Meindert Hobbema: "Droga do Middelharnis"

olej na płótnie / 1689 / National Gallery, Londyn

Przepięknie wydana, dziesięciotomowa "Wielka Historia Sztuki", polskim czytelnikom zaprezentowana przez wydawnictwo Arkady, to świetna pozycja wstępna dla osób rozpoczynających przygodę miłości do malarstwa. Już choćby przez to, że nie pomija prawie żadnego artysty, którego do XIX wieku włącznie naprawdę nie można przegapić - nawet jeśli często traktuje sprawy zbyt pobieżnie, zbyt skrótowo i bez wniknięcia w esencję tematu. Parę razy grzeszy jednak śmiertelnie, a grzechem chyba najmniej nadającym się do wybaczenia jest pominięcie Meinderta Hobbemy. Gdybym uwierzył w kompletność tego wydawnictwa i tylko na nim bazował w poszukiwaniu arcydzieł, przegapiłbym obraz, który moim zdaniem jest szczytem i ostatecznością tego rozkosznego wycinka sztuki, jakim jest holenderskie malarstwo pejzażowe.

Hobbema mógłby zresztą nawet być pominięty bez ogromnego żalu, gdyby nie to jedno późne (ostatnie?) płótno. Zakrzywił czasoprzestrzeń, przez całą karierę będąc malarzem dobrym, ale niewyróżniającym się niczym specjalnym poza wyjątkową ręką do drzew i nawet jak na Niderlandczyka sporą szczegółowością. Jego inne dzieła nie mają w sobie wiele powabu, jeśli postawić je obok Cuypa, Ruisdaela, Constable'a czy wielu innych pejzażystów - brakuje na nich geniuszu światła, nieba, powietrza czy poezji sceny. Na sam koniec jego artystycznej drogi (miał żyć jeszcze dwadzieścia lat, ale skończył z malowaniem) jeden genialny pomysł zapewnił mu miejsce w panteonie, mimo że przecież nie nauczył się nagle znakomicie malować nieba albo operować światłem.


Inaczej niż w większości holenderskich pejzaży, na płótnie z Londynu głównym środkiem do celu jest kompozycja. Niewymuszenie geometryczna, nienachalnie mistycyzująca i symbolizująca, spektakularna i przepełniona spokojem jednocześnie, zarazem uroczysta i niezmącona ani gramem patosu. Oczywiście namalować drogę obsadzoną szpalerem drzew może każdy, ale z powodu gry wielu drobiazgów prawie nikt nawet nie zbliży się do Hobbemy. Fascynujący jest już centralny pion płótna, prostokąt podzielony na cztery trójkąty zbiegające się w jednym wierzchołku - trójkąt ziemi u podstawy, trójkąt nieba na górze i dwa trójkąty drzew po bokach. Już spory efekt jest jeszcze wsparty poziomą linią horyzontu, która też przez ten wierzchołek przechodzi, i to niemal dokładnie w swojej połowie. Dzięki temu hipnotycznemu użyciu potęgi perspektywy i uroczystych linii obraz działa jak czarna dziura, zdaje się wciągać wszystko do swojego wnętrza, kumulować. Ten wierzchołek - miejsce, gdzie droga zbiega się z niebem w ledwo widocznych już miejskich zabudowaniach - to być może najbardziej wciągający, najbardziej hipnotyzujący punkt w historii malarstwa. Przebija płótno na wylot i nie tyle pozwala, co rozkazuje uznać, że to nie substancje rozmazane na płaszczyźnie, a raczej przejście do innego świata.

To nie koniec, kompozycyjny strzał w dziesiątkę rozciąga się dalej - między innymi na niskie zawieszenie ziemi i jednocześnie uwiarygodnienie nieba wzrastającymi na jego tle pniami topoli. Dzięki temu obraz ma paradoksalnie jeszcze więcej powietrza i przestrzeni niż gdybyśmy otrzymali wielką, niezmąconą niczym połać nieboskłonu i płaski pasek ziemi z jej roślinnością i zabudowaniami (jednocześnie pozwoliło to zatuszować ułomność Hobbemy w zakresie malowania nieba - tutaj pełni funkcję przede wszystkim przestrzenną, więc jakościowo nie musi być zachwycające). Drugim ważnym chwytem jest spora szerokość, jaka dzieli z obu stron szpaler topoli od ramy obrazu. "Droga do Middelharnis" jest przez to jednocześnie bardzo wertykalna i bardzo horyzontalna, dzięki czemu jest po prostu nieskończona, zdaje się niczym nieograniczona i znowu - oddycha pełną piersią.

Dopełniły dzieła walory immanentne całemu oeuvre Hobbemy. To jest świat drzew bardziej niż ludzi, drzewa tu żyją i przemawiają, więc zdolność malarza do ich precyzyjnego i lirycznego zarazem oddawania jest nagle nieoceniona. Drobiazgowość nadaje z kolei obrazowi pewnego dualizmu: można o nim powiedzieć, że jest ascetyczny, pełen oddechu i przestrzeni, skupiony na dużym, wyraźnym temacie, a można też powiedzieć, że jest niekończącą się historią pełną wątków pobocznych. Oba stwierdzenia są prawdziwe. Pierwsze wrażenie chłoniemy od razu, gdy po prostu spojrzymy na cały obraz - drugie nadejdzie, gdy zapragniemy się doń zbliżyć i zgłębiać kawałek po kawałeczku i odkryjemy kilkanaście meta-obrazów zawartych na wąskim pasie ziemi: mroczny bór po lewej stronie, gęsto zabudowane miasto, imponujący kościół, ogrodnik pielęgnujący setki małych drzew po prawej, rozmowa kobiety z mężczyzną pod chatą przy bocznej drodze, mężczyzna z psem, port czy parę mniejszych historii, jakie opowiada miniaturowa przyroda. To tak zazwyczaj wygląda na holenderskich pejzażach, ale rzadko kiedy tak działa, jako że te poboczne elementy nie są aż tak pieczołowicie odmalowane. Szczegółowość jest może jeszcze przydatniejsza dlatego, że główny bohater obrazu - droga - jest dzięki swoim bruzdom i chromatyce wyjątkowo żywotna i autentyczna.

A na końcu nadchodzi najważniejsze - atmosfera i symbolika, które w dziwnym przypadku tajemniczego Hobbemy mogą nawet być niezamierzone (co nie znaczy, że nieświadome), ale nie stają się przez to w żadnym stopniu gorsze. Jak wspomniałem, "Droga..." jest połączeniem rustykalnego arcyspokoju z podniosłą (choć jako mierzona w stopniu bezpośredniości - infinitezymalną) metafizyką. Niebo spotyka się z ziemią dosłownie i symbolicznie. Nie sięgając po najmniejsze nawet napięcie, ba, malując wizję rozumnie idyllicznego (rozumnie, to znaczy jest to idylla dostrzeżona w zwyczajności - zważmy, że droga jest błotnista, niebo pochmurne, krajobraz średnio uporządkowany, a drzewa krzywe i dalekie od bujności) spokoju miejsko-wiejskiego popołudnia, zdołał jednak skierować umysł odbiorcy na kwestie wyższe. Droga jest ostatecznie może najwłaściwszą metaforą ludzkiego życia, a tutaj droga jest wyeksponowana i celebrowana jak rzadko kiedy, jest bardziej żywa niż ludzie na większości obrazów, jakie powstały. Refleksji pomaga nie tylko symbolika, ale też stonowana paleta pół-pochmurnego dnia i masy powietrza i otwartej przestrzeni, które otwierają umysł.

Hobbema geniuszem nie był i jako postać cenię go mniej od wielu. W jakimś stopniu widać to nawet na tym obrazie, bo przecież nie jest on formalnym arcydziełem (brakuje mu do tego już choćby kunsztu kolorystycznego). Miał jednak przebłysk prawdziwego geniuszu i machnął obraz tak niesamowity, że stwierdzenie, iż holenderskie pejzaże musiały zalewać świat już choćby po to, by u kresu ich świetności powstała "Droga do Middelharnis", jest impertynencją tylko lekkiej wagi.


9.0/10

Komentarze