Opolskie. Apoteoza skrzypiącego drewna

Najmniejsze w kraju, z najmniej zaludnioną siedzibą wojewódzką, wciśnięte pomiędzy Dolny a Górny Śląsk województwo opolskie może się wydawać wręcz zbędną plombą, wydzieloną w tym najmniej intensywnym przemysłowo i kulturowo fragmencie Silesii. Miejsc, które znałby choć ze słyszenia każdy lub prawie każdy Polak, nie wspominając o chociaż kilku procentach europejczyków, w Opolskiem po prostu nie ma (chyba tylko Lubuskie może się podobnie niszowym charakterem poszczycić). Zdecydowana większość Polaków kojarzy zapewne Opole, ale tylko w sensie funkcyjnym - jako jedną ze stolic wojewódzkich i jako coroczną arenę ponad półwiecznego Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej, nie będąc raczej w stanie wskazać jakiegokolwiek obiektu w tym mieście czy przywołać w głowie jakiegoś obrazka.

Po zapoznaniu się z kluczowymi atrakcjami tego województwa ciężko mi nie wierzyć, że faktycznie poza lubuskim i ewentualnie podlaskim jest w Polsce jakieś, które oferuje mniej doznań. Nie ma tu ani jednego naprawdę fascynującego miasta, nic specjalnego w temacie przyrody, a największa wolno stojąca atrakcja, estetycznie faktycznie wyjątkowa i spektakularna, daje pewne powody do przyczepienia się i zawiera nieprzesadny, ale wyraźnie wyczuwalny pierwiastek turystycznej sztuczności. Ciężko mi też jednak było uwierzyć, jeszcze przed wyjazdem a nawet przed rozpoczęciem planowania, że rozsądnej wielkości terytorium, położone właściwie w samym środku tak fascynującego regionu historycznego jak Śląsk, może być zupełnie niewarte uwagi. Nie myliłem się - objazdówka po tych miejscach, które w Opolskiem uznałem za interesujące, zajęła mi wprawdzie zaledwie dobę, ale była to jedna z bardziej intensywnych dób w moim życiu i skończyłem ją w sporym natchnieniu tym wszystkim, czego doświadczyłem.

PACZKÓW

Jednym z problemów, które najmocniej odciągają od czegoś takiego jak "wycieczka do Opolskiego", jest brak w województwie faktycznie tłustych, bardzo atrakcyjnych miast, w których chciałoby się spędzić chociaż jedną czy dwie noce. Najbliższym takiego miejsca, właściwie naprawdę bliskim, okazuje się to miasto, które ze wszystkich przeze mnie odwiedzonych jest najmniej rozpoznawalne i najmniejsze. To Paczków: najbardziej wysunięte na zachód miasto województwa, leżące tuż przy granicy z Dolnośląskiem. Dźwiga na karku ponad 760 lat historii i jest domem dla około siedmiu i pół tysiąca mieszkańców.


Największą atrakcją miasta są kilkumetrowe średniowieczne mury, które jakimś sposobem przetrwały kilkaset lat umiarkowanie stabilnych dziejów Paczkowa (najazdy husyckie, epidemie cholery, powodzie, wojna trzydziestoletnia). Dzięki nim miasto dorobiło się przydomku "polskiego Carcasonne". Mury nie są kompletne w stu procentach, ale znaczna większość z ponad kilometrowego owalu otaczającego stare miasto się zachowała. Najstarsze fragmenty pochodzą z połowy XIV wieku, część z przebudów i odbudów z kolejnych dwóch stuleci, a odleglejsze od średniowiecza są tylko niektóre poprawki i renowacje. Razem z nimi stare miasto otaczają planty, w ciepły letni poranek będące czystą przyjemnością. Zachowało się dziewiętnaście baszt, fragment muru zawiera zadaszoną drewnianą nadbudowę (oczywiście już współcześnie dodaną), a najbardziej przyciągającymi wzrok punktami są cztery wieże bramne, zlokalizowane w skrajnych punktach owalu.






Wieża Ząbkowicka z pierwszej połowy XIV wieku ma 27 metrów, jest zbudowana na planie okręgu, obecnie pokryta szarym tynkiem i zwieńczona niską attyką.



Podobna jest Wieża Kłodzka z tego samego okresu, jednak jej podstawa zbudowana jest na planie kwadratu o ściętych rogach i dopiero wyżej przechodzi w okrąg, jest też poza attyką ozdobiona spiczastym hełmem i posiada przejście (utworzone w 1901 roku). Jest też nieco niższa (22 metry).


Wieża Nyska jest najmłodszą z czterech, pochodzi z 1573 roku i stoi na planie półkola wystającego z murów; zamiast tynku zdobi ją bardziej klimatyczny kamień i ceglany krenelaż oraz hełm.


Najbardziej interesująca jest Wieża Wrocławska, kolejna z połowy z XIV wieku - na planie kwadratu, najwyższa (30 metrów), z wydrążonym przejściem, kamienna, z wyraźniejszym podziałem kondygnacji, z których najwyższa zawiera ceglane blendy i zwieńczona jest ceglanym hełmem. Na tę wieżę można za drobną opłatą wejść i zobaczyć zaskakująco imponującą panoramę Paczkowa z widokiem na Sudety. Dodatkową atrakcją jest fakt, że klucz do wieży wypożyczamy z pobliskiego kiosku i sami rozbrajamy kłódkę, by przemierzyć kilkadziesiąt skrzypiących drewnianych schodów.




Średniowieczny owal dobrze zachowanych murów, zjawisko w Polsce wcale nie takie częste, to już dobry powód do odwiedzin Paczkowa (był moim głównym, jeśli nie jedynym), ale okazało się, że na tym się to miasto nie kończy. Starówka otoczona przez mury to ciąg urokliwych, nawet jeśli trochę zaniedbanych uliczek z kamienicami, to wyjątkowo przyjemny i restaurowany obecnie rynek z zabytkowym, zadbanym ratuszem o charakterystycznej, bogato zdobionej, ośmiobocznej wieży z tarasem widokowym. Z różnych punktów rynku prześwitują wspomniane wieże, a także stojący na podwyższeniu kościół św. Jana Ewangelisty, co bardzo ubogaca estetykę placu. 









Poza murami miasta, zaraz za Bramą Kłodzką, stoi miły dla oka, zadbany, biały dom z szachulcem - niegdyś dom kata, dziś punkt informacji turystycznej.


Po drugiej stronie starówki, kilkadziesiąt metrów za Bramą Ząbkowicką, odnaleźć z kolei można niemal bezprecedensowe w skali całego kraju Muzeum Gazownictwa (drugie i już ostatnie w Polsce znajduje się w Warszawie). To zaskakująco rewelacyjne miejsce - imponuje nie tylko bogactwo eksponatów, ale też dopracowana estetycznie ich prezentacja w budynkach starej gazowni i kompetencja oraz zaangażowanie przewodników. Nawet jeśli kogoś nie interesuje produkcja gazu koksowniczego i rozwój technologii użytkowej (mnie mocno średnio vulgo niezbyt, ale na tę niespełna godzinę trochę w temat wsiąknąłem), to nie sposób nie docenić klimatycznej estetyki wykonania starych urządzeń na gaz.









































"Zachwycający", "przepiękny" i "fascynujący" to słowa jak na Paczków trochę za dużego kalibru, a porównywanie do Carcassonne może brzmieć jak szyderstwo, ale mogę go z czystym sumieniem nazwać czarującym, bardzo ładnym i interesującym. Jest parę stopni urokliwości (i zadbania) za nisko, by określać go jako miejsce nie do przegapienia, ale warto rzucić okiem. Sam chciałbym tam jeszcze wrócić, by zobaczyć go po zmroku, kiedy fortyfikacje są podświetlone.

NYSA

Trzecie największe miasto województwa (ponad 44 tysiące mieszkańców) obiecywało najwięcej. Nysa przez kilkaset lat - właściwie od początku swojego istnienia, czyli prawdopodobnie od XII wieku, aż po sekularyzację w 1810 roku - była siedzibą biskupów wrocławskich, przez co cieszyła się statusem miasta ważnego i bogatego. Liczba nieszczęść, jakie spadały na to miasto, jest nie do pozazdroszczenia - najazd Mongołów, wojny lokalne, najazd husytów, wojna trzydziestoletnia, wojny śląskie, wojny napoleońskie i druga wojna światowa z bombardowaniem przez armię radziecką w roli głównej - Nysa była świadkiem i ofiarą całego przekroju historycznych dramatów. Po tym ostatnim na zawsze przestała być jedną z największych pereł Śląska; tylko nieliczne obiekty postanowiono i zdołano odbudować. W czasach polski ludowej była istotnym ośrodkiem przemysłowym, znanym zwłaszcza z fabryki samochodów dostawczych ZSD Nysa, zamkniętych w 1994 roku.



Dziś jest jednym z wielu polskich miast, które nieliczne pozostałości dawnego splendoru musi godzić z chaotyczną i niepiękną spuścizną PRLu. Chaos to pierwsze wrażenie, jakie zapamiętam z Nysy, a najsilniej odczuwa się go na samym rynku, gdzie piękna gotycka bazylika spogląda na wieżę ratusza w koszmarkowato modernistycznym stylu, bezpłciowe socjalistyczne bloki konkurują z pozostałościami po zabytkowych kamienicach, najsłynniejsza kamienica miasta stoi ramię w ramię z powstającym szklano-drewniano-betonowym klockiem, a samochody wjeżdżają i parkują niemalże wszędzie. Jest to miejsce na swój sposób przyjemne, żywotne, ale mało odprężające.



Nysa to raczej nie jest miejsce, którego ulice i chodniki nas wciągną i zahipnotyzują, jest na nich zbyt dużo nieporządku i brzydoty, ale faktycznie jest najbogatszym opolskim miastem, jeśli chodzi o konkretne obiekty historyczne. Najmłodszy to Bastion nr IX św. Jadwigi, jedyna pozostałość po habsburskich fortyfikacjach z końca XVII wieku, kiedy Nysa zaczęła się stawać twierdzą obronną. Dziś to odnowiony, zadbany, niski budynek, będący ramą dla przyjemnego placu oraz siedzibą kilku kawiarni i biura informacji turystycznej, połączonego z malutką wystawą na temat tego miejsca, gdzie zgromadzono nieliczne pamiątki wojenne. Przyjemnie symetryczny, pokryty ciepłym żółtym tynkiem przedzielonym białymi pilastrami. Do bastionu prowadzi nie mniej estetyczna brama z dwiema małymi wieżyczkami o blaszanych hełmach.








Z umocnień obronnych z połowy XIV wieku zachowały się tylko dwie wieże bramne. Wieża Ziębicka jest ceglaną, gotycką budowlą na planie kwadratu ze zwężoną ostatnią kondygnacją. Zwraca w niej uwagę niewielka rzeźba lwa nad przejściem, wmurowana tam w 1922 roku, pochodząca prawdopodobnie z drugiej połowy XVI wieku.



Wieża Wrocławska, również na planie kwadratu, jednak rozszerzająca się, a nie zwężające wraz ze wzrostem, została z kolei mocno odgotycyzowana - czy to renesansową attyką, czy przez pokrycie białym tynkiem.




Z późniejszych czasów, bo z 1604 roku pochodzi najsłynniejsza kamienica w mieście - Dom Wagi Miejskiej, renesansowa piękność, będąca rekonstrukcją po całkowitym zniszczeniu budynku przez Rosjan w 1945 roku. To dopracowany estetycznie budynek o jasnobłękitno-beżowym tynku, charakterystycznych podcieniach, ozdobiony rzeźbami w niszach i fragmentami XIX-wiecznej polichromii heraldycznej.  Jej największym problemem jest otoczenie: wygląda obco stojąc między prostymi, niskimi kamienicami i współczesnym budynkiem, z kontrowersyjnym ratuszem w tle i parkingiem na przedzie.




Jak łatwo się domyślić, mając na uwadze kilkaset lat biskupiej tradycji, nic w Nysie nie imponuje bardziej niż kościoły. Wszystkie z nich przykrywa sława gotyckiej świątyni przy rynku, jednak ma ona solidnego przeciwnika w barokowym kościele św. Piotra i Pawła, wzniesionym przez zakon bożogrobców w latach 1720-1727. O ile elewacji (z piękną, barokową w dość wyważony i spokojny sposób fasadą na czele, aczkolwiek elewacja boczna upiększona kilkoma rzeźbami, między innymi św. Jana Nepomucena z 1737 r., też robi spore wrażenie) przydałaby się gruntowna renowacja, o tyle już wnętrze to śląski barok w swojej niemal najwyższej formie: delikatnie falujące, bogato zdobione filary, rytmicznie oddzielające kolejne boczne kaplice; hipnotyzujący ołtarz i tylna ściana prezbiterium, skąpane w wielobarwnym, żółto-błękitno-czerwonawym marmurze; znakomite freski sufitowe wykonane przez braci Schefflerów z Monachium. Kościół imponuje zwłaszcza wyważeniem kolorystycznym, w smacznych proporcjach mieszając biały tynk, złote zdobienia, wyraziste barwy marmuru i freski, w których motywem przewodnim jest pastelowy róż.








Jak w wielu innych miastach, również w Nysie barok musi jednak pokłonić się przed gotykiem. Bazylika św. Jakuba i św. Agnieszki to z kilku powodów dużo więcej niż tylko jeszcze jedna imponujący gotycka świątynia w Polsce. Można mówić o długiej i burzliwej historii (pierwsza świątynia na tym miejscu pod koniec XII wieku, obecna bryła z wieku XV, mnóstwo zniszczeń i odbudów), można mówić o największych zbiorach rzeźby nagrobkowej na Śląsku. Dwa najbardziej przemawiające do wyobraźni są jednak czysto przestrzenne: to drugi po gdańskiej bazylice mariackiej największy zabytkowy kościół w kraju (licząc według kubatury) oraz jeden z najbardziej stromych i największych dachów w całej Europie (nachylenie ok. 63 stopni i powierzchnia ponad 4 tys. metrów kwadratowych). Niektóre źródła podają nawet, że jest to właśnie ten najbardziej stromy dach kontynentu - jeśli coś go w tym rankingu przebija, to na pewno bardzo nieznacznie.



Jest naprawdę fascynującą bryłą, oglądany tak z zewnątrz, jak z wewnątrz. Robi bardzo skondensowane wrażenie, stoi na ziemi tak stabilnie jak to możliwe, mimo że jest przecież podłużny; przez swój faktycznie ogromny, zawłaszczający niemal pół elewacji dach przypomina gigantyczny namiot. Mimo pięknych maswerków w oknach, mimo bogato zdobionego podwójnego kamiennego portalu na fasadzie i mimo gigantyzmu robi dość ascetyczne, skupione wrażenie dzięki spokojnemu, monotonnemu rytmowi okien i podpór, niezaburzonego nawet absydą, niewychodzącą z bryły.



Z zewnątrz najlepiej zapamiętam dach, a z wewnątrz filary - niezwykle masywne (bo grube, bo wysokie i w końcu, co tutaj kluczowe - bo ośmioboczne, jakby ociosane) i z charakterystycznymi poziomymi prążkami tynku, które wprowadzają fascynującą optyczną grę horyzontalno-wertykalną. Jeszcze ciekawsza jest gra filarów z oknami - są one bowiem na tyle gęsto ustawione (łącznie jest ich 24) i grube, że stojąc w niektórych miejscach, można przez nie w ogóle nie widzieć okien, zdają się wówczas nie tyle filarami, co ścianami. Bazylika jest tu bazyliką tylko z nazwy - kościół ma konstrukcję halową, wszystkie nawy mają tę samą wysokość, co znów buduje wrażenie ascetycznej monotonii, potęgowane jeszcze przez bardzo oszczędne wyposażenie kościoła, przynajmniej nie licząc bocznych ołtarzy.






Oglądałem kościół w środku wielkiej renowacji, która przywróci blask cegle i zastąpi stare dachówki nowymi. Zasłoniło mi to kawał budynku wewnątrz i na zewnątrz, ale nie zdołało pozbawić go majestatycznego charakteru.


Obok frontowej części bazyliki stoi imponująca kamienna dzwonnica z przełomu XV i XVI wieku. Jej ciężką bryłę na planie kwadratu ożywiają maswerki i złoty zegar; jest trafioną towarzyszką kościoła, któremu dorównuje prawie wysokością.


Muzeum w Nysie odwiedziłem bardziej dla budynku, w którym się znajduje, niż dla samych zbiorów. Skrywa je jeden z ładniejszych obiektów w mieście - odnowiony, elegancki, biało-żółty, renesansowo-barokowy Pałac Biskupi z przełomu XVII i XVIII wieku, zniszczony również w 1945 roku i odbudowany po wojnie.


Samo muzeum też jednak imponuje i spędziłem w nim dwa albo trzy razy więcej czasu, niż planowałem. To typowe miejskie muzeum "od wszystkiego": zobaczymy w nim ślicznie odtworzone wnętrze dawnej nyskiej kamienicy, zbiory archeologiczne z kłem mamuta w roli głównej, całe mnóstwo zabytkowych mebli i zastawy, przedmioty reprezentacyjne cechów miejskich, broń, narzędzia tortur i egzekucji (w Nysie padały w XVII wieku rekordy polowań na czarownice). Wiele z tych miejskich staroci, jak łatwo się domyślić, posiada niemałą wartość estetyczną. Po przemierzeniu wielu cudownie skrzypiących parkietów biskupiego pałacu dotrzemy w końcu i do sekcji obrazów, gdzie kilka nazwisk może zaszokować: Nysa okazuje się przechowywać, pojedyncze wprawdzie, dzieła Jana Brueghela Starszego, Cranacha, Murilla, Willaertsa, Halsa. Nie jest to może muzeum nie do przegapienia, ale bardzo warto je odwiedzić, bo nie tylko zbiory są co najmniej zacne, ale i samo miejsce posiada niezłą atmosferę.
















BRZEG

Czwarte największe miasto województwa, które w połowie naszego stulecia obchodzić będzie 800-lecie nadania praw miejskich, słynie szerzej z tylko jednego obiektu, przynajmniej odkąd zostało zniszczone w 1945 roku. To Zamek Piastów Śląskich, którego historia jest nawet starsza niż Brzegu jako miasta, choć najstarsze fragmenty obecnej budowli pochodzą z rozbudowy zamku przez Ludwika I Brzeskiego z lat 1360-70. Obecny, tak przyciągający zwiedzających renesansowy kształt rezydencji, pochodzi z połowy wieku XVI. Na zamku zmarł ostatni Piast w historii - Jerzy IV Wilhelm Legnicki.


I w tym właśnie czasie powstały dwa najsłynniejsze atrybuty architektoniczne budowli. Jednym jest zainspirowany Wawelem i faktycznie łudząco do Wawela podobny dziedziniec z trzema kondygnacjami piaskowcowych arkad.



Pierwszym powodem do odwiedzenia Brzegu jest jednak moim zdaniem niesamowity renesansowy portal, tonący w drobiazgowej płaskorzeźbie, popiersiach i posągach. Dwanaście górnych popiersi przedstawia dwunastu pierwszych władców Polski, pod nimi znajduje się dwunastu książąt śląskich. Dwie pełne rzeźby to Jerzy II Brzeski i jego żona Barbara Hohenzollern, kluczowe postacie dla renesansowej przebudowy.




W zamku mieści się muzeum poświęcone w dużej mierze Piastom Śląskim, które odrobinę mnie rozczarowało, choć może przez spore oczekiwania wywołane samym budynkiem. Wystawy bezpośrednio dotyczące Piastów na czele z salą nagrobków toną w kopiach. Bardziej zaimponowała mi spora kolekcja broni i rynsztunku z wojen Polski XVII wieku, zgrabny zbiór średniowiecznej, renesansowej i barokowej sztuki śląskiej oraz samo przemierzanie klimatycznych pałacowych wnętrz po kolejnych połaciach skrzypiącego podłoża.





















Do Brzegu miałem pierwotnie zajechać tylko dla tej jednej jedynej atrakcji, ale że tuż obok nachalnie stał kościół pw. Podwyższenia Krzyża Świętego, to zaszedłem i tam. Dobra decyzja, bo choć z zewnątrz jest odrobinę banalny i bardzo zaniedbany, to w środku podziwiać można eksplozję fresków iluminacyjnych, starających się już nie tylko kościół upiększyć, co zastąpić architekturę i to nie wyłącznie detaliczną.




OPOLE

Stolica jednego z szesnastu województw Polski ledwo mieści się w pierwszej trzydziestce największych miast kraju, spośród miast wojewódzkich wyprzedzając tylko pół-stolicę Gorzów Wielkopolski. Odwiedzających w poważniejszej liczbie przyciąga tylko raz do roku w trakcie Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej, dawno temu trampoliny dla najlepszych polskich wykonawców muzyki popularnej, obecnie coraz mniej osób interesującego festiwalu tandety (w trakcie którego zupełnym przypadkiem akurat do Opola trafiłem). Opole jest tymczasem jednym z czterech najstarszych miast w Polsce, posiadającym prawa miejskie jeszcze przed 1217 rokiem, jako osada istniejącym już w drugiej połowie X wieku. Jakkolwiek z tego tysiąca lat historii niestety nie zostało tu tak wiele, jak można by sobie życzyć, to przetrwało parę mocnych obiektów, a centrum miasta przywitało mnie przyjazną, wyluzowaną i niezobowiązującą atmosferą, dostarczając więcej ładnych widoków niż się spodziewałem.


Rytm Opola wybija Odra, która przeszywa miasto kilkoma odnogami. Jednemu z jej kanałów centrum zawdzięcza "opolską Wenecję", trochę nad wyrost tak określone, ale bardzo przyjemne deptaki ciągnące się wzdłuż kanału i po jego mostach, z których spoglądać można na zewnętrzne pierzeje starego miasta. Mosty, w tym najsłynniejszy, przeznaczony dla pieszych i obwieszony kłódkami Most Groszowy, łączą stare miasto z wyspą Pasieka, na której stoi najbardziej rozpoznawalny architektoniczny symbol Opola.




Wieża Piastowska to jedyna pozostałość po średniowiecznych fortyfikacjach miasta, pochodząca prawdopodobnie z przełomu XIII i XIV wieku - symetryczny ceglany walec ze stożkowym hełmem. Niestety w trakcie festiwalu nie można było nie tylko na nią wejść, ale nawet się do niej zbliżyć, więc mogłem uchwycić ją tylko częściowo i z rozsądnej odległości.



Pozostało mi ukorzyć się przed zwycięstwem współczesności nad średniowieczem i z szacunku i upodobania do nielicznych wykonawców zwiedzić Muzeum Piosenki Polskiej, mieszczące się tuż przy festiwalowym amfiteatrze. Jest małe, wizualnie prezentuje się bardzo korzystnie, ale w dobie Internetu muzeum polegające niemal w stu procentach na odtwarzaniu na słuchawkach piosenek i filmików z opolskich festiwali oraz czytaniu o wykonawcach moim zdaniem nie ma większego sensu, chyba że za symboliczną złotówkę.






Po drugiej stronie kanału z lekkim niedowierzaniem odkryłem, że Opole ma bardzo ładny i spory rynek. Swoje walory estetyczne zawdzięcza pięknym kamienicom, utrzymanych w monochromatycznej poświacie kremowo-beżowo-żółtych tynków. Bardzo nieliczne są odnowione i wyczyszczone na całego - gdyby wszystkie były, to opolski rynek można by nazwać właściwie pięknym. No, może jeszcze nie do końca, bo problemem jest ratusz wyglądający jak złożony z kartonu, klockowate i momentami karykaturalne połączenie florenckiego pałacu ze szkołą podstawową, siedzibą ZUSu albo innej wybranej instytucji państwowej. Wieża jest jeszcze całkiem sensowna, ale cała reszta razi bezpłciowością i antytetycznością jakiejkolwiek atmosfery.





Mimo wszystko bardzo pozytywny rynek ulokowany jest pomiędzy dwoma najsłynniejszymi kościołami Opola, reprezentującymi dwa odmienne oblicza gotyku. Katedra Świętego Krzyża to "typowa polska ceglana gotycka katedra". Kościół stał na tym miejscu od 1024 roku, obecny budynek pochodzi z 1525 roku, przy czym ostatnia przebudowa, w trakcie której zyskał dwie charakterystyczne wieże z wyróżniającymi się hełmami, miała miejsce na przełomie XIX i XX wieku. Poza wieżami nie ma w nim nic godnego jakiegoś dłuższego zapamiętania, choć i nie można mu zarzucić banału, to po prostu solidny, pozbawiony pretensji do splendoru gotyk powszedni. Wnętrze, dużo bardziej niż w Nysie, znowu ograniczył mi daleko posunięty remont, choć po zobaczonym fragmencie podejrzewam, że robi bardzo podobne wrażenie co zewnętrze - proste i niewyróżniające się. Odpowiednikiem wież może tu być piękne sklepienie gwiaździste, trochę inne w nawie głównej, a inne w bocznych.





Mniejszy Kościół Świętej Trójcy jest zdecydowanie ciekawszy: w tym XIV-wiecznym i przekształcanym później budynku gotyk zmieszał się z renesansem, barokiem, neogotykiem. Z zewnątrz również jest dość niepozorny, natomiast w środku zachwyca sklepieniem wymalowanym nasyconymi czerwienią motywami roślinnymi, widowiskową barokową nastawą i amboną, hipnotyzującymi organami, kaplicą z neogotyckim ołtarzem, gdzie stoją dwa podwójne groby lokalnych książąt z 1380 roku. Być może przez stylistyczne rozdrobnienie odrobinę brakuje mi w nim atmosfery, ale jest zaprawdę na co popatrzeć.







Atmosfery nie zabrakło natomiast w największej moim zdaniem atrakcji Opola, położonej na jego obrzeżach. Muzeum Wsi Opolskiej to piękne zajęcie na nawet trzy godziny, jeśli ktoś zdecyduje się dokładnie poznać historię i specyfikę każdego z przeniesionych tu budynków mieszkalnych, stodół, młynów, wiatraków czy kościoła ewangelickiego. Najstarsze obiekty pochodzą z XVIII wieku, najmłodsze z początków XX. Absolutnym hitem i czymś odróżniającym ten skansen od innych jest rekonstrukcja wnętrza pruskiej piwiarni i sklepu spożywczego z okresu międzywojnia. Drewno już nie tylko skrzypi pod nogami, ale też pachnie i emanuje historią.
























PAŁAC W MOSZNEJ

Król jest tylko jeden. Opolszczyzna obfituje w perełki takie jak powyżej, ale jeśli cokolwiek z tego obszaru może pretendować do atrakcji topowej w skali całego kraju, to jest to tylko i wyłącznie Pałac w Mosznej, zwany czasem Zamkiem Moszna - dla przyciągnięcia turystów i dla swojej wyjątkowej architektury.



Pałac w obecnej formie był od zawsze związany z rodem Tiele-Wincklerów, śląską i pruską zarazem linią szlacheckich potentatów przemysłowych, rozpoczętą przez małżeństwo Huberta Tiele z Valeską von Winckler w 1854 roku. W latach 60. Hubert zakupił dobra ziemskie w Mosznej wraz z niewielkim pałacykiem barokowym, a jego syn Franz Hubert na przełomie XIX i XX wieku oraz przed I wojną światową dokonał dwóch dużych rozbudów, robiąc z Mosznej główną siedzibę swojej rodziny, w której kilkukrotnie gościł ostatni niemiecki cesarz Wilhelm II Hohenzollern. Po II wojnie światowej, kiedy pałac z nieznanych przyczyn uniknął zniszczenia przez wojska radzieckie, przeznaczony był na państwową stadninę koni, a od lat 70. na Centrum Terapii Nerwic. Dopiero w 2013 roku sanatorium zostało przeniesione, a pałac podążył w kierunku turystyczno-hotelowym. Sukcesy przyszły szybko - we właściwe dni o właściwej porze jest zalany turystami.


Do Mosznej nie przyjeżdża się raczej dla historii, liczącej sobie zaledwie pół wieku, bo wraz z II wojną światową w pewnym sensie zatrzymanej. To architektura jest kluczem do tego miejsca, czyniąc go wyjątkowym, fascynującym i bardzo dziwnym. Częściowo wyglądając jak stary gotycki zamek, częściowo jak kilkusetletni pałac, budowla naigrawa się z odwiedzających, licząc sobie tak naprawdę niewiele ponad sto lat.


Historia posiadłości w Mosznej sięga wprawdzie XVIII wieku, jednak jej odbiciem w teraźniejszości jest jedynie najniższa, centralna część, ściśnięta przez dwa ogromne skrzydła. To odbudowany po pożarze w 1896 roku  pałacyk myśliwski, najsubtelniejszy, elegancko barokowy, symetryczny i niekrzyczący budynek.


Wraz z odbudową po pożarze 1896 roku dotychczasowej części podjęto rozbudowę rezydencji o potężne neogotyckie skrzydło, najbardziej spektakularną część pałacu. Zakończono ją już na przełomie wieków. To kluczowy wabik na turystów, eksplozja historystycznej fantazji, archetypiczna bajkowa rezydencja przypominająca zamki Transylwanii. Rzuca się dość drapieżnie na obserwatora, nie pozwalając mu przejść obok siebie obojętnie. Potężne, fantastyczne wieże i nieskończone wieżyczki (w całym budynku ma ich być 99, zaś pomieszczeń 365), ostrołukowy portal, drapieżne maswerki i cegła stylizowana na kilkusetletnią: wszystko to daje skrzydło pałacowe bardziej zamkowe niż większość istniejących zamków.






W latach 1911-1913 zostało dobudowane przeciwległe skrzydło podobnej wielkości, tym razem jednak w stylu niemieckiego neorenesansu. Dziś prezentuje się chyba najmniej ładnie, jako że płaski tynk przybrał brzydką brudnoszarą barwę, ale falowane trójkątne szczyty i piękny półokrągły wykusz to klasyka gatunku.


Niebagatelną rolę we wrażeniu, jakie pałac sprawia, ma trafnie dobrana, ciemnobordowa barwa dachówek, położonych bez wątpienia współcześnie.


Do pałacu przylega bardzo duży park, również pochodzący z czasów Tiele-Wincklerów, rozciągający się wzdłuż głównej alei lipowej, z rododendronami w roli głównej. Słuchając uważnie ciekawostek sprzedawanych przez przewodnika, udałem się na poszukiwanie cmentarza właścicieli posiadłości i po niekrótkim spacerze udało mi się go odnaleźć w zagajniku za parkiem. Porównując archiwalne zdjęcia jest bardzo zaniedbany, ale ciągle pojawiają się na nim znicze.















Zwiedzić można z przewodnikiem piwnice budynku, dwie największe wieże w skrzydle neogotyckim i kilka reprezentacyjnych sal. Te pierwsze nie są zbyt interesujące, choć stosunkowo klimatyczne; wieże to przede wszystkim piękny widok na okolicę, bo wnętrza są gołe. Nieliczne jako-tako zachowane pomieszczenia reprezentacyjne Wincklerów to najważniejsza część zwiedzania - zwłaszcza drewniany sufit, okiennice i inne elementy w Pokoju Pana, sztukaterie w biało-zielonym Pokoju Pawim, prywatna kaplica właścicieli skąpana w kamiennych neogotyckich ozdobach czy klatka schodowa z ciemnego drewna. Scenariusz opowieści przewodników, podobnie jak sam zamek, balansuje pomiędzy autentyzmem a turystycznym blichtrem, ale jest pozytywnie - parę wstawek o naciągniętych mrocznych historiach nie neguje wielu rzeczowych i ciekawych informacji na temat życia Wincklerów i specyfiki budynku.

























Dobrym pomysłem jest zapisanie się na jak najpóźniejsze zwiedzanie pałacu, jako że pod koniec dnia jest się tam jedną z kilkunastu osób, a nie jedną z kilkuset, jak może być popołudniu. Nie potrzeba wyjaśniać, jak bardzo pomaga to poczuć jakąkolwiek atmosferę. Pomysłem jeszcze lepszym jest to, by po zwiedzaniu zostać w pałacu na noc, co jest samo w sobie ogromną atrakcją - można wówczas zobaczyć pałac ze światłami w oknach, do woli przemierzać puste korytarze wyłożone najbardziej skrzypiącym parkietem na świecie, dać się zahipnotyzować skrzekotowi żab z przyległego do parku stawu. Gdy trafi się jeszcze, jak mi się to udało, na nocną burzę z błyskawicami, można już naprawdę oderwać się od rzeczywistości.






Temu pałacowi można trochę zarzucić - jestem nawet w stanie zrozumieć osobę, która skreśli go całkowicie jako kiczowaty i pretensjonalny twór wychodzący poza granice subtelności, zdrowego rozsądku oraz umiarkowania w historyzmie i eklektyzmie. To jeden z wielu punktów widzenia, jaki można wobec Mosznej przyjąć, daleki od mojego, co nie znaczy, że dla mnie niewidoczny albo zupełnie błędny. Określenie "polskie Neuschwanstein", które przychodzi mi do głowy, wydaje mi się zupełnie na miejscu, choć perła Opolszczyzny - przy swojej nieuniknionej porażce ze względu na nieskończenie mniej interesujące otoczenie naturalne - ma już więcej autentyczności atmosfery, pozwalając się zwiedzić bez hord turystów i jarmarcznej infrastruktury pamiątkowo-gastronomicznej. Ja pozwalam sobie z czystym sumieniem dać się pałacowi oszukać i wciągnąć w swój fantastyczny, nierealny świat, bo mimo braków w subtelności robi mimo wszystko niecodzienne wrażenie estetyczne.


___________________________________________

Przemierzając Opolskie, miałem wrażenie, że więcej kroków zrobiłem po starej drewnianej podłodze niż po wszystkich innych nawierzchniach razem wziętych. Oczywiście większość tego drewna jest dużo młodsza od miejsc, którym służy, ale na tyle stara, by umieć już mówić. Czy to parkiety w pałacach i muzeach, czy schody w paczkowskiej wieży, czy podłoża w skansenie - przez prawie cały dzień towarzyszyły mi podłogi, które za każdym razem przemawiały przyjemnym, fascynującym, niemożliwym do podrobienia dźwiękiem uginającego się i prostującego drewna. Wsłuchiwanie się w te symfonie z każdym krokiem coraz bardziej napełniało mnie ulotną i nie za gęstą, a jednak obecną w opolskich skrawkach historii transcendencją.

Polska, nie mówiąc o całym świecie, może być zbyt obfitym miejscem, by regularnie powracać na Opolszczyznę, ale nie poświęcając jej chociaż jednego dnia - straciłbym sporo.

Komentarze