Dmitrij Szostakowicz: II kwartet smyczkowy

1944 / wykonanie: Emerson String Quartet, 2006

Intensywny, pochłaniający od pierwszej do ostatniej minuty kwartet, w typowy dla Szostakowicza sposób "abstrakcyjnie sfabularyzowany". Muzyka jest na tyle wyboista emocjonalnie, zmienna i niepoddająca się schematom (nawet własnym, które ciągle przełamuje), a jednocześnie niejednoznaczna, kontestacyjna wobec tradycji i ustawicznie docierająca na rubieże tonalności (przekroczenie granic wydaje się tuż tuż), że odbiorca łatwo może odczuć wrażenie, że ma do czynienia z jakąś historią, chociaż będzie mu bardzo trudno ją streścić. Jest to w każdym razie historia z dużą dawką tajemniczości, tęsknoty i niepokoju, przez większość czasu raczej posępna i pełna niepewności co do swojego zakończenia, ostatecznie z zakończeniem pozytywnym, prawie kathartycznym. Rewelacyjna, ale subtelna, mglista, trudna do jednoznacznego określenia atmosfera łączy się z rewelacyjnymi, ekscytującymi walorami czysto muzycznymi. 

Szczególnie intensywna pierwsza część to spektakularny popis kontrapunktu, wulkan technik imitacyjnych, zniekształconych melodii (co ciekawe, nieraz wyrzeźbionych z tematów o chyba ludowej proweniencji), uciętych rytmów, dramatycznych, wręcz groźnych małych progresji harmonicznych i formowania atmosfery jako bardzo grząskiego, niepewnego gruntu, który zawsze może się zmienić; faktura jest labiryntowa, a wszystkie instrumenty mocno oddzielone od siebie. Wspaniała muzyka: opresyjna, intelektualna, liryczna, emocjonalnie bardzo niejednoznaczna, mimo że bardzo intensywna. Kontrast daje jej druga część, statyczna, w której liryczne melodie gra zwykle jeden instrument, podczas gdy pozostałe tworzą liniowe, medytacyjne tło, często na jednym tonie - ostatecznie i tak zmierza to do intensyfikacji dramatyzmu pod koniec. Trzecia część to rodzaj upiornego, opresyjnego tańca - pociągająca, ale niepokojąca; mniej ciekawa niż pozostałe, ale jej finał to Szostakowiczowskie budowanie posępnej magicznej atmosfery at its finest. W czwartej kompozytor długo ze względnym spokojem kontempluje piękny, liryczny temat, by w końcu przejść do fascynujących, fakturalnie rozpasanych wariacji i odwrócić wszystko tak, żeby historia skończyła się pozytywnie. Tajemnicy koniec końców ciągle pozostaje sporo, a happy end nie wydaje się ostateczny. Szostakowicz w wersji kameralnej ma dla mnie sporo z Schoenberga, mimo że generalnie byli to bardzo odmienni kompozytorzy.


8.5/10

Komentarze