiruje do dobra, mądrości i człowieczeństwa. Kończę poznanie trzonu królewieckiego myśliciela również poznaniem jego samego - po tylu godzinach spędzonych z Kantem zaczynam go odczuwać jako pełnokrwistego człowieka, coraz więcej dostrzegam w jego pismach subtelności, które wskazują na to, że pozornie oschły i pedantyczny mędrzec był prawdopodobnie bardzo serdeczną, dobroduszną osobą pełną wiary w dobro i człowieka. To nie jest w stu procentach moja filozofia i mój filozof, ale głęboko podziwiam.


7.5/10

Komentarze