Paul Klee: "Ad marginem"

1930 / Kunstmuseum Basel, Bazylea

Spora część dorobku Paula Klee jest dla mnie zjawiskiem trochę hermetycznym, które ciężko mi nie tylko odczytać, ale też poczuć. Ten obraz, wcale nie tak słynny, pozwolił mi jednak dołączyć choć na moment do grona gorących entuzjastów twórczości tego artysty. Choć mój "odczyt" może być wciąż bardzo szkieletowy - trochę jak lubiane przez Klee piktogramowe formy - to odczucie było natychmiastowe, intuicyjne i dość silne.

Wrażenie silnego kontrastu rozpoczyna odbiór tego dzieła i steruje nim już do końca. Chodzi o kontrast centralnej formy obrazu - soczystego, przesadzonego, monumentalnego zjawiska przypominającego słońce - z całą resztą. Cała reszta jest bowiem nawet nie tyle monochromatyczna, co matowa i przezroczysta, w pewnym sensie bardziej neutralna niż byłaby neutralna biała kartka. Nie jedyny taki zabieg Klee - wygląda to nieco jak płótno namalowane na płótnie, przybrudzone tu i ówdzie, porysowane po krawędziach uproszczonymi, symbolicznymi formami, które wydają się ledwo obecne, przezroczyste, hologramowe. "Słońce" z kolei - choć również bardzo proste - jest w tym wszystkim potężnym ładunkiem konkretu, jest masywne, znaczące, prawdziwe. Wydaje się wypukłym przedmiotem na płaskim, porysowanym płótnie. Tak skontrastowane z otoczeniem ma w sobie ładunek mocno mistyczny. I to mistyczne, spirytualne odczucie jest przewodnim motywem emocjonalnym płótna, przynajmniej dla mnie.

Dopiero drugim krokiem jest odkrycie oryginalnej kompozycji i zrozumienie, dlaczego obraz przedstawia się czasem do góry nogami. Nie ma tu bowiem dołu ani góry - każdy bok jest ziemią, pokrytą roślinami, grzybami i zwierzętami, które rosną nie do góry, a do centrum obrazu, do słońca. Jeszcze później odkryć można, że słońce delikatnie promieniuje swoją czerwienią na ten bezbarwny świat, jakby napełniając go życiem. Tu do mistycyzmu dochodzi dla mnie niemała pogodność, coś z afirmacyjnego panteizmu, celebracji całego istnienia spojonego jedną, niepodzielną, życiodajną substancją. I całkiem przemawia do mnie takie połączenie spirytualnego z pogodnie lekkim, kojarząc się trochę z muzyką Pharoah Sandersa. Nie lubię jeszcze Klee tak mocno jak Sandersa, ale na pewno trochę go jeszcze pozgłębiam.



8.0/10

Komentarze