Mazowieckie: część II. Kosmopolityzm narodowy

Jeden do pięciu. Tak w przybliżeniu rozłożył się stosunek czasu, jaki poświęciłem na zwiedzanie całego Mazowsza poza jednym miastem do czasu na zwiedzanie tego jednego miasta. Była to sytuacja nieporównywalna z całą resztą województw, gdzie w skrajnych przypadkach stosunek ten prezentował się jeden do jednego. I choć Warszawa nie zagarnia większości ludności mazowieckiego, to z punktu widzenia podróżnika jest miastem większym od całego regionu, w którym się znajduje.

Pisanie o stolicy Polski można rozpocząć od tylu różnych myśli, że ciężko wybrać jedną. Choć uważam, że jeśli chodzi o piękno estetyczne i piękno poznawcze (to znaczy "ciekawość"), Warszawa nie mieści się na podium polskich miast, lecz krok za nim, to chyba ze wszystkich tych miast jest największym i najbardziej niejednolitym tematem. Szczyci się oczywiście największą liczbą ludności, ponad dwukrotnie większą niż drugi Kraków; ma też najrozleglejszą powierzchnię, a mimo niej - spośród poważniejszych miast - najgęstsze zaludnienie. Nie ma najdłuższej historii - jest wprawdzie miastem średniowiecznym, z korzeniami w XII lub XIII wieku, ale dopiero w wieku XV stała się najważniejszym ośrodkiem Mazowsza, a dopiero w XVI - całej Polski. Te kilkaset lat wystarczyło jednak w zupełności, by nadgonić zaległości względem Krakowa i innych wielkich miast, i pod względem turystycznym jest niezmiernie obfitym miejscem.

Mimo wszystko najsilniejsze wrażenie, jakie pozostawiła we mnie po sobie ponad pięciodniowa wizyta w Warszawie, to wrażenie pewnego paradoksu. Z jednej strony bowiem patrząc, stolica Polski jest najbardziej niezwykłym miastem tego kraju, to jest najmniej przypominającym wszystkie inne. Innymi słowy, jeśli ktoś chce poczuć się możliwe najmniej jak w Polsce, a w Polsce pozostać, powinien skierować się właśnie tu i wylądować na Śródmieściu. Widok wieżowców w tej części miasta, osaczenie ich liczbą i przytłoczenie ich wysokością, połączone jeszcze ze skrajnie intensywnym ruchem pieszym i drogowym, daje wrażenie nieporównywalne z czymkolwiek innym w kraju. Wrażenie, że wyjechaliśmy do wielkiego, bogatego, nowego świata. Wrażenie to mówi wprost: Warszawa to międzynarodowa metropolia, niemal państwo-miasto, w którym dzieją się te najważniejsze rzeczy, gdzie kwitnie biznes, gdzie wszystko jest większe i bardziej nowoczesne.

A patrząc ze strony drugiej, nie ma w Polsce nic bardziej polskiego od Warszawy. Między innymi właśnie dlatego, że w pełni sił wkroczyła na scenę dopiero w XVI wieku i zagarnęła dla siebie tę nowszą historię - a więc historię lepiej udokumentowaną, bardziej intensywną, związaną z większą liczbą nazwisk, lepiej znaną. Nigdzie indziej nie natkniemy się na tak niezmierzoną liczbę pomników, tablic pamiątkowych, muzeów i innych miejsc pamięci, poświęconych postaciom i wydarzeniom, o których jako Polacy słyszeliśmy przez całe życie nieskończoną liczbę razy - nierzadko do mdłości. Nigdzie nie poznamy lepiej Polski z czasu królów elekcyjnych, zaborów i PRLu. Nigdzie nie znajdziemy tylu i tak zagęszczonych legendarnych - nie zawsze dobrą legendą - instytucji państwowych. Nigdzie, chyba nawet w Krakowie, nie natrafimy na tyle kultowych budynków, placów, ulic, parków i w ogóle różnych motywów, które z jakiegoś powodu kojarzymy dość dobrze, choć w Warszawie nigdy nie mieszkaliśmy. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy znalazłem się w Warszawie jako dorosły, świadomy człowiek i spojrzałem na nią refleksyjnym wzrokiem, miałem odczucie, jakby odległy, sztuczny świat z telewizji, gazet oraz podręczników do historii i WOSu nagle się przede mną zmaterializował. Jakby tu i tylko tu Polska się faktycznie działa, dając się biernie obserwować przez resztę kraju.





Może następne skojarzenie w kolejce to skojarzenie z pozytywnym zaskoczeniem, które poniekąd wynika z rozczarowania wielu osób. Warszawa w kategoriach piękna i atrakcyjności turystycznej nie cieszy się w Polsce zbyt dobrą sławą. Myślę, że jest to wspólnym, uniwersalnym doświadczeniem wszystkich ludzi spoza Warszawy, że dużo częściej w rozmowach słyszeli opinie, że stolica jest brzydka, rozczarowująca i w ogóle do niczego, niż opinie jednoznacznie afirmatywne. Wymiana negatywnych zdań o tym mieście jest stosunkowo często pojawiającym się w rozmowach Polaków motywem. Poniekąd wynika to z normalnej na całym świecie, w Polsce i tak jeszcze nie aż tak silnej relacji między mieszkańcami stolic i reszty kraju, opartej na wymianie z pierwszej strony podszytego pychą lekceważenia, a z drugiej podszytej kompleksami pogardy (oczywiście tylko czasem przybierającej realnie chorobliwe formy i rozmiary). Jednak Warszawa ma faktyczny potencjał na rozczarowanie - bo nie oferuje tyle klasycznego, to jest przede wszystkim staromiejskiego piękna, jak nie tylko Wrocław, Gdańsk i Kraków, ale też parę innych polskich miast. A przecież jest największa i jest stolicą, więc wymagania założone są wysoko. W dodatku jej główną wizytówką jest fragment Śródmieścia, w centrum którego sterczy nielubiany przez bardzo wielu Pałac Kultury i Nauki, a wokół niego kolejne i kolejne wieżowce, które w sporej części osób wywołają wrażenia przytłaczające, chłodne i po prostu niemiłe (również dlatego, że nie jest to najpiękniej z urbanistycznego punktu widzenia rozplanowana gęstwa wieżowców na świecie).






Na bazie tego zbiorowego rozczarowania ja wznoszę swoje pozytywne zaskoczenie, które nie zaczęło się bynajmniej w tej podróży, ale które się w niej zmaksymalizowało. Jest faktem, że od kilku miast w kraju Warszawa daje mniej starówkowego piękna i uroku, a również w moim przypadku jest to ulubiona kategoria piękna i uroku w kontekście zwiedzanych miast, bo lubię się przenieść w przeszłość, odrealnić, wniknąć w niepowtarzalną atmosferę i podziwiać kunszt starej architektury. Po pierwsze jednak od kilku, nie kilkudziesięciu, więc nawet w tej kategorii jest jednym z najlepszych miast w Polsce: ja warszawskie stare miasto bardzo lubię, a jeśli traktować je jako jedną historyczną dzielnicę razem z tzw. Nowym Miastem i Krakowskim Przedmieściem z przyległościami - być może na palcach jednej ręki wymieniłbym lepsze polskie starówki. Po drugie i przede wszystkim - nadrabia na innych polach. Nadrabia architekturą może nie wybitnie starą, ale już wiekową, zwłaszcza jeśli chodzi o wysmakowane, barokowe, klasycystyczne i neostylowe pałace. Nadrabia najlepszymi muzeami w kraju i wspaniałymi parkami. Nadrabia znakomitą, niewyczerpaną sceną kulinarną i bardzo dobrą komunikacją miejską. W końcu, ale nie na końcu nadrabia tym, czym dla niektórych traci - zagłębiem wieżowców, które trochę piękna jednak w sobie mają, a od piękna abstrahując - robią potężne, wzniosłe wrażenie, przytłaczające mnie w sposób bardzo przyjemny. I jeszcze w w efekcie tego wszystkiego - nadrabia różnorodnością.






Sumarycznie Warszawy nie kocham i nie pokocham, ale jestem już niedaleki od stwierdzenia, że uwielbiam to miasto. Nie chciałbym w niej mieszkać - jest dla mnie po prostu za duża, zbyt biznesowa, zbyt zabiegana i pracująca, zbyt głośna i przytłaczająca, a i jako fanatyk starówek odczuwałbym w niej pewne niedostatki. Ale odwiedzam z przyjemnością. Teraz odwiedziłem ją już po raz któryś w życiu i odwiedzę jeszcze nieraz, ale żaden z razów nie był i pewnie nie będzie tak długi i tak intensywny jak ten, który złożył się na systematyczną podróż po województwie mazowieckim. Było to pięć pełnych dni bogatych wrażeń i uczuć i na myśl o tych dniach do dziś odczuwam jeszcze wewnętrzne wrzenie; robi mi się dobrze, przepełniają mnie emocje i poczucie, że to było coś dużego.

Ważnym wymiarem pobytu w stolicy były knajpy, z których kilka przeniósłbym chętnie do Wrocławia. Jedną z nich odwiedziłem chwilę po przybyciu do miasta w niedzielny wieczór - Diverso Ristorante Italiano równa się chyba najlepiej zrobione kalmary w moim życiu, znakomita ośmiornica i bardzo dobra pizza.



Od jedzenia zaczął się też pierwszy pełny dzień. Mimo wszelkich kulinarnych wspaniałości, jakich doświadczyłem w stolicy, najchętniej zabrałbym za sobą "prostą", ale genialną śniadaniarnię Bułkę przez bibułkę, w której świetna cena łączy się z doskonałą jakością i niepozostawiającą nic do życzenia kartą. Takie lokale powinny być wszędzie. Na jednej wizycie się nie skończyło - wrzucam od razu zdjęcia ze wszystkich.



W końcu mogło się rozpocząć właściwe zwiedzanie. Rozpoczęło się z grubej rury, bo od uważnych oględzin potężnego Pałacu Kultury i Nauki - budowli z mrocznymi korzeniami w pierwszej połowie lat 50. XX wieku. Mrocznymi, bo był to "dar sowietów dla narodu polskiego", wymyślony przez samego Józefa Stalina, zaprojektowany przez radzieckiego architekta na wzór podobnych gmachów w Moskwie, zwanych "siedmioma siostrami". Po części ta przeszłość, a po części sam styl architektoniczny - niezwykle ciężki, trochę posępny, aż zbyt potężny, dyktatorski, dumny, nieznoszący sprzeciwu, brutalny, pretensjonalny, groźny - sprawiają, że wielu Polaków za punkt honoru poczytuje sobie niechęć lub wręcz nienawiść do budynku, posuwając się nawet do absurdalnych postulatów wyburzenia go. A ja go lubię, być może nawet i uwielbiam, dając mu miejsce na podium na warszawskiej liście rzeczy do zobaczenia. W tym uwielbieniu jest jakiś pierwiastek masochistyczny - Pałac nie podoba mi się dokładnie w taki sposób, w jaki normalnie podoba mi się architektura. Ale wrażenie, jakie wywołuje - nawet jeśli nie jest ono czysto pozytywne - jest po prostu potężne. Nawet jego wady w pewnym sensie są jego zaletami, wzmacniając ten efekt. To od niedawna zaledwie drugi najwyższy budynek w Polsce.









Na później zostawiłem sobie wjazd na górę, na razie kierując się dalej i podziwiając okoliczne wieżowce, między innymi Varso - właśnie ten jeszcze wyższy budynek, który w 2021 roku wyprzedził Pałac, dobry, choć minimalnie nudny. Wymienić warto też kultową, wygiętą Złotą 44, zuchwale dziurawy Intercontinental czy - nieco dalej - Q22 o rozkosznie pościnanej bryle.



















W pobliżu tych wszystkich szklanych potworów kryje się kameralna, malutka Synagoga Nożyków, która jako jedyna z licznych warszawskich synagog przetrwała zawieruchę XX wieku. Dziś ten śliczny budynek z początku tego właśnie stulecia jest w pewnym sensie główną siedzibą polskich żydów, pozostając w swojej pierwotnej funkcji.


Była to przystawka przed jedną z najmocniej promowanych atrakcji całej Warszawy, jaką jest POLIN - Muzeum Historii Żydów Polskich. Działa od nieco ponad dekady w świetnym - zwłaszcza w środku - współczesnym budynku, od którego niemal nic innego w stolicy nie przyciąga więcej odwiedzających. A jednak przeżyłem pewne rozczarowanie. Muzeum jest niezłe, ale do swoich pretensji nie dorasta. Nie ma prawie żadnych autentycznych eksponatów - składa się głównie z reprodukcji, zdjęć, makiet, potwornych ilości tekstu i przenajświętszej multimedialności, która coraz częściej zaczyna mnie w muzeach nudzić lub irytować. Jest też dość chaotyczne - nie układa się w spójną, chronologiczną opowieść, raczej rzuca w tysiąc wątków naraz. Mimo wszystko ma bardzo dużą wartość merytoryczną, a takie zbombardowanie danymi to też interesująca forma przejścia przez muzeum, skutkująca sporą intensywnością wrażeń. Naprzeciwko gmachu muzeum stoi słynny i dość przyzwoity Pomnik Bohaterów Getta.






























Żydowski tryptyk zakończyła wizyta na cmentarzu żydowskim, który w bardzo dobrym stanie przetrwał wojnę i pozostaje drugim największym takim obiektem w Polsce (po łódzkim). Bardzo gęsty i klimatyczny, zdaje się nieskończony - tylko delikatnie go nadgryzłem.














Pozostając w klimatach raczej cierpiętniczych, odwiedziłem najbardziej obleganą atrakcję całej Warszawy - Muzeum Powstania Warszawskiego, które w 2004 roku na 60-lecie wydarzenia (o którym nie tylko tu, ale w całej Warszawie jest tak głośno, że trochę mdli) otwarte zostało w klimatycznych zabudowaniach dawnej elektrowni tramwajowej. Rozczarowanie było chyba jeszcze większe niż w przypadku POLINu, choć w nieco innym aspekcie. To muzeum akurat gromadzi świetne eksponaty i tworzy bardziej sugestywne instalacje, poświęcone poszczególnym motywom i fragmentom powstania - ma potencjał na coś bardzo dobrego. Ten potencjał torpeduje jednak niewymówiony chaos - chyba jeszcze w żadnym muzeum w całym życiu nie byłem tak zdezorientowany i pogrążony w niepewności, gdzie się kierować, w jakiej kolejności brać się za kolejne wystawy, co robić. Chaos potęguje druga podstawowa wada muzeum - jest zbyt ciasne, a raczej przyjmuje zbyt wielu gości naraz. Raz w życiu warto zerknąć, ale czy jest to jakieś must-see: nie powiedziałbym, również dlatego, że mam wątpliwości, czy Powstanie Warszawskie jest wydarzeniem rozmiarów godnych bardzo dużego muzeum. Z całym szacunkiem i tak dalej, nie był to jakiś fascynujący proces historyczny i nic poza śmiercią, zniszczeniem i dodatkowym materiałem do martyrologicznego onanizmu w zasadzie z niego nie wynikło.


































Przyjemniej spędziło mi się czas, spacerując chwilę po wyjściu wśród kolejnej paczki warszawskich wieżowców, w ich drugim największym zagłębiu po najbliższej okolicy PKiN. Przyjemnie krągły i giętki Warsaw Spire zamyka podium najwyższych budynków w Polsce (czwarte miejsce ma już wrocławski Sky Tower), a elegancki, nieco ascetyczny, ekscytująco pościnany Warsaw Unit (miejsce szóste) kandyduje na mój ulubiony w stolicy.






Utratę energii po dwóch wielkich muzeach zrekompensowałem sobie w burgerowni Bydło i powidło, którą oceniam na podstawie jednego burgera i dodatków, wciągniętych na dość szybko, ale oceniam świetnie.

Ostatnie muzeum tego dnia pozwoliło mi uciec na chwilę od tematyki śmierci i cierpienia. Stacja Muzeum to największe w Polsce muzeum kolejnictwa, a jego oldskulowy charakter był miłą odmianą od pułapki multimedialności i interaktywności poprzednich dwóch. Część teoretyczna to istne zatrzęsienie ślicznych modeli pociągów, okraszonych zdjęciami i opisami, a część praktyczna - stare pociągi pełnych rozmiarów na opuszczonych peronach. Sympatyczne miejsce.
























Wieczór tego dnia spędziłem w znakomitej hinduskiej restauracji Guru - kolejnej, za której obecność we Wrocławiu dużo bym dał - w której towarzystwo było tak doborowe, a jedzenie tak pyszne, że zapomniałem zrobić zdjęć.

Po bardzo muzealnym, nieco przytłaczającym poniedziałku zabrałem się we wtorek za historyczne centrum Warszawy. Zanim jednak dotarłem na ścisłą starówkę, przewędrowałem najsłynniejszą chyba ulicą w stolicy - jeśli nie w całej Polsce - która na nią prowadzi. Krakowskie Przedmieście to pierwszy odcinek Traktu Królewskiego - blisko dziesięciokilometrowego szlaku, biegnącego od Placu Zamkowego do Wilanowa. Najbardziej prestiżowa droga stolicy w większości stanowi dziś szeroką i ruchliwą drogę - nieco ładniejsza robi się na Nowym Świecie, ale naprawdę atrakcyjna dopiero na najbardziej północnym kilometrze, czyli właśnie Krakowskim Przedmieściu, oddanym do użytku tylko autobusom, specjalnie uprawnionym pojazdom i oczywiście pieszym z rowerzystami. Przejście tą pogodną, zadbaną ulicą, otoczoną przez kamienice z XIX i XX wieku, dostarczyło mi sporej przyjemności - jest taka "kameralnie prestiżowa". Nowy Świat (jeszcze on na pierwszym zdjęciu) przechodzi w Krakowskie Przedmieście na wysokości pomnika Mikołaja Kopernika.








Pierwszy przystanek następuje szybko - to Kościół Świętego Krzyża z końca XVII wieku. Warszawa przegrywa dla mnie z trzema najpiękniejszymi polskimi miastami z różnych względów, a jednym z nich jest brak w stolicy naprawdę wybitnej architektury sakralnej. Ma jednak parę bardzo ładnych kościołów i z nich Święty Krzyż jest chyba moim ulubionym. Fasada, wpisana w pierzeję kamienic, jest jeszcze stosunkowo skromna, ale ma bardzo dobre proporcje i elegancję. W środku również jest elegancko i obficie w klasycystyczną symetrię, ale złote ołtarze wprowadzają już lekki przepych (wciąż jednak w miarę wyważony jak na przepych). Atrakcją samą w sobie jest serce Fryderyka Chopina, przywiezione niegdyś w słoiku z Paryża i wmurowane w jeden z filarów świątyni.















Posuwając się dalej ulicą, natrafiam na reprezentatywną bramę Uniwersytetu Warszawskiego, rzucam okiem na fasadę Kościoła Wizytek, a następnie na Pałac Prezydencki, którego białe umiarkowanie przytłacza czerń pomnika Józefa Poniatowskiego, przedstawionego niczym antyczny heros.




Bardzo ładna, piaskowcowa, klasycystyczna fasada Kościoła WNMP i św. Józefa z przełomu XVII i XVIII wieku, przytulonego do Pałacu Prezydenckiego, skrywa wnętrze ładne, ale nieco rozczarowujące - nieco sztampowy, biało-złoty barok.








Mijam nieco złowrogi pomnik Adama Mickiewicza i docieram do ostatniego kościoła Krakowskiego Przedmieścia - Kościoła św. Anny, z korzeniami w XIV wieku, ale w gruncie rzeczy XVIII-wiecznego. Fasada już nie tyle klasycystyczna, co niemal antyczna, a wnętrze to barok zupełnie inny, ten częstszy - barwny, intensywny, bombastyczny, choć silnie nacechowany klasycyzmem. Trochę mocniej, niż by się chciało, czuć, że wnętrze to powojenna renowacja.








I w końcu Plac Zamkowy, który pełni w Warszawie tę funkcję, jaką w innych miastach rynki, mimo że Warszawa rynek też posiada - funkcję głównego placu w mieście. Nie do końca satysfakcjonująca, ale całkiem przyjemna to przestrzeń z legendarną Kolumną Zygmunta III Wazy, z widokiem na parę pierwszych staromiejskich kamienic z jednej strony, a na Stadion Narodowy z drugiej. Przede wszystkim przestrzeń zdominowana przez rozległą sylwetkę Zamku Królewskiego - barokowo-klasycystycznej rezydencji, w której od XVI wieku urzędowali królowie Polski oraz sejm. Ciężko tę budowlę pomylić z czymś innym przez charakterystyczny kolor i cebulaste hełmy.








Do środka można i należy wejść z dwóch powodów. Pierwszym jest galeria zamkowa - nie za obfity, ale dość atrakcyjny zbiór sztuki, który warto zobaczyć już dla samych dwóch znakomitych obrazów Rembrandta. Dwóch z trzech w całej Polsce - innymi słowy, mogą to być jedne z paru, parunastu, pewnie góra parudziesięciu najlepszych dzieł sztuki, jakie w naszym kraju można podziwiać. Nie są to jakieś ochłapy, ale Rembrandt w pełnej sile twórczej.





































Drugi powód to niezwykle mocno ociekające luksusem, prestiżem, elegancją i bogactwem wnętrza apartamentów królewskich, odbudowanych po wojennych zniszczeniach. Może się tu zakręcić w głowie od natężenia polskości - najsłynniejsze obrazy Matejki, z których spoglądają na nas słynne postacie historyczne, dziesiątki hiperpolskich imion i nazwisk pobrzmiewających w audioprzewodniku, wszędobylskie orły polskie. Jeśli kogoś ta wizja przeraża, to trzeba zaznaczyć, że niektóre sale są po prostu potężnie imponujące swoim przepychem. Przezornie zabrałem tam ze sobą kogoś, kto bardziej adekwatnie ode mnie prezentuje się na tle piękna i luksusu.





























































Po tym długim preludium wkroczyłem w końcu na najwłaściwsze - również odbudowane - stare miasto Warszawy, które samo jest już stosunkowo małe i kameralne. Po raz kolejny - jak na stolicę nie imponuje, ale abstrahując od porównań - to milutka przestrzeń, w której można trochę pokluczyć i poprzeciskać się przez ciasne, półmroczne nawet w biały dzień uliczki z sympatycznymi, nie za wysokimi kamienicami.









Przy jednej z tych uliczek stoi najważniejsza świątynia Warszawy, Katedra św. Jana Chrzciciela, raczej rzadki w stolicy reprezentant gotyku, ciasno wpisany w staromiejską zabudowę. Kościół pochodzi z wieku XIV, ale obecnie to gotyk dość mocno odświeżony, zwłaszcza w nieco wysterylizowanym - choć przyjemnie mrocznym - wnętrzu.






Sercem starego miasta jest warszawski rynek na planie nie za dużego prostokąta, na środku którego stoi słynna Syrenka. Plac, który dla wielu jest obiektem drwin, ale to mimo wszystko jeden z kilkunastu najładniejszych rynków w Polsce, nawet jeśli - znowu - jak na stolicę to słaby wynik. Sądzę, że sporo by mu dało odsunięcie ogródków restauracji pod same ściany kamienic, jak to jest zazwyczaj - obecny układ nadaje mu zbyt zapchany charakter. Mimo to bardzo mi się to miejsce podoba, nawet jeśli nie wzbudza takich emocji, jakie niektóre polskie rynki wzbudzać potrafią.








W jednej z kamienic na rynku znajduje się stosunkowo mało znane, ale znakomite Muzeum Warszawy, które po nieco rozczarowującym poprzednim dniu przywróciło mi wiarę w stołeczne muzealnictwo. Stanowi świetne połączenie nowoczesności z treściwością - nagle okazuje się, że nie trzeba wszędobylskiej immersji, interakcji i multimedialności, żeby opowiadać ciekawie; nagle okazuje się, że trzy piętra niewielkiej kamienicy to czasem więcej niż ogromne, specjalnie dostosowane budynki. Muzeum w bardzo interesujący sposób dostarcza historycznych i aktualnych danych o stolicy, prezentuje nieskończone przedmioty związane z jej dziejami, zbiory archeologiczne, obrazy, stare mapy i plany budynków, detale architektoniczne, meble, zdjęcia, a to wszystko okraszone zajmującym i nie za długim tekstem. Każde miasto zasługuje na takie "muzeum siebie".

















































Stare miasto finalizuje ceglany, warszawski barbakan z połowy XVI wieku, niegdyś jedna z bram w murach miejskich, które częściowo zostały zrekonstruowane, nadając Warszawie namiastkę rzadkiej tu, średniowiecznej atmosfery.




Za barbakanem zaczyna się tzw. nowe miasto, które w zasadzie też jest starym miastem, tylko że nowszym. I choć nie jest tak spójne jak stare-stare, to też dostarcza paru przyjemnych uliczek, a jest znacznie mniej zatłoczone. Zerknąłem tu na niebrzydką, choć trochę siermiężną (zgodnie z nazwą) Katedrę Polową Wojska Polskiego, na niepiękny i też trochę siermiężny Pomnik Powstania Warszawskiego i na centralnie rozplanowany Kościół św. Kazimierza Królewicza z wydatną kopułą położny na bardzo przyjemnym, bardzo spokojnym rynku nowego miasta.












Wróciłem na kwaterę, żeby trochę odpocząć i w pewien przemiły sposób nagrodzić się za dzielne zwiedzanie, by następnie zacząć chyba najbardziej klimatyczny wieczór w trakcie pobytu w stolicy. Rozpoczął się on od wjazdu na Pałac Kultury i Nauki w promieniach zachodzącego słońca i ten moment chyba najmocniej zapadł mi w pamięć, stając się trochę wizytówką tej kilkudniowej wyprawy. Stąd pobliskie wieżowce dają się podziwiać najlepiej.










Bardziej niż smaczna była kolacja w pobliskim Beef n' Pepper, choć sama knajpa jest trochę przytłaczająca i przynajmniej wieczorem bym już do niej nie wrócił.



Rzuciłem okiem na nocny PKiN i ruszyłem na wieczorne oględziny starówki, której zmrok się dość mocno przydaje, tuszując estetyczne niedociągnięcia powojennej renowacji i nadając tej przestrzeni spokoju oraz atmosfery. Po dość ekspresowym spacerze wróciłem ostatecznie na kwaterę, gdzie czekał na mnie gorący rumianek i było to coś z kategorii najlepszych momentów w historii ludzkości.



















Dzień trzeci i środkowy był mniej rozdrobniony i nieco mniej intensywny - skupiłem się w nim na pięciu konkretnych obiektach, zlokalizowanych naokoło Krakowskiego Przedmieścia. Poranek rozpocząłem od Centrum Nauki Kopiernik, atrakcji w zasadzie bezprecedensowej w skali całego kraju. Miejsce, niestety bardzo oblegane przez dzieci, przez co przezornie jest moim śladem skierować się tam z samego rana, pozwala na interakcję z nieskończoną liczbą przedmiotów i konstrukcji w celu lepszego poznania i zrozumienia świata, głównie z punktu widzenia szeroko pojętej fizyki. Pouczająca i wciągająca rozrywka w zasadzie na cały dzień, jeśli chce się wszystko wypróbować i przeczytać, o co chodzi.













Tuż obok znajdują się świetne Ogrody Uniwersytetu Warszawskiego - ogólnodostępna, nieco futurystyczna zieleń, ulokowana głównie na dachu Biblioteki UW, gdzie nie tylko przyjemnie jest przebywać, ale też skąd rozciągają się dobre widoki na Warszawę.













Jednym z najlepszych warszawskich muzeów jest Muzeum Fryderyka Chopina, ulokowane w spektakularnym, wzniesionym na wzniesieniu Zamku Ostrogskich (raczej klasycystycznym pałacu niż zamku). Rozliczne przedmioty, związane z życiem, otoczeniem i czasami genialnego kompozytora, dość interesujące teksty oraz możliwość przesłuchania dowolnej ze wszystkich kompozycji i przeczytania czegoś o niej to propozycja godna choć jednego dnia w życiu. Polecam koniecznie zapoznać się z korespondencją Chopina z Konstancją Gładkowską - świadectwem ponadczasowości toposu romantycznych dram.






















Nowe miejsca z sushi we Wrocławiu pojawiają się w szybszym tempie, niż ja jestem w stanie sushi jeść, więc nie miałbym potrzeby zabierać do swojego miasta OTO!SUSHI z Nowego Świata, ale gdybym miał je pod domem, to pewnie nieraz bym wpadał, bo bardzo dobre.

W pięknym, klasycystycznym i tym samym bardzo klasycznym pałacu niedaleko Ogrodu Saskiego mieści się instytucja antyklasyczna: Galeria Sztuki Zachęta, warszawskie MoMA. Jest to tak zwane kompletne muzeum sztuki współczesnej - dostarcza dzieł i dziełek wszystkich czterech kategorii, jakie zwykle w takich miejscach występują, czyli interesujących, nudzących, śmieszących i żenujących. Szczęśliwie obiekty z tej pierwszej kategorii nie są w totalnej mniejszości i gdy się już pojawiają, potrafią być bardzo dobre. A że być może od nich wszystkich wciąż bardziej podoba mi się sam pałac wraz z wnętrzami - nie bijcie, jestem stary.

























Wspomniany już Ogród Saski to jeden z najsłynniejszych parków Warszawy. Niegdyś łączył się z potężnym Pałacem Saskim, z którego pozostał tylko fragment kolumnady. Dziś ten fragment jest zarazem Grobem Nieznanego Żołnierza, symbolicznie pilnowanym bez ustanku przez ochronę żołnierzy wojska polskiego. Przez pałacowe konotacje sam Ogród jest może odrobinę zbyt pałacowy właśnie - zbyt gładki, wyścieżkowany, symetryczny, po prostu zbyt francuski jak na mój gust, celujący raczej w parki angielskie. Ale i piękny, zwłaszcza w miejscu stawu, nad którym góruje klasycystyczna rotunda.












Czwartek rozpoczął się od gorączki muzeów. Miałem pewne wątpliwości, czy do i tak intensywnego planu wciskać jeszcze Muzeum Wojska Polskiego, jeśli wojsko polskie nie bardzo mnie obchodzi, ale że bardzo lubię oglądać ładne przedmioty, w tym ładną broń, to jednak się skusiłem. I było warto - mimo że muzeum jest tak oldskulowe, że aż momentami trochę zapyziałe w swojej formie, to najlepsze tego typu w całym kraju. Długo można podziwiać kunsztowne detale narzędzi do robienia innym krzywdy - i to wcale nie tych używanych przez wojsko polskie, bo osobna sala poświęcona broni innych nacji jest bardzo duża i może najciekawsza z całej wystawy.





































































































Gdyby jednak tylko jedno warszawskie muzeum można było obejrzeć, musiałoby to być Muzeum Narodowe, które być może znaczy nawet dla mnie więcej, niż wszystkie inne w stolicy razem wzięte. Pretenduje do miana najlepszego w kraju. Niewiarygodne jak na Polskę zbiory archeologiczne (Grecja, Rzym, Egipt, Nubia) i zbiory sztuki średniowiecznej klasy światowej to moje ulubione ekspozycje. Normalnie bardziej interesuje mnie malarstwo, ale, jak wiadomo, większość wielkich zagranicznych nazwisk dawno z Polski wywieziono - największą chlubą muzeum pod tym względem jest chyba najlepszy obraz z całego dorobku Greuze'a, może tondo Botticellego. Częściowo brak gigantów nadrabia bogactwo polskiego malarstwa - znajdziemy tu między innymi najbardziej turbopolski obraz wszech czasów, czyli gargantuiczną Bitwę pod Grunwaldem Matejki, ale bardziej do mojej wrażliwości przemawiają Kuropatwy na śniegu Chełmońskiego, zwłaszcza że o kuropatwach to ja trochę już wiem i wprost przepadam za tymi pięknymi ptakami. Na dokładkę jest trochę sztuki użytkowej. Dodatkowo miałem jeszcze niewiarygodne szczęście natrafić na wystawę czasową, poświęconą w całości twórczości Witkacego. Jak już wcześniej byłem entuzjastą tego człowieka, choć bardziej jako pisarza, tak ta wystawa dopiero rozbudziła we mnie podziw dla Witkacego-malarza rozmiarów bardzo, bardzo dużych.


































































































































































Po takim wysiłku intelektualnym zasłużenie było wciągnąć pizzę neapolitańską w podobno najlepszej pizzerii całej Warszawy, Pizzaiolo. Zaimponowała bardzo - byłaby we Wrocławiu chyba drugą najlepszą pizzerią, co jest wynikiem wybitnym. Choć daję słowo, że dziwniejszego kelnera nie spotkałem jeszcze w całym życiu.


Kolejny tłusty punkt na mapie Warszawy poprzedziło trochę kontemplacji przestrzeni miejskiej, konkretnie ulicy Marszałkowskiej, przechodzącej na pewnym odcinku w Plac Konstytucji i docierającej do słynnego z różnych względów Placu Zbawiciela. Nie licząc neorenesansowego, bardzo ładnego Kościoła Najświętszego Zbawiciela na tym ostatnim, całość jest przykładem modernistycznej architektury wczesnych lat PRLu i to przykładem miejscami bardzo atrakcyjnym, choć wrocławski Plac Kościuszki, z którym bardzo mi się to kojarzy, to jednak coś wyższej klasy.







Warszawa nie ma oczywistej atrakcji lub przestrzeni numer jeden. Osobiście, gdybym musiał wybrać miejsce, które w całej stolicy podoba mi się najbardziej, byłyby to Łazienki Królewskie - potężny zespół parkowo-pałacowy, założony pod koniec XVIII wieku przez ostatniego króla Polski. Stanowiąc syntezę sztuk architektury, aranżacji wnętrz, rzeźby i ogrodnictwa, Łazienki dają się nazwać najpiękniejszym parkiem w kraju - są ogromne, znajdują dobry balans pomiędzy swobodą założenia a ingerencją człowieka, nienachalnie urozmaicają naturę budowlami, mimo wielu odwiedzających pozwalają znaleźć kawałek przestrzeni dla siebie. Zamieszkuje je wyjątkowo liczna populacja wiewiórek, niestety niezbyt rozgarniętych (są to tak zwane "głupie wiewiórki", niepotrafiące uszanować dobrej woli osób, które przynoszą im orzechy - nawet tych najbardziej prestiżowych osób, to znaczy przyjeżdżających z zagranicy). Znajduje się tu też najsłynniejszy pomnik Chopina.


























Najwspanialszym miejscem w Łazienkach jest budynek dawnych Łaźni, a obecnie Pałac Na Wyspie - znakomity sam w sobie, klasycystyczny, nie za duży gmach, który stoi na środku długiego stawu, otoczonego z dwóch stron ścieżkami. Nawet zupełnie wycięty z kontekstu, byłby to interesujący obiekt, ale w parkowo-wodnym kontekście prezentuje się jak małe arcydzieło architektury: ma boskie proporcje i dobrze wyważone ornamenty. Jego wnętrza to już w ogóle jedna z najlepszych klasycystycznych rzeczy, jakie widziałem w życiu.












































Kolejnym obiektem, do którego można wejść, jest Biały Dom - najstarszy budynek w Łazienkach z lat 1774-1776, z zewnątrz trochę niepozorny, w środku prześliczny. To już klasycyzm bardziej kameralny, przytulniejszy.











Wielką trójkę łazienkowych budowli dopełnia Stara Pomarańczarnia, którą trzeba obejrzeć od środka przede wszystkim dla wspaniałego Teatru Stanisławowskiego i pełnej światła galerii z popiersiami.











Do Łazienek przylega słynny Belweder - nieco bardziej umiarkowany klasycystyczny pałac, ale o pełnej ciężaru historii. W pobliżu można obejrzeć Cadillaca Józefa Piłsudskiego wraz z jego pomnikiem (Józefa, nie Cadillaca).



Po drugiej stronie Łazienek stoi z kolei bardzo ładny, barokowo-klasycystyczny Zamek Ujazdowski, który szczególnie atrakcyjnie prezentuje się z dołu, od strony Kanału Piaseczyńskiego.


Te intensywne oględziny wystawnych, polskich pałaców narobiły apetytu na wystawny, polski posiłek. Warszawska gastronomia oferuje najwięcej różnych kuchni świata w kraju, ale w stolicy Polski chciałem choć raz udać się do restauracji typowo polskiej. Stary Dom to lokal nawet turbopolski - z trochę turystycznym sznytem, ale w sumie całkiem sympatyczny i z przyzwoitą jakością potraw.






Nie znalazłem za wiele czasu na rozbijanie się po warszawskich multitapach - zwłaszcza że leją tam praktycznie to samo, co we wrocławskich - ale chciałem wstąpić chociaż do mojego ulubionego, czyli Kufli i Kapsli, a skoro chciałem, to i wstąpiłem.




Ostatni dzień rozpoczął się od dalekiej podróży do Wilanowa, jednej ze skrajnych dzielnic Warszawy. Oczywiście po to, by zobaczyć Pałac w Wilanowie - barokową rezydencję króla Jana III Sobieskiego, zbudowaną u schyłku XVII wieku, czyli na długo przed tym, zanim teren ten trafił w obręb stolicy. Ze wszystkich warszawskich pałaców, które wydają się nigdy nie kończyć, ten jest najpiękniejszy. I z zewnątrz, choć jest minimalnie cukierkowy, i od wewnątrz. Wnętrza warto zobaczyć nie tylko dla typowych, polskich, pałacowych wnętrz, choć i te są świetne, ale też i chyba przede wszystkim dla pomieszczeń urządzonych w stylu chińskim, w których znajdują się liczne obiekty chińskiej sztuki użytkowej. Pełnię splendoru zapewnia elegancki ogród na tyłach pałacu, przechodzący w rozległy park.
























































































Po śniadaniu i szybkim powrocie do Łazienek, których poprzedniego dnia nie zdążyłem obejrzeć wystarczająco wnikliwie, wreszcie przekroczyłem Wisłę i zobaczyłem Warszawę po drugiej stronie rzeki - a konkretnie słynną nie do końca dobrą sławą dzielnicę Praga. W Muzeum Polskiej Wódki przeżyłem chyba najbardziej pozytywne doświadczenie związane z tym alkoholem, którym co do zasady trochę gardzę przez jego nudę, prostotę i ukierunkowanie na neutralność. Ekskursja z ekskursjowodką po kolejnych salach tego nowoczesnego przybytku była całkiem interesująca, ale przede wszystkim zrobiła na mnie wrażenie degustacja, gdzie porównać można było wódki z trzech różnych surowców: żyta, pszenicy i ziemniaka, i odkryć, że bardzo mocno się od siebie różnią. Ziemniak podszedł mi najbardziej, choć czuję, że gdybym był nie Polakiem, a na przykład Ukrainką, to wybrałbym pszenicę.














Trochę rozczarowało mnie Muzeum Neonów - może dlatego, że we Wrocławiu jest coś podobnego zupełnie za darmo na świeżym powietrzu - ale będąc w pobliżu, warto rzucić okiem.




Ostatnim punktem na liście był praski Park Skaryszewski z początku XX wieku, który pod względem samej natury, abstrahując od architektury, przewyższa nawet Łazienki, więc również jest solidnym kandydatem na najpiękniejszy polski park. Zupełnie inny - swobodniejszy, dzikszy, bardziej tajemniczy, z wielkimi, pustymi przestrzeniami, niesamowicie klimatyczny. Gdybym już miał zamieszkać w Warszawie, być może brałbym pod uwagę jego bliskość, wybierając lokalizację.















Pobyt w Warszawie skończył się podobnie, jak i zaczął - na jedzeniu. Restauracja Mech to jedna z bardziej niszowych i niszowo się prezentujących spośród tych, które odwiedziłem, ale możliwe, że to właśnie tu smakowało mi najbardziej. Między innymi dlatego, że specjalizuje się w grzybach, a jedzenie grzybów to przyjemność i obowiązek.




Nie potrzeba rzewnych podsumowań - do Warszawy wrócę jeszcze na pewno nieraz, bo mieszka w niej mój przyjaciel, który zdradził swojego czasu Wrocław dla złudnych luksusów stolicy. Ale pewnie nigdy już nie wrócę w takim stylu, z takim rozmachem - z tych i z innych powodów do samego tego pobytu będę miał stosunek sentymentalny. Stolica to jednak stolica - pokochać nie trzeba, ale poznać należy. I lepiej zarezerwować sobie na to sporo czasu.

Komentarze