Fryderyk Chopin: II sonata fortepianowa

1839 / wykonania: Martha Argerich, 1977

Spoglądanie na dorobek wielkich kompozytorów przez pryzmat pokazowych wycinków ich dzieł, a nie tych dzieł w całości, jest współcześnie raczej przykrą regułą niż bagatelnym wyjątkiem, ale być może w przypadku Chopina regułą najsilniejszą i najbardziej spłycającą powagę jego sztuki. W zasadzie trochę ciężko się dziwić, bo twórca poniekąd sam do tego zachęcił, składając swoje oeuvre w dużej mierze z krótkich, pojedynczych kawałków fortepianowych, czasem wolnostojących, czasem skompletowanych w zestawy, ale nawet w tych zestawach często ze sobą niepowiązanych. I tak mówi się raczej o "słynnym marszu pogrzebowym Szopena", niż o jego drugiej sonacie fortepianowej, dla której ten marsz jest tylko częścią części - i to nawet nie najlepszej części. A mówić o tej sonacie dobrze by było możliwie głośno, bo to moim zdaniem największe ze wszystkich dzieł Polaka, pieczątka jego geniuszu, który nie wydał tak doniosłych plonów, jak geniusze Bacha czy Beethovena, ale który istniał.

Chopin w pewnym sensie wykorzystał tu zarówno swoją życiową słabość, jak i próbę jej przezwyciężenia. Zarówno brak dyscypliny kompozycji w pewnych momentach się tu przydaje, pozwalając na zachowanie neurotycznie romantycznego, wręcz lekko schizofrenicznego efektu, dzikiej wolności artystycznej, jak i przydaje się jednak większa dyscyplina niż w zestawach preludiów czy pojedynczych mazurkach, przejawiana wolą stworzenia nieco dłuższego i bardziej spójnego utworu, gdzie poszczególne części odnoszą się jakoś do siebie. Kompozytor jest tu też w szczycie swoich życiowych atutów: sonata od początku do końca jest arcydziełem harmonizacji i chromatyki, inteligentnej i celowej wirtuozerii, porywającej melodyki, bogactwa i oryginalności ornamentów, dynamiki, a w końcu i w efekcie po prostu potężnych emocji. Zaprzęgając do pracy i słabość, i atuty, Chopin uzyskał dzieło kompletne (mimo że niedopowiedziane), pulsujące zmiennymi i skrajnymi emocjami, formalnie po prostu awangardowe, esencjonalnie romantyczne - bez przesadnej głębi emocjonalnej, choć i bez płycizny, a przede wszystkim z niezrównanym dramatyzmem i przeplotem euforii ze świdrującym niepokojem i grobowym smutkiem.

Pierwsza część, nie trzecia, w której znajduje się "słynny marsz", może być w ogóle najlepszym pojedynczym fragmentem muzyki, jaki wyszedł spod ręki tego kompozytora. Jest tam wszystko, co wyżej wymienione, tylko w takiej różnorodności i jakości, że ciężko się nadziwić, a dodatkowo ma bardzo oryginalne podejście do rytmiki, które uwypukla efekt przewodni - podszyty psychozą sen romantyka vulgo wariata. W przeplataniu skrajnych i skrajnie odmiennych od siebie emocji - niepokoju, grozy, namiętności, nostalgii, frywolnej zabawy - kompozytor przeszedł samego siebie. To przeplatanie nie ogranicza się do następstwa - poszczególne emocje, a więc poszczególne fragmenty tej części, potrafią na siebie awangardowo nachodzić. W drugiej i trzeciej części Chopin zdublował pewien schemat kompozycji, który można by zredukować do A-B-A, gdzie A jest niemal negacją B. W drugiej "A" to demoniczne, bardzo szybkie scherzo, podczas gdy "B" - proto-impresjonistyczne, spokojne zamyślenie, spod którego jednak niepokojąca rzeczywistość delikatnie prześwituje. W trzeciej kontrast jest jeszcze silniejszy - jako "A" mamy w końcu "kultowy" marsz pogrzebowy - istotnie znakomity kawałek muzyki o potężnym ładunku czerni, rozpacz doprowadzoną do genialności - a jako "B" pastoralno-kołysankową sielankę, również miejscowo skropioną próbami nawrotu smutku i niepokoju. Króciutki finał, który faktycznie jest tylko finałem, czystą kodą, a nie pełnoprawną częścią pod taką nazwą, świadczy o szerszym zamyśle dla całej kompozycji. To cicha kaskada dźwięków w niepokojącym środowisku harmonicznym, która dwa razy pod koniec wybuchnie wprawdzie głośnością, ale nie zmienia określonej funkcji - pozostawienia muzyki i emocji w niewygodnym, niepokojącym niedopowiedzeniu.

Słusznie rozpoznał arcydzielność tej sonaty Witold Lutosławski - jeden z góra dwóch konkurentów Chopina w walce o tytuł najwybitniejszego polskiego kompozytora wszech czasów. Kompromitująco skrytykował ją Schumann, który łatwo przegrywa z Chopinem walkę o tytuł największego fortepianowego romantyka. Ilekroć wpadnie mi w ucho jakiś bardziej pierdołowaty walc czy mazurek i na chwilę zwątpię w wielkość mistrza z Żelazowej Woli, wrócę co najmniej myślą do tej kompozycji.



9.5/10

Komentarze

  1. Chopin w pierwszej połowie XIX wieku był jednym z tych kompozytorów, którzy w najbardziej śmiały sposób eksperymentowali z harmonią. Jego niektóre pomysły wybiegały daleko w przyszłość. Niejednokrotnie wprawiały w zakłopotanie nie tylko osoby o bardziej konserwatywnej orientacji, ale także odnowicieli języka muzycznego.

    Opisana przez Ciebie sonata jest tego dobrym przykładem. W tym kontekście warto przypomnieć również preludium a-moll, które powstało prawdopodobnie w latach 1831-1839 (jest częścią słynnego opusu 28 - 24 preludia). Preludium a-moll wymykało się ówczesnym standardom przynajmniej na kilku polach muzycznego przekazu - bardzo nietypowa melodyka, rytm, struktura interwałowa. Szokować musiała gęsta chromatyka. Preludium jest oznaczone jako a-moll, jednak tak naprawdę nie ma jasnej ekspozycji tonalnej. Tonacja a-moll pojawia się dopiero pod koniec utworu! Krótko rzecz ujmując, jak na ówczesne standardy, była to awangarda pełną gębą.

    Jeszcze dalej posunął się Chopin w finale Sonaty b-moll (1936-1939), bo oto po słynnym „Marszu żałobnym” pojawia się prawdziwe dźwiękowe kuriozum Finale: Presto. Dla ówczesnych słuchaczy musiało to być nie mniej szokujące niż utwory Xenakisa, Stockhausena i Bouleza dla melomanów w latach 50. XX wieku. Może nawet bardziej, skoro Robert Schumann, a więc jeden z najbardziej postępowych kompozytorów tamtych czasów, po zapoznaniu się z finałem sonaty skonstatował: „muzyką to nie jest...”. Cóż takiego strasznego wysmażył nasz maestro? 75 taktów muzyki - wyraźna większość pozbawiona odniesień tonalnych, bardzo gęsta chromatyka, na dobrą sprawę brak czynnika melodycznego. W pierwszej połowie XIX wieku brzmiało to jak kakofonia. Trudno jest porównywać Finale: Presto nawet z progresywnymi kompozycjami z drugiej połowy XIX wieku. Chopin uruchomił wehikuł czasu i wylądował w pierwszej połowie XX wieku. Taką muzykę mógłby napisać Schönberg w okresie, gdy eksperymentował z tzw. swobodną atonalnością lub Skriabin w trzeciej fazie swojej twórczości, gdy daleko odszedł już od konwencjonalnych rozwiązań systemu funkcyjnego dur-moll.

    Niejednokrotnie jest tak, że utwory, które w swoim czasie były dziełem awangardowym, w naszych czasach brzmią jak przyjemna muzyka z odległej epoki (vide Haydn, Mozart). W przypadku finału sonaty b-moll jest inaczej. Pomimo że od czasu powstania tych dźwięków minęło już blisko 200 lat, nadal brzmią zuchwale i nowocześnie.

    Jaki jest najlepszy utwór Chopina? Osobiście nie byłbym w stanie wskazać tego jedynego. Konkurencja jest spora...

    OdpowiedzUsuń
  2. Co sądzisz o wykonaniu Pogorelića? Moim zdaniem jest lekko przeceniane w tej swojej rzekomej śmiałości interpretacyjnej. Myślę, że dałoby się to zagrać jeszcze bardziej intensywnie i alternatywnie, tak że wyszłoby to tej kompozycji tylko na dobre

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz