Noah Howard: "The Black Ark"

1973

Bardzo dobry, nieustępliwy, radykalny, a jednocześnie gorący free jazz od twórcy dużo mniej dziś znanego niż najwięksi tego gatunku, ale mającego co nieco z Aylera, co nieco z Sandersa. Jest to jakby free jazz na zgliszczach bopu - mamy tu temat na otwarcie i zakończenie, a pomiędzy co do zasady kolejne solówki poszczególnych instrumentalistów. Ale tematy są ekscentryczne, zdeformowane i zagrane jakby prymitywistycznie, niechlujnie, a solówki - choć niektóre niepozbawione pozostałości "figuratywnego" frazowania - dzikie, kakofoniczne, mocno abstrakcyjne. Resztki idiomu pozwoliły jednak nadać tej muzyce duszę, której tak radykalnemu free czasem brakuje. A radykalnie jest - na poziomie brzmieniowym przede wszystkim, bo wszyscy instrumentaliści - saksofoniści najbardziej - potrafią zmuszać swoje instrumenty do dźwięków z piekła rodem (choć nie jest to jeszcze brutalny, pełen horroru szturm spod znaku Brötzmanna - to ciągle muzyka ciepła, nawet podpadająca poniekąd pod spiritual jazz). Sekcja "rytmiczna" nie chce im ustępować i tworzy tło wybitnie gęste, hałaśliwe, zapiekłe.

Mimo bopowych wstawek nie ustępuje w dzikości i energii wielu najlepszym free jazzowym albumom; ustępuje jednak mimo wszystko kunsztem wykonania i oryginalnością. Odrobinę zanadto na oślep jest ta muzyka zrobiona i nie ma w tej oślepłości tyle bystrości, co u największych. Ale jakieś tam niebagatelne miejsce w kanonie Noah Howard sobie wywalczył.



7.5/10

Komentarze