Günter Grass: "Blaszany bębenek"

1959

Choć pewnie wielu osobom, które zdołają przeczytać opus magnum Grassa, "Blaszany bębenek" będzie kojarzył się przede wszystkim z masywną, niekończącą się epopeją o niezwykłych losach Oskara Matzeratha (mi też trochę będzie), to nie fabuła jest jego pierwszą zaletą (wydaje mi się, że nie zrozumiał tego Volker Schlöndorff, ekranizując powieść w zbyt fabularno-naśladowczym stylu). Historia właściwie tę powieść nawet trochę ogranicza, bo przyczynia się do jej głównych grzechów - rozwleczenia i wynikającej zeń nierówności.

Grass nie przeszedł do historii literatury dlatego, że wymyślił kilkadziesiąt osobliwych zdarzeń, ale dlatego, że w wyjątkowy sposób potrafił opisywać rzeczywistość, jaka by ona nie była, osobliwa czy zupełnie zwyczajna. Maniera narracyjna jest tutaj niemal wszystkim, reszta niemal niczym. Główny bohater i narrator spogląda na wszystko w absurdalny, groteskowy, wypaczony sposób, oderwany kompletnie od utartych schematów interpretacji rzeczywistości, przepełniony absolutnie jedynym w swoim rodzaju, sardonicznym humorem, jakby żył w świecie zupełnie obcych normalnym ludziom wartości estetycznych, moralnych, aspiracji życiowych. Wielkie cierpienie może tu być opisane żartobliwie, a coś zupełnie błahego jak mistyczne objawienie, radość i dowcip miesza się ze smutkiem i powagą egzystencjalnych zagadnień i nie pozwala od siebie oddzielić. Autor zespolił ten niesamowity sposób relacjonowania zdarzeń z godną mu postacią Oskara, człowieka z obsesją na punkcie blaszanych bębenków (metafora uprawiania literatury czy szerzej sztuki to tutaj mój najpewniejszy strzał, pasuje jak ulał), który w wieku trzech lat w postawie braku akceptacji zasad rządzących światem dorosłych postanowił przestać fizycznie rosnąć i przez długie lata ukrywać się za maską dziecięcego ciała. Balansuje na granicy przewrotności i zaburzenia psychicznego, co - jakby mało już było maniery interpretacji otoczenia i wplecenia w jego życie mnóstwa niezwykłych zdarzeń - podkreślane jest jeszcze przeplataniem trybu pierwszoosobowego z trzecioosobowym z dużą intensywnością. Absurd potęguje bardzo wysoka erudycja, znajomość szeroko pojętej kultury, jaką autor popisuje się za pośrednictwem opowieści wiecznego trzylatka.

Prowadzi to do narodzenia się specyficznej, sardonicznej i naturalistycznej odmiany realizmu magicznego, niczym niemal nieprzypominającego mglistych, metafizycznych powieści latynoamerykańskich, ale dającego podobny efekt w swojej wymowie: poprzez magiczne spojrzenie na szarą rzeczywistość "Blaszany bębenek" przypomina i uwypukla fakt, że szara rzeczywistość jest w gruncie rzeczy niewyjaśnionym absurdem, wariactwem i niemożliwością; operując dziesiątkami groteskowych zdarzeń mówi, że nic nie jest równie groteskowe jak sam fakt istnienia czegokolwiek, a zwłaszcza pod taką postacią, jaka jest nam dana. Podkreśla to jeszcze umieszczenie w tle opowieści obrazów drugiej wojny światowej, absurdu nieskończenie mrocznego, ale wciąż potężnego absurdu.

Realmagiczna maniera towarzyszy czytelnikowi praktycznie bez przerwy, natomiast poziom języka jest już nierówny. Zdarzają się w "Blaszanym bębenku" fragmenty literatury naprawdę wielkiej, jeśli nie gigantycznej, ale są bardzo krótkie i Grass zachował je tylko dla kulminacyjnych momentów - bawi się tam składnią i fleksją, strzela długimi, bardzo dynamicznymi zdaniami, wspina na wyżyny liryzmu. Poza tym jest na ogół po prostu dobrze, a czasami forma jakby spada i krótkimi fragmentami można odnieść wrażenie, że czyta się normalną prozę. Nic dziwnego, bo ciężko trzymać gardę przez tyle długich stron - i za to można mieć pretensje do Grassa, że nie ścieśnił trochę i tym samym nie zintensyfikował swojego działa, mogłoby się wtedy stać powieścią wielką. Pozostaje świetną.


8.0/10

Komentarze