Roy Lichtenstein: "Tonąca dziewczyna"

olej i akryl na płótnie / 1963 / Museum of Modern Art, Nowy Jork

Patrząc na wielkie dzieła popartu czuję zwykle bardzo mało lub nic, więc odruchowo sięgam do opinii i odczuć innych osób, sprawdzając, czy to ze mną jest coś nie tak, że bardzo trudno mi zaakceptować stawianie takiego Lichtensteina w tej samej dziedzinie ludzi co nie tylko Rembrandta czy Klimta, ale nawet w tej samej co Kline'a albo Pollocka. Trochę więc zaczynam czytać i wtedy już coś czuję: robi mi się niedobrze, widząc, ile osób i jak obficie produkuje się, pisząc tony tekstu o gościu, który reprodukował sobie kawałki komiksów w zindywidualizowanym stylu i w żaden sposób wiarygodnie nie wyjaśniając, dlaczego miałby być tak znany i ceniony jak się ostatecznie stał, ale jednocześnie pisząc to w tonie, który nie próbuje nawet kwestionować tego, że znany i ceniony stał się zasłużenie. Ja to otwarcie kwestionuję i bynajmniej nie dlatego, że kopiował, bo jego obrazy się mimo wszystko różnią od pierwowzorów w stosunkowo istotnych punktach. Właściwie w pewnym sensie wielu naprawdę wielkich artystów bywało bardziej złodziejami niż Lichtenstein, bo sztukę reprodukowało jako inną sztukę, a on - rozrywkę jako popart, czyli już nie rozrywkę, jakkolwiek negatywnie by popartu nie oceniać. Rzecz w tym, że sięgał do taniochy i jakkolwiek by się przy niej nie zabawiał, to poważna sztuka mu z tej transpozycji nie wychodziła. Po prostu. Nie ma tu wielkich emocji, wielkiego piękna, wielkich idei. Źródło i fakt, że Lichtenstein nie wywracał go do góry nogami, a właśnie transponował, zwyczajnie to uniemożliwiało.


Ale przy całej mojej kontestacji, gdy wrócę już do samego dzieła bez tego hałaśliwego i cholernie mdlącego kontekstu, to nie powiem, żeby taka Drowning Girl mi się nie podobała, a przecież komiksów nie lubię, więc o co chodzi? Właściwie patrzy się na to dość przyjemnie, bo akurat tutaj Lichtenstein wybrał nieco abstrakcyjny fragment komiksu, wyciął go z kontekstu, jeszcze mocniej uabstrakcyjnił i wyszło coś wręcz onirycznego, a jednocześnie z fajnym, zabawnym ładunkiem komercyjno-dramatycznym. Typowa dla twórcy technika grubych czarnych konturów tutaj zachowuje się transgresywnie: poza obwodem twarzy i dłoni bohaterki nie ma tu czego ściśle konturować i te czarne linie rozwalają się w przyjemnym bezładzie po całym płótnie. Otaczające oblicze tonącej dziewczyny fale są mocno umowne, mało figuratywne. Nawet efekt kolorystyczny jest całkiem przyjemny, z granatowymi włosami bohaterki w monochromatycznym otoczeniu. Trzeba też przyznać, że autor był naprawdę dobrym rzemieślnikiem: malował to farbami na płótnie, a dzięki kropkowanej metodzie obraz wygląda faktycznie jak strona komiksu wydrukowana na tanim papierze. Właściwie jest to bardziej komiksowe niż komiks i być może tu jestem w stanie znaleźć jakąś substancję treściową pracy Lichtensteina: traktując to jako negatywny komentarz wobec współczesnej estetyki rozrywkowej za pomocą egzageracji tejże. Jest to właściwie dość banalne i chyba nikomu nieprzydatne, ale przynajmniej jest. Oto moja mała obrona Roya Lichtensteina, głównie chyba przede mną samym. Rozstańmy się w pokoju.


6.0/10

Komentarze