Neil Young: "After the Gold Rush"

1970

Co sprawiło, że ten album jest tak dobry? Pytanie wywołuje fakt, że jest dobry zaskakująco, bo na pierwszy rzut oka jest zbiorem dość prostych piosenek, których jakość muzyczna zasadza się w większej części na melodiach i emocjach, jednych i drugich mocno chwytliwych. Szczytem poszukiwania jest przyspieszenie rytmu czy choć trochę miejsca na improwizację w przyjemnym, ale niezbyt daleko dochodzącym jamie Southern Man; praktycznie każdy instrument, jaki tu słychać, mógłby być ogarniany przez osobę, która nie aż tak dawno - choć bardzo dobrze - nauczyła się na nim grać i ciągle trzyma się mocno schematów. 

Wyjątkowość spośród tysięcy innych albumów, o których można powiedzieć te same zdania, zapewnia Youngowi po pierwsze to, że miał jednak wyjątkowy dar do budowania chwytliwych melodii i emocji - niektóre są bardzo bezpośrednio ujmujące, wyeksponowane i właściwie już są ckliwe, ale w chłopięcym głosie, prostodusznych i nabrzmiałych emocjami gitarze (Tell Me Why) i pianinie (After the Gold Rush) tego twórcy ckliwość przestaje być mankamentem, jest na swój sposób smaczna i w wielu utworach pociągająca. Melodie są tu naprawdę kunsztowne i bynajmniej nie schematyczne - co najwyżej wpisane w dość schematyczne ramy rytmiczno-harmoniczno-brzmieniowe, ale też bez zarzutu z nich korzystające, zwłaszcza z harmonii. Część robi tu zakorzenienie w kolektywie - wpływy amerykańskiego folku - a chyba większą część wyjątkowość jednostki, spora wrażliwość Younga, powiew wyobcowania, samotności w tym kolektywie. Wszystko od początku do końca heartwarming. Jeden z najlepszych adresów, jeśli ma się ochotę po prostu na bardzo dobre piosenki pełne duszy autora.



7.5/10

Komentarze