Wolfgang Amadeus Mozart: XX koncert fortepianowy

1785 / wykonanie: Clifford Curzon, English Chamber Orchestra, Benjamin Britten, 1970

A może to jednak Mozarta należałoby uznać za ojca, a co najmniej dziadka muzycznego romantyzmu? Dwudziesty koncert fortepianowy wyznacza nie tylko początek serii tych naprawdę wielkich concerti złotego Salzburczyka, ale też początek Mozarta mrocznego, na swój sposób tragicznego, demonicznego, jakby nieuchronnie ciążącego w stronę swej przedwczesnej śmierci. I choć to oblicze kompozytora, tak odmienne od prawie całej jego młodzieńczej muzyki, nie ma ćwierci intensywności ni głębi emocjonalnej Beethovena i wielu po nim, to efekt ma swoją osobną jakość. Mrok nie jest tu bowiem głównym, wyodrębnionym ze świata motywem, któremu wszystko inne miałoby być podporządkowane, lecz wdziera się "organicznie" w idealny, oświeceniowy, salonowo-pałacowy świat, skutkiem czego - paradoksalnie, bo będąc wciąż elementem teatralności klasycystycznych sal koncertowych - wydaje się na pewnym poziomie żywszy i przez to bardziej dosadny.

Najlepsze tu zdecydowanie, otwierające całość i stanowiące blisko połowę utworu Allegro to prezentacja rozlicznych, klasycystycznie wysubtelnionych, ale sugestywnych, złowieszczych motywów, które są niczym pierwsza muzyka w historii, która pasuje do horroru. Mozart za pomocą napiętej chromatyką, niemal trumiennej harmonii, intensywnej melodyki, odpowiedniego operowania fakturą i dynamiką oraz doskonałemu panowaniu nad natężeniem ciemności w horyzontalnym przekroju dzieła od pierwszych sekund zarzuca na odbiorcę subtelny całun ciemności. Wszystko to jest splecione dość ściśle z lżejszą, klasycystyczną, przyjazną muzyką, więc efekt jest taki, jakby w idealnym, spokojnym świecie pojawił się lub został dostrzeżony mroczny czynnik, którego pełne uprzedmiotowienie dopiero nadciąga. Wymusza to pewną teatralność mroku, bo i w teatralnym świecie się on pojawia, ale nieszczególnie umniejsza to jego wydźwięk. Relacja fortepianu z orkiestrą jest ścisła formalnie, ale te dwa stronnictwa są alla concertante dość mocno od siebie oddzielone tożsamością emocjonalną, gdzie, jak to często bywa, choć niekoniecznie często w XVIII wieku (zasługa Mozarta dla rozwoju concerto widoczna jak na dłoni) instrument solowy jest reprezentacją jednostki, jeszcze niewinnej, spokojnej i nie do końca świadomej, a orkiestra reprezentacją świata, z którym powoli coś zaczyna się robić nie w porządku. 

Środkowe Romanze łatwo byłoby odczytać jako schlebiające publice odciążenie atmosfery i powrót do mozartowskich korzeni, łatwo nawet można by mu zarzucić nadmierną prostotę - na pierwszy rzut oka to salonowa sielanka do snu, z przesłodką melodią i gładkim akompaniamentem, wybitnie przyjemna, ale niezbyt głęboka. Sęk jednak w tym, że to już nie jest to samo - nawet spod najspokojniejszych fragmentów wyziera jakaś tęsknota, a w środku części pojawia się dramatyczny dołek, który jest czymś więcej, niż tylko formalnym ratunkiem dla obligatoryjnej porcji muzycznego dramatyzmu - jest prawdziwszy od całej reszty.

Finalne Rondo zaczyna się od tak drapieżnie demonicznych szturmów, że spodziewamy się otrzymać Berlioza na kilkadziesiąt lat przed Berliozem. Oczywiście skłonność do formalnej elegancji przeważa, ale Mozart obiera ostatecznie bardzo interesujący kurs, który też z Berliozem ma coś wspólnego, wprowadzając element buffo i jakkolwiek mocno mrok i dramatyzm wydają się przez to mocno rozrzedzone, to takie zestawienie ma coś z szaleństwa. Można to odczytać optymistycznie lub pesymistycznie: mrok mrokiem, ale zawsze będziemy mieli humor albo też: możemy żartować bez końca, a mrok i tak nas dopadnie. Finał nie jest zbyt dosadny - utwór ginie nieco w zawieszeniu, pozostawiając w oczekiwaniu na konkluzję całej tej refleksji, na dalszy rozwój sytuacji - jest zbyt niepoważny, żeby mógł stanowić ostatnie zdanie po tym, co zostało powiedziane w Allegro.

Na radykalnej zmianie nastroju - radykalnej przynajmniej wówczas, jeśli porównać ten koncert z praktycznie wszystkimi utworami, jakie wychodziły spod ręki Mozarta przez wiele lat jego życia - nie cierpią formalne walory jego muzyki, kojarzące się raczej z nastrojem lżejszym. W dalszym ciągu, a może nawet jeszcze bardziej jest to dzieło niezwykle gładkie, rozlewające się bez najmniejszych oporów powietrza, melodycznie czyste jak świeży śnieg, z akompaniamentem o idealnie pogodzonej czystości i finezji, z niewidocznym, ale niezawodnym klejem pomiędzy kolejnymi taktami. 

Pewnie że nie jest to horror krwawy, niszczycielski i totalny. To właściwie rzecz jakiegoś tam już wysubtelnienia zmysłów i może nawet rozpoznania historycznego, by z bagażem muzyki XX-wiecznej w umyśle dostrzec demonizm w tym XVIII-wiecznym koncercie. Jakkolwiek kuriozalnym nie będzie to zestawienie: od Mozarta do Pendereckiego kawał drogi. Ale czy nie jest z pewnego punktu widzenia od wojennej pożogi jeszcze większą zgrozą widok, jak mroczna strona świata zaczyna dopadać nawet lekkodusznego, żartobliwego, kursującego od pałacu do ogrodu geniusza muzycznego z rozkosznych austriackich miast i dworów? It's like a perfect world started to collapse, subtly yet firmly.



9.0/10

Komentarze