Nowy Dwór. Iluzja wielkich planów

Są we Wrocławiu osiedla, na których prawie nikt, kto na nich nie mieszka, nie ma potrzeby bywać - i nie bywa, nawet przejazdem - a jednak których nazwy są swoiście ikoniczne wśród mieszkańców całego miasta i wszystkim kojarzą się jednoznacznie. Łatwo się domyślić, że są to miejsca owiane raczej mroczną sławą. Jednym z nich i prawdopodobnie najbardziej wyrazistym z nich jest Nowy Dwór - przez niektórych uważany za blokowisko wszystkich blokowisk.

Zanim zacząłem zbierać materiały do tego artykułu, miałem do Nowego Dworu stosunek taki sam, jak prawie wszyscy we Wrocławiu. Kojarzył mi się źle, lecz głównie w teorii - nie bywałem tam praktycznie nigdy, raz chyba tylko meldując się na komisji wojskowej, którą nie wiedzieć czemu wyznaczono mi właśnie tam. Przejeżdżałem parę razy w pobliżu, ale raczej po granicach osiedla, nie wgłębiając się w nie. Czułem więc sporą ekscytację, gdy wybierałem się na pierwszą poważną wyprawę na Nowy Dwór - jakkolwiek kuriozalnie nie zabrzmi to dla wielu wrocławian. Rozstrzygnięcie konkursu na najbardziej przytłaczające blokowisko miasta i najbardziej posępne osiedle to jednak nie byle jaka kwestia i nie mogłem się doczekać sprawdzenia, czy może to być właśnie ono.

Nowy Dwór w granicach Wrocławia znajduje się już od 1928 roku. Wcześniej był wsią, wzmiankowaną w 1280 roku jako Curia Nova. Od tej najstarszej znanej nazwy wzięła się powojenna, polska nazwa - choć w ostatnich latach niemieckich brzmiała ona Maria Höfchen, czyli Dworek Marii. Bardziej interesujące dzieje Nowego Dworu zaczynają się już w czasach miejskich, gdy kilka miesięcy przed II wojną światową Niemcy rozpoczęli tu budowę ogromnego osiedla dla pracowników fabryki taboru kolejowego, które miało być projektem nie tylko urbanistycznym i komunalnym, ale wręcz socjologicznym i ideologicznym. Wojna zatrzymała jednak realizację wielkiego planu na bardzo wczesnym etapie. Polacy na swój sposób pociągnęli pomysł kilkadziesiąt lat później, w latach 70. stawiając tu jedno z największych osiedli bloków z wielkiej płyty. Współczesny Nowy Dwór graniczy z Muchoborem Małym, Muchoborem Wielkim, Żernikami, Kuźnikami, na symbolicznym odcinku z Gądowem Małym i punktowo z Popowicami.

Swoją sławę, która jest sławą nie tyle nie do końca dobrą, co po prostu złą, zawdzięcza trzem czynnikom. Po pierwsze, słynie jako jedno z najbardziej drapieżnych i przytłaczających wielkopłytowych blokowisk - w zasadzie z moich obserwacji to właśnie Nowy Dwór jest najbardziej wyrazistym synonimem tego typu betonowej dżungli w głowie statystycznego wrocławianina. Po drugie, legendarna jest komunikacyjna izolacja Nowego Dworu, osiedla zamieszkiwanego przez kilkanaście tysięcy ludzi, a dość nieszczęśliwie położonego względem dróg dojazdowych i za dużego do obsługi przez autobusy. Po trzecie, osiedle to nie uchodzi za najbezpieczniejsze w mieście, kojarząc się dość mocno z blokerską i blokersko-kibolską patologią.

Brzmi to raczej fatalnie, a jednak nadzieja umiera ostatnia. Kwestia transportu po wielu latach konsultacji (czy raczej walk) społecznych zmierza ku lepszemu - powstaje już dedykowana dla Nowego Dworu linia autobusowo-tramwajowa, która ostatecznie przypieczętuje pozycję Jagodna jako najbardziej opłakanego komunikacyjnie osiedla. Ciężko po blogowych oględzinach wypowiadać mi się na temat kwestii trzeciej, ale zmierza ona powoli ku lepszemu w całym mieście, więc przypuszczam, że i na Nowym Dworze. Kwestię pierwszą natomiast rozstrzygnąłem osobiście, przechadzając się po osiedlu i konkludując, że choć jest oczywiście jednym z brzydszych w mieście i jednym z mniej pociągających do zamieszkania na nim, to jednak w kwestii brzydoty i przytłaczania brakuje mu trochę do potężnego Gądowa Małego, a i więcej ma duszy niż niejedno współczesne blokowisko, jak choćby ponownie wspominane Jagodno.

Zanim przeszedłem się po właściwej części blokowiska, zerknąłem na parę przedwojennych bloków, które zdążyli jeszcze postawić Niemcy w ramach swojego ogromnego projektu. Ogromu tu nie widać - widać, że to jedynie skrawki większego zamysłu, który nie doszedł do skutku. To budownictwo mogłoby dawać coś w rodzaju kameralnej atmosfery rodem z Sępolna czy Biskupina, ale w obecnym kontekście urbanistycznym jest kompletnie stłamszone i nie daje atmosfery żadnej.





A właściwe blokowisko? Jest mniej więcej takie, jak można się spodziewać. Ogromne, niekończące się, brutalne, czasem bardziej nijakie, czasem bardziej brzydkie. Jest ciekawsze niż choćby sąsiedni Muchobór Mały i ładniejsze oraz przyjaźniejsze od sąsiedniego Gądowa. Nieregularne, pełne prostopadłościennych wklęśnięć i wypukłości bryły bloków nadają mu nieco fantazji, a przestrzeń pomiędzy blokami - ustawionymi dość gęsto, ale nie do przesady - tworzy się czasem całkiem sympatyczna, wręcz przytulna, również dzięki całkiem niezłej zieleni miejskiej. Z drugiej strony daleko tu do estetyki bloków na Popowicach czy finezji Kozanowa. Kolorystyka jest bardzo zła, choć mogłaby być jeszcze gorsza. Jak na standardy wrocławskiej wielkiej płyty jest po prostu średnio, pod pewnymi względami średnio-słabo.






























Chyba największą bolączką osiedla z punktu widzenia odwiedzającego jest nie brzydota, a raczej nuda. Jeśli kogoś z jakiegoś dziwnego powodu nie interesują średnio atrakcyjne resztki poniemieckiego osiedla ani gąszcz peerelowskich bloków z wielkiej płyty, to na całym osiedlu zostaje mu już tylko jedna rzecz do zobaczenia. Jest nią Kościół Opatrzności Bożej, dla niejednego mieszkańca faworyt do miana najbrzydszej świątyni Wrocławia: dolnośląska Sagrada Familia, budowana od przełomu lat 70. i 80. aż do dziś. Spodziewałem się, że jeśli architektem był Tadeusz Zipser, którego wizję architektury całkiem lubię, to będę musiał bronić budynku przed krytyką, ale mogę to zrobić w bardzo umiarkowanym stopniu. Są na pewno kościoły, które nie podobają mi się bardziej. Po tym widać naprawdę interesujący zamysł, dążenie do oryginalności, ucieczkę od nijakości - ale wykonanie z jakiegoś powodu (jednym z nich są kiepskie materiały) wyszło tak, że ciężko nie zakwalifikować go jako koszmarka architektonicznego. Samo "jądro" budowli, dziwaczna, brylasta konstrukcja, zwieńczona ażurową kopułą, jest jeszcze czymś szczerze intrygującym i gdy oglądam je z oddali, na przykład z Estakady Gądowianki, dostarcza mi estetycznej przyjemności. Niestety to, czym to jądro jest obudowane, to paździerz pierwszej wody, który na miejscu wiernych zgłosiłbym na policję jako obrazę uczuć religijnych.




Stosunek brzydoty do fascynacji zmienia trochę na korzyść tej drugiej wnętrze kościoła, w którym również wiele rzeczy poszło nie tak, jak powinno, ale którego ogromna przestrzeń i przedziwne wnętrze kopuły mają już dość dużą siłę przyciągania wzroku. Wrażenie jest wciąż raczej dystopijne niż mistyczne, ale przynajmniej wyraziste. Chciałbym zobaczyć, jakie budowle tworzyłby Zipser, gdyby jego projekty nie napotykały na ograniczenia finansowe i techniczne.





I to tyle. Zła sława Nowego Dworu moim zdaniem nieco go przerasta - przynajmniej z punktu widzenia ogólnych odwiedzin przed zmrokiem. Być może zmieniłbym zdanie, gdybym trochę tu pomieszkał albo popracował w którymś z okolicznych sklepów z alkoholem w asortymencie. Lekkie pozytywne zaskoczenie - głównie możliwe dzięki mocno negatywnym oczekiwaniom - nie sprawi jednak, by to osiedle jakoś w moim życiu zaistniało. Przypuszczalnie będę na nim bywał równie rzadko, co do tej pory.

Komentarze