Podlaskie: część II. Falujący koniec świata

Jako dla człowieka, który przez całe życie mieszkał na Dolnym Śląsku, najbardziej egzotycznym kierunkiem w granicach Polski musi być dla mnie północno-wschodni narożnik tego quasi-kwadratowego kraju. Stąd podróż do województwa podlaskiego - ostatniego, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem - była z góry skazana na sporą ekscytację. Obojętnie, co miałoby na mnie czekać na Suwalszczyźnie, jechałem zobaczyć Polskę najbardziej dla mnie odległą i nieznaną i samo to było już atrakcyjną warstwą tej wyprawy. A rejony te odkryć miały przede mną atrakcyjność wielką również samą w sobie, choć nie za dobrze wśród Polaków znaną. Zanim jednak dotarłem do zielonego końca świata mojego kraju, pokręciłem się dla odmiany po kulturowych zdobyczach Podlasia.

Rankiem z Biebrzańskiego Parku Narodowego ruszyłem do Nowogrodu, by zobaczyć tamtejszy skansen kurpiowski - drugi najstarszy skansen w całej Polsce. Kurpie, grupa etnograficzna, zamieszkująca niegdyś tereny dwóch mazowieckich puszcz, wykształcili ze względów geograficznych dość istotnie odrębną kulturę i widać to w ich ludowym budownictwie - jeszcze bardziej niż w innych skansenach wszystkie elementy wydają się zrobione z drewna. Spodobał mi się kurpiowski styl i spodobała lokacja skansenu na wzniesieniu nad rzeką, ale możliwość zwiedzania wnętrz tylko z przewodnikiem pracownikiem muzeum, który dostępny jest jedynie co jakiś czas, uniemożliwiła wejście tej placówki do skansenowego topu - jest wręcz trochę frustrująca.





















Podlaskie, tak bardzo, jak chyba żadne inne województwo, cierpi na brak naprawdę atrakcyjnych miast lub miasteczek. Jeśli którekolwiek zbliża się do tego przymiotnika, to jest nim moim zdaniem Ty kocin, w którym mieszkają niecałe dwa tysiące ludzi. Historycznie położone na pograniczu Mazowsza i Podlasia, miasto słynęło jako potężne zagłębie mniejszości żydowskiej. Stąd główną atrakcją Tykocina są dwie zachowane synagogi, z czego jedna - XVII-wieczna - jest drugą największą w Polsce. W niej można zobaczyć oryginalne wnętrze i krótką wystawę poświęconą kulturze żydowskiej, a w drugiej, mniejszej, zwanej Domem Talmudycznym, mieści się obszerniejsze już i bardzo przyjemne muzeum, które opowiada o Tykocinie w ogóle.































Nieco na uboczu znajduje się jeszcze Zamek w Tykocinie, który jest praktycznie całkowitą rekonstrukcją warowni z XV wieku, związanej najmocniej z królem Zygmuntem Augustem. Bardzo po budowli widać, że to tylko rekonstrukcja, przez co nie chciało mi się poświęcać czasu na zwiedzanie w tym dość intensywnym dniu, ale zamkowa restauracja jest godna najwyższego polecenia - choćby dla najlepszej babki ziemniaczanej, jaką jadłem.









Czas jednak naglił, by przekonać się, czy Białystok jest najbrzydszym miastem wojewódzkim w Polsce. Dziesiąty największy ośrodek kraju z niespełna 300 tysiącami mieszkańców nie cieszy się przesadnie dobrą sławą i ma tę ułomność względem większości dużych polskich miast, że poważnym punktem na mapie zrobiło się dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Nie jest urokliwym miejscem i w większości jest miejscem brzydkim, ale wyprzedza przynajmniej Gorzów Wielkopolski i Kielce. I ma parę bardzo dobrych punktów.

Jednym z nich jest zachwycający, galaktyczny skansen na obrzeżach miasta, zwany Podlaskim Muzeum Kultury Ludowej. Tak bym przynajmniej napisał, gdybym zawsze wszystko chwalił, ale że zawsze piszę prawdę, to dodam, że żartuję i że był to chyba najbardziej rozczarowujący skansen, jaki w życiu widziałem. Nie za duża liczba budowli rozstrzelona na bezsensownie dużym terenie, który położony jest tuż przy bardzo ruchliwej drodze, a do tego niemożność wejścia do prawie żadnej chaty - i gotowe. Otwarta chatka z błękitnymi okiennicami była śliczna i uprawomocniła odwiedziny tego miejsca, poza tym jednak coś tam było nie tak.















Już naprawdę świetnym miejscem jest natomiast Muzeum Sybiru - w gruncie rzeczy jedno z najlepszych polskich muzeów, w jakich byłem. Jego rozmach, wykorzystanie zalet współczesnych rozwiązań muzealniczych bez balastu wad tych rozwiązań, bogactwo eksponatów, kreatywność ekspozycji, wciągająca i klarownie poprowadzona narracja - to placówka muzealnicza godna samej Warszawy i obecność takiej placówki w Białymstoku trochę mnie zaskoczyła. Chętnie poszedłbym tam jeszcze raz, by przejść przez całość wolniej i zgłębiając każde zdanie.








































Nie miałbym nic przeciwko również temu, by jeszcze kiedyś zobaczyć Pałac Branickich, wizytówkę miasta - późnobarokową rezydencję, której forma kształtowała się przede wszystkim na przełomie XVIII i XIX wieku. Kawał bardzo dobrej, eleganckiej, już moim zdaniem z ducha bardziej klasycystycznej niż barokowej architektury, okraszonej w dodatku przyjemnym parkiem, choć może jakiś kandydat na najpiękniejszy pałac w Polsce to to nie jest.










Przypadkiem natknąłem się na Bazylikę WNMP, duchowe i neogotyckie serce Białegostoku. która okazała się naprawdę świetnym kościołem, nawet jeśli trochę zbyt sterylnym, jak to w neostylach.







Od kościoła wiedzie krótki deptak, dochodzący do białostockiego rynku - w sumie będącego w miarę w porządku, ale jak na dziesiąte miasto w kraju, to jednak wzbudzającego lekkie politowanie.




Opuściłem Białystok, którego gwar i ruchliwość trochę mnie zaskoczyły, choć nie wiem czemu, i dotarłem do ostatniego już miasta na podlaskiej liście - do Supraślu. Jak Tykocin słynie z żydów, tak Supraśl z prawosławnych - przy czym tutaj nie są oni historią, lecz również współczesnością. Znajduje się tu słynny monaster, jedno z ważniejszych miejsc na prawosławnej mapie Polski, i to już od XVI wieku. Udało się rzucić na niego okiem tylko z zewnątrz. Nie wszedłem również wtedy do Muzeum Ikon, ale wszedłem parę dni później, w drodze powrotnej. Przeciwko zakazowi robienia zdjęć zbuntowałem się z dobrym skutkiem tylko raz, ale muzeum jest bardzo wartościowe - w całej Polsce tylko w Sanoku prawosławna sztuka sakralna objawia się z większą mocą i pięknem.




Czas było na powrót porzucić cywilizację. Północno-wschodni kraniec Polski, dla uproszczenia zwany Suwalszczyzną, kojarzył mi się zawsze z zimnem i z lasami, tymczasem w trakcie przygotowań do podróży odkryłem, że przede wszystkim powinien kojarzyć się z nierównościami terenu. Zarówno wklęsłościami, czyli jeziorami, nierzadko bardzo głębokimi, jak i z wypukłościami - nie górami oczywiście (te by mi chyba mimo wszystko nie umknęły), ale z całkiem wysokimi wzgórzami. Spodziewałbym się raczej ziemi płaskiej jak stół. Żeby dać się jeszcze naocznie zaskoczyć pofalowaniem tego końca świata, przejechałem z Supraślu jakieś dwie i pół godziny klimatycznej drogi na północ, po drodze chwytając piękny widok na pole i zatrzymując się w Suwałkach w tatarskiej restauracji "U Alika", by jeszcze raz nacieszyć się kuchnią tych stron (świetny stulistnik z indykiem i innego już dnia wołowina po mongolsku). W końcu, już bardziej nocą niż wieczorem, dotarłem do miejsca spoczynku. Rzadko wspominam o noclegach w swoich relacjach, ale o tym muszę, bo był najlepszym ze wszystkich wojewódzkich podróży i nic go raczej nie przebije. Krótko: ośrodek Cisowe Wzgórze, teren Suwalskiego Parku Krajobrazowego, niecałe 6 kilometrów od granicy z Litwą, cztery autonomiczne domki ogrzewane własnymi kominkami na drewno, jedna Julia i najlepsze śniadania w moim życiu z wypiekanym na miejscu chlebem w roli głównej. Nie zbliżałem się do Litwy bardziej, więc łóżko, w którym spałem, było najbardziej oddalonym od mojego domu miejscem w Polsce, w którym się znalazłem (około 540 kilometrów w linii prostej).


















Park krajobrazowy miałem jednak zostawić na ostatni pełny dzień podróży, by nazajutrz rano cofnąć się trochę na południe i dotrzeć do Wigierskiego Parku Narodowego. To kolejny na mapie województwa park, który łatwo można zaliczyć do najpiękniejszych w Polsce. Jego specjalnością są jeziora - główne, potężne jezioro Wigry oraz mnóstwo mniejszych naokoło - a nie byle robotę robią też okalające te akweny lasy. Tego, co najbardziej mnie tam urzekło, doświadczyłem już na początku. To ścieżka edukacyjna Samle na obrzeżach parku, prowadząca przez przepiękny las z urokliwymi strumykami, która dość szybko dochodzi do Jeziora Gałęzistego. Akwen ten wygląda jak jezioro idealne. Ma doskonały kształt, wydaje się krystalicznie czyste, otaczają je majestatyczne drzewa i ciężko tu spotkać człowieka. Jedno z najlepszych jezior w kraju, choć nie jest za duże.




















Nie dzieje się to często, ale w Wigierskim PN "mikro" wygrało z "makro" - to drugie jednak również dostarczyło sporo piękna. Najpierw z kilku punktów widzenia obejrzałem potężniejsze Jezioro Wigry - piąte najgłębsze i dziesiąte największe w Polsce. Najpierw zajrzałem na jego północną część, gdzie na półwyspie wznosi się pokamedulski klasztor, a następnie na południową, z wieży widokowej w Kruszniku; w końcu zaś ze ścieżki edukacyjnej Słupie, trochę zarośniętej. W pobliżu tej ostatniej udało się jeszcze odnaleźć inne jezioro mniejsze, kameralne i tajemnicze - Suchar Wielki, nie tak dobre jak Gałęziste, ale też bardzo ładne.
























Dzień zwieńczyła wizyta w kawiarni w Suwałkach i jeden z najbardziej niesamowitych zachodów słońca, jakie miałem przyjemność oglądać.




Na finał podróży zostawiłem sobie najbardziej oddaloną od moich stron atrakcję w kraju - Suwalski Park Krajobrazowy. To najstarsza tego typu jednostka przyrodnicza w Polsce, założona w 1976 roku i po prawdzie nieustępująca niejednemu parkowi narodowemu, niektóre nawet przewyższając swoim pięknem. Wyznacznikiem tego polodowcowego obszaru również w pewnym stopniu są jeziora, ale chyba w jeszcze większym wzniesienia (podobno kemowe i morenowe), a także legendarne głazowiska. Najpierw pokręciłem się nieco po okolicach mojego noclegu rowerem, ale że tutejsze wzgórza okazały się za małym wyzwaniem kondycyjnym, zostawiłem bicykl i oddaliłem się w inne miejsca autem.








Zaliczyłem najpierw trzy punkty widokowe z rzędu - wszystkie godne najwyższego polecenia i doskonale oddające charakter parku. Były to kolejno punkt widokowy "Na Ozie", punkt widokowy "U Pana Tadeusza", a w końcu Cisowa Góra (z tej ostatniej dostrzegłem nawet wiatę tego drugiego). Ciężko wybrać najlepszy.














Przeżyciem nieomal mistycznym była konfrontacja z najsłynniejszym tutejszym głazowiskiem, Głazowiskiem Bachanowo, które ma status osobnego rezerwatu. Znajduje się tu około dziesięciu tysięcy głazów narzutowych - skał przyniesionych przez lądolód. Nieskończone kamienie, rozłożone z całkowitą przypadkowością po nierównym terenie, mają w sobie jakąś wyjątkową siłę estetycznego przyciągania, jakąś wręcz kosmogoniczną atmosferę. Przepiękne miejsce, choć nie każdy je doceni.





Zwiedzanie kończyłem na wieży widokowej przy Jeziorze Hańcza, które jest najgłębszym w całej Polsce. Pasuje mi na takie - bije od niego coś mrocznego, zimnego i groźnego, a przy okazji dużo piękna. Naukowcy nie są zgodni co do dokładnej głębokości - szacunki wahają się od 106 do 113 metrów - ale dla rankingu nie ma to żadnego znaczenia, bo drugie najgłębsze polskie jezioro ma dopiero nieco ponad 80 metrów.




Pozostało jeszcze jedno ciasto w Suwałkach, długi i spokojny wieczór przy kominku, kolejne śniadanie śniadań i powrót do domu z zahaczeniem o Supraśl. Choć bliżej mi w gruncie rzeczy do Pragi, Wiednia, Bambergu czy Berlina - a podobnie daleko nawet we wspaniałe Alpy - to na Podlasie nie wyobrażam sobie nigdy nie wrócić. To kraina, w której bardziej niż gdziekolwiek indziej w Polsce natura nie jest tylko atrakcją turystyczną czy narzędziem do wypoczynku, ale w którym przeradza się ona w stan świadomości.

Komentarze