Irlandia: część VI. W ekstazie wybrzeża

Do podróży po Irlandii przygotowywałem się z gruntowną pomocą trzech źródeł i z mniejszą pomocą kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu innych. Wspomagały mnie przewodniki, internetowe strony podróżnicze, jednorazowe rankingi miast, miejsc czy regionów na rozmaitych portalach dziennikarskich. Żadne z nich nie uznało i nie było bliskie uznania Hrabstwa Donegal ani któregokolwiek punktu na jego obszarze za najlepsze, najpiękniejsze czy najważniejsze miejsce do zobaczenia na Irlandii. Ja uznałem.


Donegal to miejsce na kilka sposobów wyjątkowe. Jest najsilniejszym bastionem języka irlandzkiego na wyspie - nigdzie indziej nie zdarzało mi się regularnie słyszeć, jak lokalsi rozmawiają ze sobą z jego pomocą, a tu faktycznie jest to na porządku dziennym. Szczególne jest też ulokowanie hrabstwa na mapie - to ta część wyspy, która należy do Republiki, ale graniczy prawie wyłącznie z hrabstwami Irlandii Północnej - z resztą Republiki łączy ją jedynie ok. 10-kilometrowa granica ze Sligo. Słynie najbardziej z plaż, podobno doskonale nadających się na surfing.

Ja zapamiętam Donegal po prostu z najpiękniejszych krajobrazów, jakie widziałem w życiu (stan na końcówkę roku 2019). Największym rywalem w tym starciu było kalifornijskie wybrzeże, również kalifornijski park narodowy Yosemite i w końcu Alpy, które jak dotąd kochałem najmocniej ze wszystkich estetycznych darów natury. Kalifornia padła już wcześniej pod naporem irlandzkiego wybrzeża, Alpy się jeszcze opierały. Dopiero Donegal zrzuciło je z tronu (mimo że zobaczyłem je już po kilku dniach podróży po wybrzeżu Irlandii), wpędzając mnie w lawinę ekstatycznych uczuć, które uczyniły spędzony z nim dzień jednym z najbardziej domagających się powtórzenia w moim życiu. Jest za to odpowiedzialne przede wszystkim niesamowite wybrzeże, ale nie byłoby to możliwe bez dzikiego, usianego górami, jeziorami i dzikimi, niezamieszkałymi terenami wnętrza regionu.

Wyruszyłem wcześnie rano z Bundoran z perspektywą około dziesięciu godzin jazdy drugi dzień z rzędu. Pogoda mocno uspokoiła się po poprzednim wietrznym i na koniec deszczowym dniu. Było pochmurno, lekko mżawkowo i mgliście, niepewnie, lekko posępnie, ale bardzo cicho i spokojnie. Tak mniej więcej miało pozostać przez cały dzień aż do zachodu słońca.

Pierwszy i pierwszy nieplanowany przystanek czekał mnie przy małym półwyspie Muckros Head, na który rozciąga się piękny widok z punktu postojowego na nabrzeżnej drodze. Wbijający się w ocean stosunkowo niski i zielony jęzor lądu z małymi klifami i zatokową plażą ukazywał to łagodniejsze i bardziej zbliżone do reszty Irlandii oblicze Donegal.



Parę chwil później byłem już w miejscu, które uznaję ostatecznie za najwspanialsze na całej Irlandii i najpiękniejsze dzieło natury, jakie do tej pory widziałem w życiu. Klify Slieve League zdobią zachodni kraniec południowego wybrzeża Donegal. To najwyższe klify na tej wyspie i szóste najwyższe na kontynencie. Nieporównywalnie mniej popularne od Klifów Moheru (gdy tam przyjechałem, oglądałem Slieve League w towarzystwie kilku osób, gdy odjeżdżałem - byłem kompletnie sam), są trzy razy wyższe, osiągając wysokość ok. 600 metrów nad poziomem oceanu i po prostu wspanialsze, jeszcze bardziej majestatyczne i nieco mniej "jak z tapety", dużo bardziej nieregularne, strzeliste i spadziste, niepokryte miękką zieloną trawą, lecz surowymi plamami zielono-różowawych wrzosowisk. Ich masę, ich ciężar, ich potęgę czuje się na odległość. Naprawdę trudno jest opisać, co się dzieje z wrażliwym człowiekiem w obliczu takiego widoku. W porównaniu z Klifami Moheru czułem się tu spokojny w swojej ekstazie; miejsce nie jest mimo swej potęgi i majestatu groźne, raczej statyczne, niewzruszone, zwalniające czas i odcinające od świata doczesnego. Napełniło mnie poczuciem akceptacji, jakby nie dało mi szans, wyeliminowało nawet poczucie przytłoczenia, bo od razu kazało dostrzec bezsens porównywania swojej małości do takiej potęgi. Z konkretów: wspaniała jest już sama droga na parking, z której klifów jeszcze nie widać, ale już je czuć: pomiędzy enigmatycznymi wzgórzami, skałami, owcami, ciemnymi trawami. Po klifach można się przejść, ale to długie kilometry po nierównym terenie. Ja uszedłem może z kilometr, jako że to był dopiero początek dnia i droga wzywała. Wspaniały jest nawet kontekst klifów: porastają je trawy, wrzosowiska i skały w bardzo malowniczym, nieregularnym rytmie. Zza pleców rozciąga nam się również spektakularny krajobraz z jeziorem, rozległą zatoką która przechodzi w rzekę, wzgórzami i rzadko usianymi ludzkimi domostwami.














Jak widać na zdjęciach, klify ciągną się w dal wzdłuż oceanu, stopniowo malejąc i w końcu zanikając. Zanikają w miejscu również słynnym, choć stamtąd niedostrzegalnym: kończą się wraz z plażą Silver Strand o półkolistym brzegu, zamkniętą w scenicznej, tchnącej spokojem i majestatem przyrody zatoce. Na horyzoncie widać tu też wieżę, zbudowaną ponad dwieście lat temu na wypadek inwazji Napoleona.







Po zobaczeniu chyba najbardziej niezwykłej plaży na całej wyspie i w całym moim życiu, pojechałem na północ, a potem wgłąb lądu, by zobaczyć jeszcze jedną słynną przełęcz górską. Po drodze zatrzymałem się jeszcze spontanicznie przy plaży koło miejscowości Glencolumbkille...



... a już po odbiciu od wybrzeża zrobiłem z samochodu jedno z najlepiej egzemplifikujących całą moją podróż - a hrabstwo Donegal w szczególności - zdjęć. Opis jest zbędny. 


Kilka kilometrów za owcami znajduje się już przełęcz Glengesh Pass, z której rozciąga się widok na polodowcową dolinę pomiędzy łagodnymi, pokrytymi gęstą trawą zboczami gór. Pogoda tamtego dnia wiele zrobiła dla widoku: w pełnym słońcu byłby pewnie bardzo pozytywny, wręcz radosny, tymczasem przy typowych irlandzkich chmurach zstępujących na ziemię w postaci mgły jest enigmatycznie, cicho, posępnie, zagadkowo i kontemplacyjnie.




W drodze do jedynej nie naturalnej, a kulturalnej atrakcji tego dnia, zatrzymałem się jeszcze raz nieplanowo u podnóży góry Errigal, która okazała się po sprawdzeniu najwyższą w całym hrabstwie (751 metrów). Zmęczony narastającym bagażem godzin jazdy, uciąłem sobie przerwę na kawę i medytację przy pięknym, kojącym widoku na milczące, surowe góry i rozległe jezioro.





Dopiero później dowiedziałem się, że Errigal wchodzi już w obszar Glenveagh National Park, drugiego największego parku narodowego w kraju, gdzie, jak sądziłem, dopiero zmierzałem. Najsłynniejszą część parku stanowi bowiem długie jezioro Lough Beagh z przyległościami, nad które da się dojechać samochodem tylko w jednym punkcie, na zorganizowany parking na wschodnim krańcu akwenu. Stamtąd można przemierzać wybrzeże na nogach albo skorzystać z busa, który dowozi zwiedzających do Glenveagh Castle, zlokalizowanego w połowie wybrzeża (które notabene ma blisko ośmiu kilometrów) niby-zamku. Sam budynek jest śliczny, aczkolwiek to nie prawdziwy średniowieczny zamek, lecz pałacyk z lat 70. XIX wieku stylizowany na zameczek w stylu szkockim. Miałem już za duże opóźnienie na wnętrza, ale niespecjalnie żałuję - generalnie tego dnia natura zadała mocny cios kulturze i po raz pierwszy od dłuższego czasu zacząłem się zastanawiać, czy piękno przyrody nie dotyka mojej wrażliwości skuteczniej od klimatycznych miast i wspaniałych budowli. Zamek był moim celem, ale kontekst bardziej mi się spodobał - wspaniała jest cisza i surowość otoczonego wzgórzami jeziora. Cennym doświadczeniem była też rozmowa z kierowcą autobusu i starszą panią, przemiłymi rdzennymi mieszkańcami Donegal, z którymi wymieniłem spostrzeżenia o ich kraju i języku.











Czas wzywał z powrotem na wybrzeże - tym razem, po raz pierwszy, wybrzeże północne. I to bardzo północne: moim celem był drugi najbardziej wysunięty na północ cypel Irlandii, Fanad Head. Już sam półwysep Fanad był powrotem po dłuższym czasie do zielonej, sielskiej, lekko wzgórzystej Irlandii. U samego wybrzeża zmieniła się nawet pogoda: jakby chmury nie miały wstępu nad ocean. Fanad kończy się cyplem ze skalistą zatoczką i dorodną białą latarnią, co wygląda bardzo malowniczo.





Najpiękniejszym punktem półwyspu jest plaża Ballymastocker na jego wschodnim nabrzeżu. Gdy jest się na niej, właściwie nie sprawia jakiegoś niesamowitego wrażenia (choć ja załapałem się na dość niesamowitą walkę niemal czarnych chmur z błękitnym, czystym niebem - znalazłem się praktycznie nad samym środkiem tej walki). Co innego z punktu widokowego na serpentynowej trasie na wzgórzach kawałek na południe, z którego widok jest absolutnie spektakularny.






I tym widokiem nie mogłem się niestety napawać zbyt długo, bo musiałem zdążyć przed zachodem słońca na najbardziej wysunięty na północ punkt całej wyspy, a w tym celu objechać bardzo długą zatokę oddzielającą półwyspy Fanad i Inishoween. Już na tym drugim, blisko swojego ostatecznego celu, uchwyciłem jeszcze po raz ostatni irlandzką dzikość.



Dzikość taka miała już nie powrócić. Kraniec półwyspu jest już dość zielony i trochę gęściej zamieszkany. Na Malin Head, czyli rzeczony najbardziej północny punkt, dotarłem jakiś kwadrans przed zachodem słońca. Sam cypel nie wygląda jakoś spektakularnie w porównaniu z najlepszymi miejscami na Irlandii, ale dostał wyśmienitą oprawę chromatyczną od wieczornego słońca, które rozświetlało drobinki wody z rozpryskujących się o ostre, skaliste wybrzeże fal Atlantyku. Warto się nad tym wybrzeżem kawałek przejść co najmniej do Hell's Hole ("piekielnej dziury"), postrzępionej skalistej rozpadliny, na której ocean rozbija się z wyjątkowym impetem, hałasem i efektem wizualnym. Wrażenie ma w sobie ten wyjątkowy, przynależny krańcom świata charakter o połączonych odcieniach spokoju i fatalizmu.










Czułem się, jakbym skończył Wild Atlantic Way i nie tylko, ale w gruncie rzeczy to nie był koniec tej trasy, która dopiero przy granicy z Irlandią Północną się oficjalnie urywa (lub rozpoczyna). Mimo że zrobiło się już bardzo ciemno, postanowiłem mimo wszystko zajechać na ostatni planowany punkt do zobaczenia tego dnia: plażę Culdaff koło miejscowości o tej samej nazwie. Była to średnio logiczna, ale dobra decyzja, bo choć plaży praktycznie nie zobaczyłem, to zobaczyłem oniryczny, samotny statek na horyzoncie i klify zarysowujące się na tle ciemniejącego w szybkim tempie nieba.




Był to całkiem sensowny obrazek na koniec całkiem niesamowitego dnia. To, co najlepsze na Irlandii, miałem już za sobą i już w tamtym momencie byłem tego pewien, choć ledwo przekroczyłem połowę podróży. Żegnałem Wild Atlantic Way z poczuciem satysfakcji i niepewności, czy zobaczę jeszcze coś bardziej ekstatycznie pięknego niż Donegal. Żegnałem też na jakiś czas Republikę Irlandii, późnym wieczorem przekraczając granicę irlandzko-irlandzką, za którą miałem odnaleźć zaskakująco inny kraj.

Komentarze