Pablo Picasso: "Panny z Awinionu"

olej na płótnie / 1907 / Museum of Modern Art, Nowy Jork

Ten obraz jest przykładem dobrze ilustrującym ogólny schemat mojej relacji z dziełami Picassa, schemat składający się z fazy negatywnej i pozytywnej. Nie wiem, czy ilustruje go najlepiej - bo schematem tym podąża chyba prawie każde jego dzieło - ale na pewno jest jednym z najintensywniej przechodzących przez tę drugą fazę, tzn. jednym z najlepszych w moich oczach.

Zaczyna się od żachnięcia. Widzę Panny z Awinionu oczywiście nie po raz pierwszy, ale po raz pierwszy zabieram się to oględzin dokładnych, i czuję awersję. Widzę obraz ulubieńca krytyków, intelektualistów malarstwa, chłodnych badaczy formy i tropicieli posunięć rewolucyjnych. Dostrzegam sztukę bardzo intelektualną, bardzo świadomą siebie, precyzyjną, odkrywczą, jednak dostrzegam to w dużej mierze intuicyjnie, będąc daleko od pełnego zrozumienia tej rozgrywki. I przechodzi mi przez myśl, że nawet, gdybym zrozumiał, nic by to nie zmieniło, bo obraz nie budzi we mnie ani pozytywnych, ani negatywnych emocji i w tej neutralności odrzuca. I dalej, że Picasso ze wszystkich malarzy uważanych za wielkich i których wielkość jestem w stanie z kwaśną miną uznać lub przynajmniej jej nie wykluczyć, odpowiada mi może najmniej.

Wystarczy jednak, że zrobię sobie od niego krótką przerwę, że wrócę następnie i przypatrzę się nieco dłużej, a zaczyna się, ni stąd, ni zowąd, faza pozytywna. Nagle jestem zahipnotyzowany kanciastym, gęsto geometrycznym, szorstkim językiem ekspresji - podążam wygłodniale za praktycznie każdym posunięciem, jakiego Picasso na tym obrazie dokonał, prawie każde wydaje mi się znaczące i dobre. Nagle oczarowuje mnie, z jaką wprawą i jak profanacyjnie artysta zredukował tu kobiece ciało, odbierając niemal całą seksualność scenie, która namalowana przez tradycjonalistę byłaby niemal pornograficzna, esencjonalnie "prostytucyjna"; zdobywa mnie ta przewrotność i podwójna bezczelność - jedna, by namalować grupę prostytutek, eksponujących się wyzywająco przed burdelem, a druga, by namalować ją tak, by wzbudzała raczej niepokój niż pożądanie lub, jeśli ktoś preferuje taką reakcję na zadany temat, odrazę. Nagle nawet kolorystyka, intuicyjnie tak mało moja, wydaje mi się fantastyczna - rozkoszna i elegancka jest ta gra różów i zestawienie z błękitem, szarością i bielą, przez co całość - mimo teoretycznej przewagi ciepłych barw - ma efekt morderczo chłodny, metaliczny, surowy. Pozbawiony treści bezsens, za jaki początkowo brałem stylizację jednej z postaci na egipską postać, obdarzenie dwóch innych afrykańskimi maskami, a dwóch pozostałych twarzami zdeformowanymi i karykaturalnymi, pociąga mnie zarówno jako ekscentryczność sama w sobie, jak i jako środek do uzyskania dość niepokojącego efektu: oto bowiem przecież obserwują nas dość natarczywie odhumanizowane humanoidy. Wszystko składa mi się do kupy.

I w zasadzie jestem zachwycony i jestem skłonny przyznać: tak, Picasso wielkim malarzem był. Nie potrafię jednak na poważnie uzasadnić, dlaczego - to znaczy nie bawiąc się w historyka i naukowego badacza sztuki i nie próbując wykazywać formalnej odkrywczości, formalnej inteligencji i formalnego kunsztu twórcy, co mógłbym z jakimś tam efektem próbować robić. Nie posunąłem się znacznie do przodu w zrozumieniu tego obrazu, zdecydowanie nie chłodny wywód intelektualny sprawił, że całkowicie zmieniły się moje odczucia do niego. I wiem, że gdy zobaczę kolejnego Picassa, znów prawdopodobnie nie spodoba mi się od razu. Ba, podejrzewam, że gdy spojrzę na Panny po dłuższym czasie, znów będę potrzebował czasu, żeby oglądać je z zachwytem. 

To trochę dziwne i w zasadzie nie przypominam sobie twórcy, z którym mam coś takiego co do zasady, a nie w przypadku jednego czy dwóch dzieł. A więc zarzucając Picassowi chłód i intelektualne wyrachowanie, przyznaję mu magiczne zdolności. Miał w sobie coś więcej niż epokową odkrywczość.



8.5/10

Komentarze

Prześlij komentarz