Irlandia Północna: część I. Po murach historii i schodach przyrody

Jaki jest najbardziej specyficzny (niezwykły, nietypowy) obszar geopolityczny w Europie? Odpowiedzi na to pytanie będą na pewno rozmaite. Jak sądzę, najczęściej i najłatwiej przychodzić może do głowy Watykan, Kosowo, Szwajcaria, Islandia, może obwód kaliningradzki, Krym. Raczej nie byłaby w czubie najczęściej udzielanych odpowiedzi Irlandia Północna. A jednak, co najmniej pod jednym, ale bardzo istotnym aspektem, jest to moim zdaniem największy europejski dziwoląg.

Gdyby nie ta podróż, która zmobilizowała mnie, by liznąć nieco historii, do dziś intuicyjnie sądziłbym, że Irlandia Północna to po prostu kawałek Irlandii, który ekspansywno-krwiożercza Anglia pod sztandarem Imperium Brytyjskiego zagarnęła siłą militarną, a dziś utrzymuje w swoim władaniu poprzez uzależnienie ekonomiczne. Z grubsza coś jak Szkocja, z tą różnicą, że Szkocję chapsnęli w całości. Prawda jest jednak bardziej złożona i dla mnie dość zaskakująca. Anglia faktycznie zagarnęła siłą Irlandię, ale po pierwsze też w całości, a po drugie już w średniowieczu. Dzisiejsza Republika Irlandii, składająca się ze zdecydowanej, choć może nie przytłaczającej większości wyspy, istnieje niespełna sto lat, tymczasem Irlandia Północna jest częścią Imperium Brytyjskiego praktycznie nieprzerwanie od rzeczonych wieków średnich. Już to było dla mnie nowością (być może to wstydliwe wyznanie, chociaż historia tej wyspy jest w Polsce naprawdę zadziwiająco nieuświadomiona), a jeszcze większą fakt, że te niecałe sto lat temu wyspa została podzielona w dużej mierze dlatego, że spora część mieszkańców północnych hrabstw tego po prostu chciała. A spora część tego chciała, bo spora część była osadnikami lub potomkami osadników angielskich i szkockich.

W Republice Irlandii sprawa jest dość prosta - składa się głównie z Irlandczyków i głównie z katolików (przynajmniej z tradycyjnej rodzinnej przynależności, bo ostatnimi laty kościół katolicki ponosi tam spektakularną klęskę i spadek wpływów dzięki długiej i rozległej serii kompromitujących skandali na tle seksualnym). W Irlandii Północnej, po prawie stu latach wewnętrznych podziałów, które przybierały różne rozmiary od niepewności do terrorystycznej wojny domowej, sytuacja jest ciągle złożona. Są tu irlandzcy katolicy, brytyjscy protestanci, są ludzie, którzy określają się po prostu jako Północni Irlandczycy, odcinając od podziałów; są oczywiście i tacy, którzy mają gdzieś narodowość i przynależność religijną (i chyba jest ich całkiem sporo). Co więcej, żadna z tych grup nie stanowi większości. W cenzusie z 2011 roku niecałe 50% mieszkańców terytorium uznawało się za Brytyjczyków, niecałe 30% za Irlandczyków, niecałe 30% za Irlandczyków Północnych (odpowiedzi można było udzielać kilku). Trzeba mieć na uwadze, że na pewno spora część udzieliła odpowiedzi na odczepne, nie przywiązując do niej wagi. No i że to było 8 lat temu, a teraz takich osób byłoby jeszcze więcej niż wtedy.

Wyniki cenzusu pokazują, że ten zrównoważony podział nie rozkłada się w Irlandii Północnej równomiernie. W dystrykcie Carrickfergus za Brytyjczyków uznało się aż 76,5% mieszkańców, a za Irlandczyków zaledwie 5,3%. W dystrykcie Newry and Mourne dla porównania pierwszych było 20,2%, a drugich 53%. Co nie mniej ciekawe, w każdym z 26 dystryktów odsetek mieszkańców uważających się za Północnych Irlandczyków plasował się w wąskim przedziale miedzy 27,1% a 34,1%.

Liczby na bok. Do mnie bardziej niż liczby przemówiły rozmowy z tubylcami (raczej Republiki niż Irlandii Północnej), którzy na zadawane przeze mnie pytania o tożsamość mieszkańców tego kraju i ich wzajemny stosunek do Irlandczyków z Irlandii-Irlandii nigdy nie udzielali prostych i jednoznacznych odpowiedzi, mówiąc zwykle o podzielonym społeczeństwie, złożonej sytuacji, niestabilności i uzależniając tożsamość od danego człowieka. Mój ostatni i najbardziej interesujący rozmówca, z którym poruszyłem ten temat, na pierwsze pytanie po prostu wybuchnął śmiechem, by zakończyć wywód wiele mówiącym stwierdzeniem: they don't know who they are.

A jeszcze bardziej przemówiło do mnie - i zadecydowało o tym, że traktuję Irlandię Północną oddzielnie i czynię to z dość silnym przekonaniem - wrażenie, jakie wywarł na mnie ten kraj. 100 lat panowania Irlandczyków zmieniło Republikę Irlandii w oddzielny kulturowo kraj. Setki lat panowania Anglików w IP sprawiło z kolei, że jest tam po prostu brytyjsko. W porównaniu z resztą wyspy: bardzo brytyjsko. I zdecydowanie inaczej.

Poczułem to od samego początku, jak tylko wjechałem do Derry (będącego i tak jednym z najbardziej irlandzkich obszarów Irlandii Północnej). Zmieniło się budownictwo - nie bywałem w Anglii często, długo i niedawno, ale i tak natychmiast dostałem flashbacków z Londynu. Jest bardziej powtarzalne, uporządkowane, miejskie. Zmienili się ludzie - są mniej serdeczni, dużo bardziej formalni, sztywniejsi, neutralni. Zmieniła się zwyczajnie atmosfera, czułem się tam inaczej. Powiem wprost: gorzej. Lata terrorystycznej przeszłości, która zdaniem wielu mieszkańców jest ciągle gotowa powrócić, wisi trochę nad tym miejscem i tymi ludźmi. Nie jest tu tak romantycznie i bajkowo, jest bardziej przyziemnie, oschlej. Tym niemniej nie brakuje tu miejsc fascynujących, przepięknych, topowych w skali wyspy i całego kontynentu, zarówno jeśli chodzi o naturę, jak i o kulturę. Choć nie są zdecydowanie usiane aż tak gęsto.

Choć ostatecznie uznałem, że Irlandia Północna to na tyle osobny region, że na blogu potraktuję ją osobno, to nie mogę nie wpisywać tych notek w kontekst wpisów o Republice, bo była to jedna, spójna podróż naokoło całej wyspy. No i jak wiele te dwa terytoria dzieli, tak niemało je też łączy. Podziały są najbardziej odczuwalne w miastach - małe miasteczka są już mocniej zbliżone, wiejskie krajobrazy niemal identyczne, a natura jest po prostu logiczną kontynuacją natury całej wyspy (może nie licząc tego, że trochę bardziej upaństwowiona). I podobnie jak w Republice, tak i tutaj natura wygrała rywalizację z kulturą.

Ale zacząłem od tej drugiej, chwilę po ukończeniu Wild Atlantic Way wjeżdżając późnym wieczorem do Derry, przez brytyjskie władze nazywanego Londonderry (pierwszy człon nazwy jest sukcesywnie zamalowywany na znakach drogowych). Miasto to - drugie największe w Irlandii Północnej, czwarte na wyspie - ma jeden konkretny symbol, którym jest Oblężenie Derry z przełomu 1688 i 1689 roku, kiedy to przez 105 dni protestanccy mieszkańcy miasta odpierali oblężenie katolickich sił irlandzkich. Symbolem tego symbolu (dla odmiany nie katolickiej, a protestanckiej martyrologii) są dzisiaj najlepiej zachowane mury miejskie na całej wyspie.

Wieczorne Derry przywitało mnie atmosferą odrobinę niepokojącą, odrobinę posępną. Nie było jeszcze aż tak późno, nie było też aż tak zimno, a jednak ulice były raczej opustoszałe, z tylko nielicznymi grupkami pijanych młodych ludzi przechodzącymi z pubu do pubu. Nie dało się już dostać nic sensowniejszego do jedzenia niż fast food - i to zdecydowanie gorszej jakości niż w Polsce. Wynagrodził mi to piękny widok z okna: z zaledwie drugiego piętra, ale dzięki nierównemu ukształtowaniu miasta bardzo rozległy.








W słoneczny poniedziałkowy poranek Derry jawi się już jako zupełnie inne miasto: żywotne, pogodne, energiczne, a jednocześnie przyjemnie kameralne. Można by zasugerować, że słoneczny poranek generalnie tak działa, ale już na przykład Belfastowi nawet on nie pomógł przełamać posępności miasta. Po Derry chodzi się bardzo przyjemnie; nierówny teren zapewnia ładne panoramy, jest dużo zieleni i zadbanego budownictwa, co chwilę natknąć się można na jakąś ładną budowlę.









Najpiękniejszą z nich jest Guildhall, czyli odmiana ratusza miejskiego, zbudowanego na przełomie XIX i XX wieku z wieżą wzorowaną na Big Benie. To niezwykła budowla: ornamentacje są na tyle daleko posunięte, a użyty rodzaj kamienia na tyle barwny, że to dla mnie taki neogotyk romansujący wręcz z secesją. Efekt jest ze wszech miar pozytywny: właściwie to nawet najładniejszy ratusz na wyspie, moim zdaniem ciekawszy od gigantomańskiego ratusza z Belfastu.




Derry i jego atrakcje najlepiej poznaje się, spacerując po tej najbardziej znaczącej atrakcji: murach miejskich z 1619 roku. Mury ułożone są w kwadrat, który otacza ścisłe centrum miasta, mają 1,5 kilometra, 8 metrów wysokości i 9 metrów grubości. Rozciągają się z nich w niektórych punktach świetne panoramy. To jeden z najfajniejszych miejskich spacerów, jakie można sobie urządzić na całej Irlandii.







Murami dojdziemy też do najstarszego budynku w mieście: katedry św. Kolumba z 1633 roku. Z zewnątrz jest to kościół po prostu ładny, o ciężkiej bryle i kwadratowej wieży z wapienia, ale ożywianych i odciążanych przez dekoracyjne, piaskowcowe maswerki. Tak jak prawie każdy kościół Irlandii, tak i ten największe wrażenie robi od wewnątrz, gdzie biel ścian międzynawowych wchodzi w przepyszną grę kolorystyczną z szarością kamienia ścian zewnętrznych i ciemnym brązem sklepienia i ław, a to wszystko roziskrzane jest jeszcze kolorowymi witrażami.









Derry wydaje się miastem, które śmiało może zająć wnikliwą osobę na cały dzień, ale ja mogłem mu poświęcić tylko te parę porannych godzin zwiedzania. Czas mi było kierować się na wschód wzdłuż północnego wybrzeża, by odkryć największe skarby Irlandii Północnej, a więc skarby natury. Wcześniej jeszcze udało mi się wstąpić do chyba najsłynniejszej, cieszącej się na świecie największą estymą irlandzkiej destylarni whiskey – The Old Bushmills Distillery (niekoniecznie produkującej najlepszą irlandzką whiskey, choć przed renesansem tejże w ostatnich latach chyba tak było - w dalszym ciągu jest co najmniej w topie i po prostu robi bardzo dobry alkohol). Najsłynniejszej i najbardziej estetycznej: zabudowania z końcówki XIX wieku to piękne i klimatyczne oblicze przemysłowej infrastruktury. Wewnątrz niestety nie wolno robić zdjęć, ale najładniejsze widoki są i tak na zewnątrz. Sprzedawana tylko i wyłącznie w destylarni 12-letnia wersja Bushmillsa, jakiej kieliszkiem zakończyło się zwiedzanie, nie była wprawdzie trunkiem wybitnym, ale na tyle dobrym, bym skusił się na zakup butelki.






Z Bushmillsa jest nie więcej niż dziesięć minut jazdy do bezsprzecznie najsłynniejszej i moim zdaniem też po prostu najwspanialszej atrakcji Irlandii Północnej. Giant’s Causeway, czyli Grobla Olbrzyma, to zresztą najbardziej zadziwiające dzieło natury na całej wyspie, a to znaczy bardzo wiele, nawet jeśli nie jest to dzieło najbardziej zachwycające. To właściwie w pełnym tego znaczeniu cud natury: spora nabrzeżna połać heksagonalnych bazaltowych kolumn o różnej wysokości, które uformowały się 50-60 mln lat temu w wyniku erupcji wulkanicznej. Konsekwentna geometryzacja tych form, przypominających nikomu niepotrzebne i ekscentryczne schody, bardzo utrudnia przyjęcie do wiadomości, że nie maczała w tym palców jakaś cywilizacja. Stąpanie po grobli daje jeszcze jeden wymiar zachwytu przyrodą, nieco inny niż te wszystkie monumentalne klify zachodniego wybrzeża wyspy: bardziej radosne, barwne, żywe. Nie czułem się przytłoczony potęgą natury, raczej urzeczony i rozpromieniony jej inwencją i przewrotnością. Swoje robi też kontekst krajobrazowy, w jaki grobla jest wpisana: nieregularnie, spokojnie acz głośno zalewane wodą nabrzeże i malownicze, łagodne, porośnięte trawą klify z tyłu. Zwiedzających jest mnóstwo, ale grobla na tyle rozległa, że da się znaleźć kawałek tylko dla siebie.













Kawałeczek dalej wzdłuż wybrzeża na wschód znajduje się druga najsłynniejsza atrakcja Irlandii Północnej, czyli most linowy Carrick-a-Rede, łączący mainland z malutką skalistą wysepką Carrickarede. Podobno rybacy przerzucali w tym miejscu most już od trzech i pół wieku, natomiast obecna solidna konstrukcja ma tylko 11 lat, wznosząc się na 30 metrów nad oceanem i mając 20 metrów długości. Sam mostek, który przebywa się w nie więcej niż pół minuty, odbieram bardziej jako pretekst do podziwiania okolicznej przyrody: nieregularnych, pozieleniałych klifów, odległych wysp, formacji skalnych, oceanu (łamanego na Morze Szkockie). W tej scenerii pożegnałem się nie bez żalu z irlandzkim wybrzeżem, odbijając się od niego już po raz ostatni.










Żegnałem się też już powoli z irlandzką naturą. Plan na ostatnie pięć dni podróży był już wypełniony wyłącznie punktami kulturalnymi. Ostateczne pożegnanie nastąpiło jednak nie na wybrzeżu, a w głębi lądu, gdzie w drodze do Belfastu zatrzymałem się przy Dark Hedges, baśniowej wiejskiej alei obsadzonej bukami, które fantastycznie wykręcają gałęzie, jakby wyjęte były z Harry’ego Pottera, Władcy Pierścieni czy jakiejkolwiek innej baśni, gdzie pojawia się motyw ożywionych drzew.




Do tej pory Irlandia Północna pokazywała mi raczej swoje pogodne, piękne, malownicze oblicze. Kierowałem się już jednak do jej stolicy, która miała trochę to przełamać i przypomnieć o trudnej przeszłości tego kraju.

Komentarze