John Everett Millais: "Ofelia"

olej na płótnie / 1852 / Tate Britain, Londyn

To obraz nieco bardziej kultowy i popularny niż dobry, ale nie da się ukryć, że dobry też jest. Millais jakimś technikiem nie z tej ziemi nie był, natomiast zdolności pędzla wystarczyło mu na realizację tego, co w tym i większości jego obrazów najlepsze - konceptu, kompozycji. Szekspirowska Ofelia w akcie swojego domniemanego samobójstwa została przedstawiona w ścisłym, opresyjnym wręcz otoczeniu gęstej przyrody, w horyzontalnej scenie, nasuwającej nieco skojarzenia z trumną. Dobrym pomysłem było obramowanie głównej bohaterki grubą otoczką z dzikiej, nieokiełznanej, nieprzyjaznej, nieprześwitującej natury, odmalowanej bardzo sugestywnie. Nie gorszym - ułożenie jej w poziomie tuż pod  taflą wody, częściowo tylko wystającej, zawieszonej pomiędzy światem żywych i umarłych. Ofelia, a zwłaszcza jej suknia, zlewają się z mętną wodą - śmierć jest tutaj jak ponowne zjednoczenie z naturą. Nienaganny jest szaleńczo-mistyczny gest rąk tonącej i jej niemal przerażająca twarz z półotwartymi ustami i błędnym, odległym wzrokiem, przytomnym i skupionym już jakby w innej rzeczywistości, pozbawionym niepokoju w obliczu ostateczności.

Klimatyczny, wręcz nawiedzony, niepokojący i bardzo ładny kawałek płótna, choć z powodu pewnej wsteczności artystycznej (nieobcej wszystkim prerafaelitom) i braku bardziej spektakularnej techniki nie aż tak dobry, jaki wyszedłby spod pędzla malarza wybitnego.



7.5/10

Komentarze