Kenny Burrell: "Midnight Blue"

1963

Klimatyczny, maksymalnie zchilloutowany, subtelny, leciutki, przyjemny, relaksujący, nokturnalny... ale też trochę zbyt grzeczny, bezpieczny i monotonny album. Parę przesiąkniętych bluesem kawałków z przezroczystą pracą sekcji rytmicznej, tylko solidnymi solówkami saksofonu i bardzo fajnymi solówkami Burrella na gitarze, które nie próbują być wielką muzyką, a raczej przeciwnie, skutecznie starają się być na tyle małe, by ciężko było je traktować jako coś więcej niż tło. Tło jakże przyjemne, ale powstało w jazzie dużo albumów, które są idealne na tło, a jednak dużo ciekawsze. Mógłby to być bardziej istotny album, gdyby Burrell miał jeszcze więcej przestrzeni niż ma i gdyby ośmielał się zapuszczać w trochę zawilsze improwizacje, bo umiejętności ku temu posiada, co udowadnia w paru miejscach. Najbardziej zresztą na liście spodobała mi się impresjonistyczna miniaturka Soul Lament, która odrywa się od bluesowego schematu, jest właściwie niemal czystą wypowiedzią gitary z drobnymi wtrąceniami kontrabasu i pozwala sobie na lekko melancholijny odcień. Chyba jestem mocno rozpieszczony i zblazowany, bo to jest naprawdę strasznie przyjemna, stuprocentowo bezpretensjonalna i bez zarzutu wykonana muzyka, ale co zrobić.


6.5/10

Komentarze